Tradycyjne Limoncello

Jeśli myślisz Włochy to od razu masz przed oczami pizzę, focaccię i włoskie gelato najlepsze na świecie! Poza tym, jest to królestwo pasty tak wyśmienitej, jak spaghetti bolognese, carbonara (bez śmietany!) i tysiące rodzajów makaronu: farfalle, fusilii, fettuccine, orecchiette, orzo, tagliatelle, cannelloni, rigatoni, gnocchi i wiele innych, które ociekają glutenem i smakują jak afrodyzjaki, lecz…

Powiedz mi tak szczerze. Na pewno kiedyś byłeś/byłaś w Bolonii, Florencji, Mediolanie, Bari czy Rzymie i za pazuchą lub w plecaku ukryta była butelka. Butelka z winem, z grappą albo z limoncello właśnie. Słodki, intensywnie cytrynowy napój wystrzałowy to włoski powód do dumy. To prawdziwe i jedyne limoncello piliśmy u Melli i Osvaldo. Małżeństwa, które mieszka w Monopoli, uroczym i spokojnym miasteczku. Poznaliśmy ich dzięki couchsurfingowi i spędziliśmy z nimi fantastyczny czas. Z włoskich specjałów królowały tam sery i klasyczna, odczarowana pasta – spaghetti aglio e olio. Niby nic, bo czymże jest ugotowany makaron z oliwą, ostrą papryczką, czosnkiem i pieprzem? Teoretycznie? Mało wyszukane danie… Ale ugotowane we Włoszech przez Włoszkę było kwintesencją Włoch na jednym talerzu. Makaron nie był zwykłym makaronem, a daniem wybitnym samym w sobie. Ugotowany al. dente, nieposklejany. Idealny. Najlepsza, nierafinowana oliwa z oliwek, mętna i ciemnozielona o wyrazistym intensywnym smaku wspaniale współgrała z pikanterią ostrych, czerwonych papryczek. Plastry czosnku przewijały się niedbale w tym daniu dodając mu animuszu, a pieprz podkreślał całe danie, które obsypane było ot tak sobie, po prostu natką pietruszki. I do dzisiaj lepszej pasty nigdzie nie jadłam, a było to już rok temu…

Po tej uczcie, która mnie zaskoczyła nastąpiła zmiana frontu. Otóż Mella kilka tygodni wcześniej nastawiła limoncello, które robiła jej mama, jej babcia i prababcia. Poczęstowała nas i powiem szczerze, że tak doskonałego nie znajdzie się w żadnym sklepie, a jedynie u Włochów w ich domostwach. Jedno z nich było klasyczne. Klarowne i przejrzyste o bardzo intensywnym smaku. Ponoć pijają je też w czasie lekkich chorób. Druga wersja to mleczny, subtelniejszy napój. Osvaldo opowiadał nam, że takie mleczne wybryki to starsze Panie lubią sobie wypić albo osoby, które degustowanie limoncello dopiero rozpoczynają (oba widoczne na zdjęciu). Nie mnie oceniać, ale do tej pory myślałam, że preferuję wina, a tu taka niespodzianka!

SKŁADNIKI na limoncello z przepisu Melli:

4-5 cytryn niesiarkowanych*
0.5 litra alkoholu min. 90% (u mnie spirytus)
300 g cukru
0.5 litra wody

*Z cytrynami nie ma przelewek. Muszą być najlepszej jakości, niesiarkowane, a ja cytryny do przepisu załatwiałam z samych Włoch, aby był ten sam smak i zapach. Kwaśne będą jak jakaś zaraza, ale o to chodzi. Ponadto, Osvaldo powiedział, że w jego rodzinie limoncello na takie proporcje wykonuje się z 7-8 cytryn i ja tak właśnie postąpiłam, zwiększając ilość owoców.

Po pierwsze to porządnie myjemy cytryny pod bieżącą wodą. Do dużego słoja (np. 3 l) wlej alkohol. Za pomocą tarki zetrzyj skórkę z cytryn do słoja, uważając, by nie ścierać białej skórki z owoców (ona jest gorzka) tylko tę wierzchnią część, żółtą. Następnie wyciśnij do ostatniej kropli sok z cytryn i wlej do słoika. Słoik odstaw do lodówki i przynajmniej raz dziennie całość przemieszaj porządnie wykonując ruchy, jak gdybyś grał/grała na kastanietach.

Po siedmiu dniach (Mella mówiła, że musi to być siedem dni, ni mniej, ni więcej) przygotuj rozcieńczony syrop cukrowy. W przefiltrowanej wodzie (nie zaszkodzi, jeśli będzie to woda mineralna) na małym gazie rozpuść cały cukier. Ostudź do temperatury pokojowej. Otwórz słoik z przygotowanym maceratem i przefiltruj całość przez gazę. Po przefiltrowaniu maceratu przelej go z powrotem do dużego słoja, dolej syrop cukrowy, całość intensywnie wymieszaj. Zakręć i włóż do lodówki.

I niech Ci się nie wydaje, że limoncello jest gotowe po tygodniu. Nie jest, bo sprawdziłam, ale oczywiście każdy może sprawdzić samemu. Od razu po wymieszaniu syropu z maceratem taka mieszanka pali nawet mózg. Po tygodniu tylko wnętrzności. Po trzech miesiącach (takie limoncello jest na zdjęciach już przelane w mniejszą, szklaną butelkę) smakuje wybitnie i jestem pewna, że sprawdzi się w czasie upalnych dni, które – mam nadzieję, szybko nadejdą.

Zróbcie sobie prawdziwe Włochy w domu z perfekcyjną pastą, bruschettą i limoncellą. Nie pożałujecie.

p.s. Mam świadków na to, że to limoncello jest świetne, więc nastaw macerat, bo lato się zbliża!