Klasa Business w linii lotniczej Lufthansa

Tak, nawet i Student w Podróży może lecieć klasą biznes w Lufthansie mimo tego, że pieniędzmi nie grzeszy. Zatem: jak wygląda klasa biznes w niemieckiej linii lotniczej?

Przyznam, że całkiem przyjemnie. Na głównych portach lotniczych w Monachium oraz we Frankfurcie znaleźć można osobne kołnierze do wejścia do klasy biznes. Oczywiście, mając w rękach bilet tej klasy niepotrzebna staje się karta sojuszu linii lotniczej z odpowiednim statusem, np. srebrnym, ponieważ i bez niej mamy prawo wejść do saloniku biznesowego. Sama klasa biznes to przede wszystkim przemiłe i przesympatyczne Panie, które rozdają gazety i się uśmiechają. Akurat w moim przypadku żadnego systemu rozrywki nie było, ale to „zasługa” długości odbywanego lotu. Obsługa jest nienaganna, a wręcz nawet przymilnie nachalna. Pozwól, że podam konkretny przykład, czyli dwa loty w ciągu jednego dnia z przesiadką (ok. 90 min.) w Monachium.

Pierwsze, co to odprawa w biznesie bez kolejki. Mając bilet w klasie biznes jest się wywoływanym do wejścia do samolotu w pierwszej kolejności. To nie zmienia faktu, że można na pokład wejść w każdej chwili i wyjść przed całą kolejkę. Ponadto, w Niemczech osoby podróżujące klasą biznes zostały przewiezione do samolotu osobnym autobusem. Nie wiem, czy jest to standardowa praktyka, ale taka sytuacja miała miejsce.

Wznieśliśmy się w powietrze i już po kilku chwilach stewardessa poinformowała nas, że już za chwilę rozpocznie się serwis. Dla mnie super, rewelacyjna pora, ponieważ byłam głodna. Nim jednak wydano nam jedzenie, zaczęto rozdawać napoje, a w tym alkohole. I tak:

- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
- Czy ma Pani ochotę na kawę, herbatę, sok, wodę albo wiskey, białe lub czerwone wino?
- Poproszę kawę, ale… Czy nie ma Pani przypadkiem jakiegoś prosecco? (zapytałam, a w zasadzie wypaliłam, ponieważ już jestem nauczona, że ten właśnie alkohol znajduje się w salonikach biznesowych)
- Najmocniej Panią przepraszam! Za chwilkę wracam. (stewardessa była nieco zmieszana)

Pani po chwili wróciła i:
- Mamy tutaj dwa rodzaje prosecoo X i Y. Które Pani sobie życzy?
- Poproszę X.

I w ten oto sposób powstało jedno ze zdjęć, które możecie obecnie oglądać. Następnie podano nam jedzenie, a w zasadzie była to forma lunchu, podczas którego mogłam skosztować dojrzewającej szynki, łososia, surówki, grillowanych borowików, ciepłych bułeczek, a całość była podana z konfiturą z czerwonych, leśnych owoców. Serwisu lunchowego dopełniały: zapiekany strudel jabłkowy podany z sosem jabłkowym i śmietaną oraz dwie pralinki. Były to bardzo przyzwoite pralinki, całe szczęście z gorzkiej czekolady, lecz tych belgijskich nie przebiły. Oczywiście, w trakcie obsługi Panie dopytywały czy mamy wszystko. W momencie, w którym skończyło mi się prosecco stewardessa od razu zaproponowała mi produkt Y i w ten sposób moja podróż trwała dalej. I nie będę ukrywać, że oszołomienie bąbelkami szybko do mnie dotarło w przestworzach, bo być może bąbelki szybciej uderzają do głowy w samolocie? Tego nie jestem pewna, ale postaram się tę tezę jeszcze kiedyś przetestować. Puste miejsce w klasie biznes (między Twoim, a sąsiada/sąsiadki miejscem) na krótszych lotach to w zasadzie przechowalnia rzeczy podręcznych takich, jak torebki, komputery czy aparaty fotograficzne, a stolik z pustego miejsca to stolik kawowy, herbaciany, na papierki i zastawę. A tak… Bo w skład zastawy wchodzą talerzyki, nóż, widelec, łyżka, łyżeczka, kubek, kieliszek, a wszystko to ma na sobie grawer symbolu linii lotniczej i w dodatku nie jest plastikowe, a normalne. Może nie jest to porcelana, ale lunch można zjeść normalnie nie bojąc się, że coś nam się za chwilę połamie. Oczywiście, w klasie ekonomicznej to, co najwyżej można dostać kanapkę albo w godzinach porannych ciastko, więc różnica jest znaczna w wyżywianiu klientów. Dużą różnicę robi również mokry ręcznik, w który można wytrzeć ręce. Naprawdę, wierz mi.

W Monachium miałam niecałe 2 godziny na przesiadkę i nie byłabym sobą, gdybym nie zahaczyła o salonik. O samych salonikach będzie nieco później inny wpis, bo nie ukrywam, ale typowy „szwędacz”, czyli takie stworzenie, jak ja czy Łukasz wygląda tam (pozwolę sobie użyć tego określenia) nietypowo. Kolejny lot był lotem do Poznania, więc trasa była krótka. Tym razem podczas serwisu poczęstowana zostałam dwoma rodzajami serów wyłożonych na sosie musztardowym, ponownie łososiem, szynką dojrzewająca na pulpie ze szpinaku (i szpinak był obrzydliwie niedobry), a formę deseru pełniły: mus czekoladowy oraz czekoladka. Ponownie zapytana o to, czy życzę sobie coś do picia poprosiłam o prosecco i oczywiście je dostałam, ale… Nie dopiłam tego prosecco, bo zwyczajnie nie miałam już na nie ochoty. Odstawiłam grzecznie na podstawkę obok i miałam w planach pójście spać. Niedane mi było, ponieważ stewardessa zdziwiona nieco, przeprosiła mnie i zapytała czy może mój napój wyskokowy mi nie smakuje? Odpowiedziałam grzecznie, że nie mam ochoty go pić. Pani zbita z tropu zaczęła proponować inne alkohole upewniając się, że nie o smak i jakość mi chodzi. Miłe, prawda? Uśmiechając się dalej, przyniosła mi herbatę, o którą ją poprosiłam. Ponadto, miałam naprawdę piękną pogodę na latanie samolotem, a wlecenie w chmury, w których silnie były rozproszone promienie słoneczne to coś wspaniałego. Cała przestrzeń była pomarańczowa i taka ciepła, bardzo przyjemna. Coś niesamowitego!

Mimo tego, że loty nie były długie to i tak były bardzo relaksacyjne, a ja byłam w pełni najedzona. Czy taki lot w klasie biznes ma rację bytu na krótkich odcinkach? Myślę, że nie, bo jeśli lot ten ma trwać 1, 2, może 3 godziny to dla mnie to żadna różnica, ale… Jeśli jest to lot np. międzykontynentalny i trwa 8, 10 godzin to to ma ogromne znaczenie. Zawsze to miło rozłożyć siedzenie, dostać dodatkową poduszkę oraz mieć fajniejszy wybór napojów oraz jedzenia. Ma to również inne swoje zalety takie, jak dodatkowy bagaż. W moim przypadku był to bagaż podręczny, ale powiększony (2 x 8 kg), dwa duże bagaże każdy do 32 kg, a do tego (potwierdzona informacja na lotnisku) przysługiwał mi dodatkowy bagaż za srebrny status w programie lojalnościowym Miles&More, czyli 23 kg. Łącznie wychodzą 103 kg bagażu, który mogłam ze sobą zabrać! To wystarczyłoby na spakowanie więcej niż całego swojego dobytku w przestrzeń powietrzną i przeprowadzkę. Nieźle, prawda? Ponadto, na moje konto w programie lojalnościowym dostałam 1250 mil za każdy wykonany lot (co oczywiście zależy od klasy rezerwacyjnej) + 25% za posiadany status FT.

I jeśli będę mieć szansę na wybór klasy biznes oraz ekonomicznej w tej samej cenie (lub mocno zbliżonej – to możliwe!) na dalekich trasach to wiem, co wybiorę.