Ukryte skarby

„Udowodnić się tego nie da, lecz wierzę, że tak jest: w niektórych miejscach na świecie nasze przybycie i wyjazd zostają w tajemniczy sposób spotęgowane przez emocje tych wszystkich, którzy wcześniej z tych miejsc wyjechali lub do nich przybyli. Kto ma duszę dość lekką, poczuje delikatny opór w powietrzu wokół wieży Schereierstoren w Amsterdamie, związany ze smutkiem żegnających – z tym rodzajem smutku, którego obecnie już nie doświadczamy. Teraz nasze podróże nie trwają latami; wiemy dokładnie, dokąd się udajemy, a nasze szanse na powrót są o wiele większe”

Cees Nooteboom, „Drogi do Santiago”

Odnośnie posiadania lekkości duszy to trudno nam się wypowiedzieć, niemiej zdecydowanie daje się odczuć potęgowanie emocji poprzez pryzmat historii ludzi, których już od dawna nie ma, a których wpływy ciągle są silne. Taka wyższość ducha nad materią zwala czasem z nóg i pozbawia tchu. I zawsze dzieje się to niespodziewanie. Nie zgodzę się z tym, że myśl przychodzi nagle z zewnątrz. Musi ona kształtować się wcześniej, dojrzewać z każdą przeczytaną literą, z każdym przetrawionym obrazem i każdą odnotowaną plotką. A dopiero suma wszystkich niewyrażonych doznań uwolniona jest poprzez zewnętrzny bodziec i niczym tornado sieje spustoszenie w postrzeganiu otoczenia.

Absurdem jest, że takim bodźcem może być „nic”. A dokładnie brak dźwięku, brak czasu, brak przestrzeni (zarówno tej ograniczonej, jak i rozciągającej się po horyzont, bez punku zaczepienia). Przyzwyczajeni do większego zgiełku niż ktokolwiek przed nami, przez wszystkie ery ludzkości, miejsce wypełnione „niczym” staje się nagle przygodą. Lecz po chwili rozróżniamy więcej głosów, pojawia się dalekie brzęczenie owadów, skrzypienie poruszanego wiatrem liścia, dźwięk przewracanej strony, które razem współtworzą ciszę. Ta rozszerzona świadomość pozwala dostrzec i poczuć zdecydowanie więcej.

I często się zdarza, że celowo uwiedzeni lśniącą fasadą, bądź zwyczajnie uciekając przed upałem lub deszczem trafiamy do klasztoru lub kościoła. Charakterystyczny zaduch, plaskanie sandałów o kamienną posadzkę, półmrok, a szczególnie grube mury wyciszające wszystkie dźwięki ulicy tworzą nostalgiczną atmosferę. I nagle tuż przy wejściu znajduje się kolumna, a na niej wyraźne wgłębienie wykonane przez miliony palców. Emocjonalny przekaz wszystkich pielgrzymów, zbiorowe dzieło sztuki. A przecież różni nas wszystko. Nie jestem człowiekiem średniowiecza, nie żyję w czasach wielkich monarchii, nie dochodziły do mnie wieści o odkrywaniu nowych lądów. Ba, nawet człowiek stanął na księżycu zanim się pojawiłem, a jednak współtworzę ponadczasowy znak. I nawet gdyby wymazać odcisk mojej dłoni to myśl dalej będzie uwidoczniona w materii. Wszyscy książęta, chłopi i zakonnicy przyłożyli dokładnie tutaj swoją dłoń, na skraju tej niepozornej kolumny, i każda dłoń zabrała ze sobą znikomą ilość marmuru, ale właśnie, dlatego, że marmuru ubywało mam szansę podziwiać widoczny ślad przeszłości, a także wpłynąć na przyszłość. Ale ten niepozorny zanik czasu ma zdecydowanie więcej reprezentacji. I stojąc na środku nawy głównej zastanawiam się, od czego zacząć (jakbym musiał od czegoś zaczynać?). Stopniowo przyzwyczajam się do budynku, jego struktury. Coraz bardziej moja świadomość odcina się od jaskrawego światła ulicznych lamp, a zaczyna wchłaniać oblekający mnie półmrok. Zauważam, że jednocześnie przy tym przeobrażeniu przestaję widzieć, a zaczynam czuć to miejsce. Zmysły mieszają się ze sobą tworząc jednorodną masę. Bo jak inaczej wytłumaczyć rzeźbę znajdującą się w transepcie ozdabiającą grobowiec z XIII wieku. Młoda, niemal chłopięca twarz leżąca na kamiennej poduszce, dłonie splecione na rękojeści miecza i całkowicie martwe ciało. Dwa podobne do gryfów zwierzęta pilnujące nasady sarkofagu z otwartymi pyskami, by wydobyć potężny ryk. Dźwięk ten można zobaczyć, a nie usłyszeć, lecz widząc, słyszy się go mimo wszystko. Straszny skowyt przeszywa przestrzeń zmuszając do odwrócenia wzroku. Komuś musiało być kiedyś bardzo smutno, gdy umarł ten rycerz. Jest nie mniej martwy, niż my kiedyś będziemy, lecz smutek po nim trwa już osiem wieków z niezmienną, wykutą w kamieniu intensywnością. Jest przez to trochę upiornie. Chodzę w końcu po gotyckim grobowcu. Otaczająca mnie przestrzeń deformuje nie tylko dźwięki, ale i powietrze. Co ciekawe, te wrażenia nie są spowodowane tylko architektonicznym kunsztem, bo równoważne zabytkowe kamienice nie funkcjonują w taki sposób, więc musi być coś więcej.

Kościół, jako symbol wyższej rzeczywistości nie jest koncepcją szokującą, a to, że właśnie z tej koncepcji rodzi się świat symboliczny jest całkiem naturalne. Nieważne, w co ja tam wierzę, czy nie wierzę: dla człowieka, który to wykuł, który temu martwemu kamieniowi kazał się lać, płynąć, poruszać, równie jasne było to, co przedstawiał, jak teraz po wojnach, zarazie i zmianach ciągle jeszcze jest jasne dla mnie. To nadal świat, do którego należę, dlatego, że go rozumiem. Ta nić porozumienia przetrwała ponad czasem i dalej spaja mnie i artystę, oddzielonego o osiem stuleci. O ile smutek jest łatwo odszyfrować to postacie gryfów budzą już pewną konsternację. Skrzydlate lwy z głowami ptaków, są częścią opowieści, przestrogi, którą mistrz dłuta chciał przekazać każdemu pielgrzymowi. Umieszczone dosłownie wszędzie, dekoracyjne miniatury w kamieniu niosą przekaz pełen symboliki, którego zrozumienie wymaga po sięgnięcie po podręczniki biblijnej i chrześcijańskiej ikonologii pisanej jeszcze w łacinie. I nagle ogarnia mnie złość, że w czasach, co było dobrem ogółu teraz jest wiedzą tylko dla specjalistów. Od razu przychodzi myśl, że to wszystko było kiedyś nowe. Nowe! Dopiero, co ukończone, wyrzeźbione. Jakże dumni musieli być budowniczowie. Jak pysznić się musieli, kiedy z odległych krain zjeżdżali książęta tylko po to, żeby na to popatrzeć.

I nagle następuje brutalne zerwanie porozumienia zbudowanego poprzez odciski na wejściowej kolumnie. Historia okazuje się czymś, co się już wydarzyło. Koniec, nie ma nic więcej. Suma wszystkich cząstek tak małych, że nie uda nam się wszystkich odnaleźć. Pozostaną tylko te wielkie daty, przedstawiające oczywiste fakty, ale i to jest złudzeniem. Bo historia, którą znamy jest tylko interpretacją faktów. I to wyraźnie nieobiektywną interpretacją. Bo, w zależności, po której stronie stoimy - bitwa może okazać się wielkim zwycięstwem lub sromotną klęską. Czas pokrywa kurzem także same słowa, tym samym przeobrażając naszą interpretację. Weźmy słowo „wojna”, bezpośrednio kojarzy się z czołgiem, dronem i sztabem generalnym oddalonym o kilka tysięcy kilometrów sterującym z bezpiecznego bunkra. Nikomu nie przyjdzie do głowy bitwa w szczerym polu prowadzona od rana do nocy przez rycerzy na koniach i to w dodatku bez reflektorów i organizacji Czerwonego Krzyża. Strącenie za pomocą długiej lancy pojawia się tylko w filmach o turniejach na zamkach, tak samo jak chorągwie i herby. A właśnie te elementy pozwalały rozróżnić naszych i tamtych; dosłownie dzięki tym znakom każdy wiedział, kto nadjeżdża, atakuje, prosi o pomoc czy umiera. Nic z tych rzeczy nie zawiera się we współczesnym rozumieniu słowa „wojna”. Jest jeszcze gorzej. Bo uwzględnienie faktu braku korespondentów wojennych i posługiwanie się tylko prędkością galopującego konia zmusza nas do przyjęcia nowych wyobrażeń. Ile czasu zajęło, aby Karol Wielki dowiedział się o wyniku potyczki? Dwa tygodnie? Miesiąc? Jak zaplanować kolejny ruch i przemieścić figurkę na tej zasłoniętej szachownicy?

Podejście to zrodziło myśl, która mnie przeraża. Skoro słowa nie odzwierciedlają swojego znaczenia, to obrazy powstały tylko po to by to znaczenie sprecyzować. Wszystko to, co mnie teraz otacza i co uznaję dzisiaj za sztukę - sztuką nie było. Każde pociągnięcie pędzla, każdy ruch dłuta miało swój bardzo przyziemy cel: miało być dostępne dla człowieka nieznającego alfabetu. Dla człowieka średniowiecza, artysta, którego do dzisiaj dzieła podziwiamy nie był nikim więcej niż tylko murarzem albo stolarzem. Denerwuje mnie, że nie potrafię spojrzeć oczami tysiącletniego człowieka, przeoczyć całą historię, która wydarzyła się później. Przede mną jest to samo płótno które wzbudziło tyle emocji u Husytów, a jednak przedstawia zupełnie co innego.

I są takie chwile, gdzie po prostu coś odkrywasz. Ktoś właśnie mnie okradł ze wzniosłych myśli, zniknęła cała przynależność do miejsca i "bez-czasu". Emocje, o których pisał Nooteboom spowodowały, że zamiast obiecanej nostalgii czuję się otoczony przez stare, bezwartościowe skorupy.

Dosyć. Wślizguję się z powrotem do zwykłego życia, do życia niskich domów i balkonów z pelargoniami. Do knajp z ubranymi na czarno mężczyznami, do kobieciny z jej pomidorami, cytrynami, do wczorajszej gazety. Zatrzasnęły się za mną drzwi do klasztoru, znów jestem w świecie wyboru i decyzji.

Dokąd mam jechać?