O Niemczech trochę inaczej

Rok temu miałam już możliwość mieszkania w Niemczech przez miesiąc i w tym roku ponownie powtarza się moja rozrywka. Taki profil mojej pracy. I ponownie widzę, że rzeczywistość jest zawsze inna. Inaczej wygląda w Kambodży i Tajlandii, jest inna w Maroku i Portugalii, a nawet w Niemczech, które niby mamy za miedzą. Mieszkanie w jakimś miejscu i sytuacje z życia codziennego potrafią zmienić światopogląd.

Weźmy na warsztat historię z dnia wczorajszego. Niemcy to kraj, który zawsze kojarzył mi się z dobrobytem i porządkiem. Od wczoraj kojarzy mi się z wygodą.

- Dzień dobry, czy mogę u Pani zakupić bilety na tramwaj?
- Dzień dobry, oczywiście. Gdzie chce Pani pojechać?
- Chciałabym pojechać do X.
- Już szukam.
(mijają może 2 minuty i Pani podaje mi wydrukowaną kartkę z uśmiechem na ustach)
- Proszę wsiąść w tramwaj nr 1, a następnie na przystanku przesiąść się w autobus nr 2.
- Oczywiście, ale nie łatwiej byłoby pojechać tramwajem nr 3 bezpośrednio?
- 600 metrów chce Pani iść na pieszo?!

Nie wiem, która z nas była bardziej zdziwiona. Owszem, miałam przystanek pod nosem, ale spacer nikomu nie zaszkodził. Nie mniej, dzisiaj rozmawiałam ze studentami niemieckimi i byli podobnie zdziwieni, co Pani w okienku. Bo jakże to, 600 metrów na pieszo? Przecież masz autobus pod nosem…

Rok temu udało mi się podnająć pokój w małej wiosce 1 km od mojej pracy. Brzmi rewelacyjnie i tak właśnie było! Mieszkałam z kobietą ok. 35-letnią i jej 7-letnim synem. Mały chodził do szkoły, miał mnóstwo zajęć pozalekcyjnych, a moja Pani gospodarz była po rozwodzie z mężem i zarabiała, jako księgowa. Nic nadzwyczajnego. Problemy nastąpiły, gdy z uporem maniaka rozpisywała na poszczególne dni, kiedy i co posprzątać. I tak: raz w tygodniu myła wszystkie okna, bo się brudziły, a plamy na oknach to tragedia. Dwa razy w tygodniu myła podłogę, bo z roztoczami żyć się nie dało. Non stop wisiało wszędzie pranie, które się suszyło, ale takie pranie zawsze trzeba wyprasować. I tu mam hit! Otóż ta Pani prasowała wszystkie ubrania (włącznie ze spodniami, koszulkami, skarpetkami, ręcznikami i majtkami), układała je do szafy. Gdy chciała założyć je kolejnego dnia, uważała, że podczas nierównego leżakowania pogniotły się i rano następowała ta sama czynność. Prasowanie ponowne wcześniej uprasowanych ubrań. Żeby nie było – tak się działo w tygodniu. Przecież w weekend, a dokładniej w sobotę należało zrobić jakieś poważne porządki. I cała bajka kręciła się od nowa. Do tego stopnia, że gdy nie odstawiłam roweru idealnie na jego miejsce to go poprawiała. Jak to się mówi: „ordnung must sein” i koniec kropka. Jej syn też był tego uczony. Co więcej, dla niego na drzwiach lodówki wisiała kartka z obowiązkami i oceną za zachowanie. Gdy był grzeczny to w niedzielę czekała go nagroda, np. wyjazd do zoo, wizyta w parku z egzotycznymi ptakami albo obiad w restauracji. Jeśli jednak nie wypełniał swoich zadań, rzucał się na podłogę i krzyczał to automatycznie nagroda weekendowa była kasowana. Nie wiem, czy tak jest we wszystkich domach, ale tam ten system jakoś działał.

Idąc do gotowania. Zawsze staram się kupić dobrej jakości składniki podstawowe, z których wyczaruję sobie namiastkę domu. Smak i zapach są zależne ode mnie. I to lubię. Nie mniej, zdziwiona byłam, gdy zobaczyłam że moja Pani gospodarz kupuje gotowce. Takie, które wyjmuje się z zamrażalnika albo lodówki, wrzuca do piekarnika i po 15 minutach mamy gotowy obiad. I nie było to przypadkowe, lecz codzienne. Na moje pytanie, dlaczego sama nie gotuje? Odpowiedziała, że ona nie ma czasu na gotowanie, bo w mieszkaniu musi być porządek, a mnie się dziwiła, że ja sama gotuję, a nawet dostałam pytanie: „Na pewno nie chcesz sobie umyć okna?” Jej wzrok był wtedy podejrzliwy… Ponadto, często, gęsto korzystała z kalendarza księżycowego, który u nas za bardzo popularny nie jest. Kto nie zna – już tłumaczę. Każdego dnia wpisane są czynności, które należy wykonać. Może być to sadzenie pietruszki, pranie i prasowanie, farbowanie/podcinanie włosów, a także mycie samochodu. Wersji jest mnóstwo. Niektóre dotyczą tylko ogrodnictwa, inne urody, a reszta z nich to mix wszystkiego. Są to kalendarze ścienne, stojące i kieszonkowe. Każdy coś dla siebie znajdzie, więc nie trzeba się na zapas martwić. W zeszłym roku postanowiłam taki kalendarzyk kupić komuś na prezent. Pojechałam do jednej z większych księgarni i moim oczom ukazała się nie półka, a osobny dział dotyczący tych kalendarzy. I w sumie właśnie się zaczęłam zastanawiać – czy ta Osoba korzysta z tego podarunku w Polsce? Bo oprócz śmiechu być może się do tego przekonała?

Tym razem mieszkam w akademiku studenckim, który wygląda w ten sposób, że na każdym piętrze (przynajmniej tutaj) jest 10 pokoi jednoosobowych. Mamy do dyspozycji dużą łazienkę, dwie pralki, suszarkę, w pełni wyposażoną kuchnię, pokój dzienny i balkon z dwoma hamakami. Wszyscy są życzliwi i powoli zaczynamy się dogadywać, ale jak tu się podzielić sprzątaniem? Jeszcze pamiętam, że w akademikach poznańskich mieliśmy z tym problem i nierzadko scysje w tym temacie. Tutaj system jest sprytny i prosty: po drzwiach krążą magnesy. Jest magnes: „wyrzuć papier” albo „wyrzuć plastik”, „posprzątaj kuchnię”, „posprzątaj łazienkę” czy też „wyrzuć mix śmieci”. Działa to w ten sposób, że gdy ktoś dostanie magnes na drzwi to musi ten temat ogarnąć. I nie ma zmiłuj. W ten sposób raz na dwa dni od podstaw jest sprzątana kuchnia, śmieci zwyczajnie nie śmierdzą, a prysznic to nie zwykła kąpiel, a mały rytuał spa. Spróbuj nie posprzątać to Cię współlokatorzy zjedzą. Dla mnie miłe, sympatyczne i bezbolesne.

Musimy jeszcze zainteresować się pociągami. Otóż jechałam pociągiem z Frankfurtu nad Menem. Wjeżdżając na stację miał on 1 minutę opóźnienia, o czym byłam poinformowana jakieś 30 minut przed planowanym przyjazdem. W związku z remontami, dojeżdżając do Mannheim mieliśmy jakieś 15 minut opóźnienia. Tragedia. Wjeżdżając do Karlsruhe zostało nam tylko 8 minut opóźnienia, ponieważ pociąg gnał jakieś 250 km/h. Nie mniej, zostaliśmy przeproszeni przez konduktorów, którzy na stacji w Mannheim dostali lody i Pani nam je rozdawała. W ramach rekompensaty. Znaczenie pewnie miał fakt, że był to pociąg IC, a nie regionalny. Znaczenie miało dla mnie to, że z wyprzedzeniem byłam informowana o opóźnieniach, że opóźniano inne pociągi, aby podróżujący mogli na nie zdążyć (bez zawracania im głowy), a także to, że 5 minut przed planowanym przyjazdem byłam informowana, jaki pociąg jedzie z danego peronu, a także, jaki autobus jedzie z danego miejsca i dokąd. Z ponad miesięcznym wyprzedzeniem mam zakupiony bilet na pociąg powrotny z podanym czasem przejazdu i numerem peronu. Jestem zachwycona!

Stojąc na przystanku widziałam, że tramwaj się spóźnia, lecz cóż to jest? Przecież w Poznaniu czasami jakieś autobusy nie podjeżdżają na przystanek, bo akurat wypadają z rozkładu jazdy. Gdy opóźnienie wyniosło 2 minuty typowa Niemka zaczęła obok mnie bluzgać, że co to ma być? Ona ma za coś takiego płacić?! Żart? Nie sądzę, bo ta kobieta była autentycznie zła. I wyobraźmy sobie sytuację z dnia dzisiejszego. Pojechałam tramwajem i musiałam się przesiąść na autobus. Wysiadając z tramwaju już widziałam, że autobus mi ucieka, więc ze spokojem podeszłam do przystanku czekając na kolejny transport. Po 10 minutach zaczął nadjeżdżać autobus. Uradowana niczym paw na święto zoo dumnie stanęłam na przystanku, ale… Autobus koło mnie przejechał, a ja dawno nie miałam tak głupkowatej miny. Cóż. Rozczarowanie sięgnęło zenitu i nie powtórzę, co sobie wtedy myślałam. Postanowiłam, że poczekam na kolejny autobus, bo w sumie to nie mam nic innego do roboty. Jakie było moje zdziwienie, gdy Pan kierowca nagle pojawił się jakieś 30 metrów ode mnie na chodniku i zaczął mi kiwać rękoma. Zaczęłam iść w jego stronę, a on mnie instruował tak, jak kieruje się samolotami na lotnisku. Przywitaliśmy się, po czym poinformował mnie, że ten przystanek jest nieczynny, a informacja o tym została zdarta, a w dodatku pokazał mi, gdzie jest przystanek początkowy i najzwyczajniej w świecie, z uśmiechem na ustach wsadził mnie w autobus, który prowadził. Autentyk. Sama nie mogłam uwierzyć. Pomachaliśmy sobie na do widzenia i już.

W Niemczech jest wygodnie, jest porządek i wszystko jest jasne (jeśli ma się styczność z tak sztywną kulturą, jaką jest kultura niemiecka). Wszystko jest jasne i klarowne, ale czasami brakuje mi nieco luzu i spontaniczności, która ubarwiła nieco codzienność. Nie spodziewałam się, że w akademiku będzie tak ogromny „ordnung” i, że będzie przestrzegana cisza nocna. Tę nieco sztywną całość rekompensuje mi praca, ponieważ tam mam styczność z Rosjanami, którzy nijak Niemców w zachowaniu nie przypominają.

Uważam, że wspaniale jest poznawać obce kultury „od środka”, wtapiając się w tło i Tobie też to polecam.