Moje ulubione miejsce na świecie: TARGOWISKA

Tak, jak kiedyś wspomniałam. Mogę być gdziekolwiek, ale to targowiska, lokalne zaułki ze wszystkim i z niczym to moje ulubione miejsca.

I w Hanoi jest takie miejsce, które sprawiło mi wiele frajdy, w Ninh Binh również, i w Sa Pa i nie wiadomo gdzie jeszcze. Targi są rozsiane po Wietnamie, jak grzyby po deszczu i należy z nich korzystać. Chłonąć je, oddychać nimi i je poczuć tak, jak gdybyśmy sami się nimi stali. Niech każda komórka naszego ciała, każdy atom, każdy kawałek skóry, a przede wszystkim serce niech poczuje to wariactwo, które się tam wyprawia. Wszystko dzieje się na raz i tak z jednej strony kobieta z trójką uwieszonych na niej dzieci, próbuje zakupy, obok ktoś się przepycha, a ktoś jeszcze inny pije kawę zaparzoną po wietnamsku, a gdyby nie mleko skondensowane to byłaby to najgorsza kawa na świecie. Naprawdę. Ten napar bez mleczka to dramat, zło i tam, co najmniej mieszka szatan. Nic podniecającego. Nieopodal z zaułka turlają się mango i zielenina na obiad, bo po targu jest normalnym, że jeździ się motorkiem. Co z tego, że jest tam ciasno, ciemno, a sam silnik hałasuje? Nic, trzeba to poczuć, bo nawet zapach spalin definiuje to miejsce.

Należy poczuć fakturę plastikowego obrusu, na którym wyłożone są najpyszniejsze ciasteczka. Tłuste i niezdrowe, bo smażone na głębokim tłuszczu, ale przez Panią, która ma wielkie doświadczenie i jeszcze większą głębię w oczach. Są to kawałki kukurydzy zamoczonej w gęstym, kleistym cieście ryżowym. Ani to słodkie, ani pikantne, nieco mdłe, może orzechowe, ale takie pyszne… I wystarczy się nieco odwrócić, a znajdziesz sprzedawcę, który ma w okolicy najlepsze tofu na świecie. Przynajmniej w promieniu 5 metrów. I zachwala, i ciumka nad nim, i jest świadomy tego, że jego produkt jest wyśmienity, a oczy ma przebiegłe. Z oddali nadbiegają dzieci w plastikowych klapkach, brudne, ale szczęśliwe, bo kałuże się pod ich stopami rozbryzgują, a towarzyszy temu głuchy odgłos. W oddali zakrada się kot, który nie jest przeganiany, lecz mile witany przez współtowarzyszy i przyjaciół na targowisku. Jednakże, to nie wszystko. Gdy tylko dobiega Cię zapach świeżego rambutana to chcesz mu się oddać i jesteś w stanie zapłacić każde pieniądze za tę słodką rozrywkę.

I tak idąc wzdłuż i w poprzek, w końcu natrafiasz na plagę ryb. Tańczą w uścisku śmierci, a ich łuski sypią się niczym konfetti wokół, przyprawiając wszystkich o zawrót głowy. Znajdują się tam cuda natury, które wyglądają jak małe, dzikie smoki, których nigdy nie poznasz w całości. Ci mali kosmici pochodzą właśnie z tego rejonu i definiują go na swój własny, prymitywny sposób, bo jest to jedyne miejsce dla ich życia. Ich blask, różnobarwność oraz chęć przetrwania jest przeogromna. Mają różne faktury od takich, które przypominają w dotyku najpiękniejsze płatki róży po poszarpane, stare deski oraz płytki dachowe. Niektóre z nich mają wąsy, inne noszą surduty, a większość z nich jest naga i się ten nagości nie boi. Są lepkie, ciepłe, oślizgłe i ciekawe świata. Momentami wyglądają, jakby przewidywały swój nieunikniony koniec, lecz nie wiedzą, że może powstać z nich dzieło sztuki na miarę światową.

 

I tak czując wibracje tego miejsca i zagłębiając się w kolejne zakamarki, można znaleźć napój bogów. Jest on niezwykły, bo odkryty przez przypadek. Mowa o herbacie oraz o wszelkiej porcelanie oraz glince, w której podaje się ten cierpki, słodki, momentami pełny umami w smaku napój. Jest ona niezwykła i widać na niej naleciałości od północnego sąsiada. Czajniczki zdobione są z niezwykłą zręcznością i starannością, a często noszą z dumą wzory drzew bonsai, kwiatów, liści, a nawet zwierząt takich, jak ryby czy żaby. Mają na sobie znamię wody, składnika, bez którego nie moglibyśmy żyć, a jednocześnie niezbędnej składowej do zaparzenia wyrafinowanego naparu, która doda nam sił i nas pokrzepi.

Tak, znienacka przebiegnie Ci kura podczas Twojego marszu, ale nie zatrzymuj jej. Może tym razem uda się jakiejś uciec, by zaznać spokoju, a nie skończyć w garnku? Wątpię, ale wszystko może się zdarzyć. Poślizgniesz się na skórce od banana, ale nikt tego nie zauważy. Jeśli znajdziesz skórkę suszonej mandarynki, nakup jej na potęgę, bo to idealny dodatek do zup, a w szczególności do długo i wolno gotowanych zup takich, jak rosół. Smak będzie nieporównywalnie lepszy, a wrócą też wspomnienia z tego zakurzonego, pełnego magii miejsca.

Nieopodal na wydeptaną ziemię z kawałkami betonu będzie padać kawałek strumienia świetlnego. Niechlujnie i od niechcenia, ale to właśnie ten brak dokładności jest ujmujący. Pełno tu kałuż, dziur i śmieci, a czystość wznosi się na osobny poziom. I wiesz to, gdy tylko zjesz miskę najwspanialszego pod słońcem Wietnamu dania pho bo. To właśnie w tej zupie ścierają się wszystkie najwspanialsze smaki, które ta część świata oferuje nam, obcym. Jest wyrazistość pochodząca od wołowiny, ale wyrafinowana, bo pocięta na długie, cienkie plastry po to, abyśmy się wszystkim na raz nie zachłysnęli. Jest kolendra, która elektryzująco przechodzi przez ciało i nie pozwala oderwać się od siebie. Długo gotowany wywar, który koi nie tylko ciało, ale przede wszystkim duszę. Przypomina o domu, w którym to Mama lub Babcia zawsze robiły coś ciepłego i pożywnego, daje poczucie bezpieczeństwa i łagodzi ból codziennego istnienia. Jest chili, bo przecież nieco pikanterii jest niezbędne w życiu, choć my ten poziom w porównaniu do Wietnamczyków mamy mocno zaniżony. Jest kwaśna, lecz nieodrzucająca limonka, która pobudza do życia, nie pozwala być flegmatycznymi i ospałymi osobami, lecz wspiera w wyważony sposób. Jest makaron ryżowy będący kwintesencją tego regionu i wije się między pałeczkami, jak motocykliści po drogach. Czasami się rozwinie, upadnie, ale za każdym razem trafia szczęśliwie do celu. Jest tam o wiele więcej składników, które pochodzą właśnie z tej części świata i wspaniale ją opisują pod każdym względem. Można pisać peany, można śpiewać na ten temat, można marzyć, ale nie ma innej opcji, niż się zakochać w tym właśnie daniu. Daniu każdego Wietnamczyka, serwowanego na śniadanie, obiad i kolację, a także, jako przekąska. To jest tak wietnamskie, tak cudowne, słodkie, słone, kwaśne i tłuste, ale pełne ciepła i wyrafinowania.

Obok mężczyźni się przepychają, a obok właścicielka jadłodajni myje naczynia po klientach. W misce, na środku drogi, nie zmieniła wody od bardzo dawna, a jej ruchy nie są staranne. Ma mnóstwo pracy, a w wykonaniu jej pomaga jej syn. Oboje trzymają w rękach brudne szmaty, którymi starają się zebrać pozostałe resztki. Pałeczki i łyżki myją wręcz w zastraszającym tempie, które przypomina pracę mrówek.

Targowiska trzeba poczuć, oddać się im tak, jak oddajesz się najwspanialszemu kochankowi. Oddać każdy swój atom, każdą cząstkę siebie czemuś innemu, niepoznanemu, ale bardzo intensywnemu. Nie pożałujesz, a na pewno zrozumiesz po czasie, że wszystkie te wibracje określają dane miejsce bardzo dokładnie zupełnie, jak płacz dziecka, które właśnie się przewróciło i zbiło sobie kolano. Nie ma wyjaśnienia dla takich miejsc, prócz tego, że atmosfera jest inna, życiowa, codzienna i bardzo często nieudawana. Są targi, które kreowane są pod turystów, ale wystarczy się nieco oddalić i poczuć zapach, który przywoła wspomnienia i pozwoli się wtopić w to miejsce. Niech każdy włos na ciele poczuje otaczającą go rzeczywistość, a nie pożałujesz. Będzie tego więcej i będzie uzależniać.