Gruzińska Droga Wojenna początkiem poznawania tego, co nieznane i upragnione

Gruzja stała się naszym marzeniem, a na jego spełnienie czekaliśmy rok od zakupu biletów. Za cel obraliśmy sobie ludzi, historię, kulturę – chcieliśmy zobaczyć prawdziwe, gruzińskie piękno, a także poczuć smak i zapach supry. Mieliśmy nadzieję na miejsce u boku tamady oraz opowieści okraszone wielką radością i ogromnym smutkiem. Posiadaliśmy czas na przebycie setek kilometrów poprzeplatanych ludźmi z bagażem doświadczeń oraz malowniczymi, górskimi szlakami. Chcieliśmy poczuć się jak w domu, spróbować „prawdziwej cząstki” kraju dumnego i niezłomnego. Dostaliśmy wszystko, a nawet więcej, ale czy było warto wyruszyć w tę drogę?

 Szczęśliwa krowa czasu i kilometrów nie liczy.

Długo myśleliśmy jak przedstawić Gruzję.

Staramy się opisywać miejsca, w których byliśmy w pozytywnym świetle, pokazując to, co najładniejsze i godne polecenia. Oczywiście, zawsze podczas naszych wędrówek trafialiśmy do miejsc o gorszej reputacji, czy dzielnic o mniej majestatycznym wyglądzie. Ale to, co najpiękniejsze zawsze zostaje w głowie najdłużej, a mniej przyjemne wspomnienia szybko zanikają. Gruzja jest miejscem z piękną przyrodą, wspaniałymi ludźmi, rewelacyjną kuchnią i atmosferą serdeczności.

Należy pamiętać, że jednocześnie jest też miejscem bardzo biednym i zaniedbanym. Samochody są wysłużone, wszystkie tynki odpadają, ruch uliczny jest walką o przetrwanie. Niestety bałagan, bród i rozkład materii są tutaj na porządku dziennym, a warunki sanitarne odbiegają daleko od standardów europejskich. Nie przeszkadza to w podziwianiu świata, ale trzeba być świadomym, że jest to trwały element rzeczywistości. Postaramy się pokazać wszystko to, co najpiękniejsze, ale także to z czym każdy odwiedzający Gruzję będzie musiał się zderzyć. Mamy nadzieję, że potraktowane będzie to jako pomoc w przygotowaniu wyprawy, a nie jako zniechęcenie, bo z Gruzją każdy powinien się zmierzyć po swojemu.

Wylądowaliśmy na lotnisku w Kutaisi o 20:40. Port Lotniczy Kopitnari to małe lotnisko, ale nowoczesne, oddalone 14 km od Kutaisi. Popularne ostatnio wśród nas – Polaków ze względu na tanie bilety (nasze nie były najtańsze, ale na pewno były jednymi z najbardziej wyczekiwanych). Lotnisko oferuje pseudo kanapy, na których bezproblemowo można się przespać, a w czasie spania mogą Was spotkać nie lada atrakcje! U nas to była pierwsza, gruzińska impreza z alkoholem i dwójką (na oko 4., 5. letnich) dzieci biegających po całym terminalu. Tak, dobrze zrozumieliście, o godzinie 22:40 czasu lokalnego turyści opuszczają lotnisko, a tubylcy schodzą się na nocną imprezę na lotnisku z dziećmi.

Po wyjściu z lotniska zaczyna się „zabawa”. Kupno biletu do Batumi, Kutaisi czy Tbilisi na marszrutkę nie jest najmniejszym problemem. Początkowo zgiełk i rozgardiasz cieszą i fascynują, lecz po 5 dniach denerwują po same końcówki połączeń nerwowych! Krzyki! Nawoływania! Pierwszym pomysłem było oddalenie się od lotniska i próba łapania stopa, która spełzła na niczym. Po 15. minutowej batalii (a było jeszcze ciemno) jeden z Gruzinów zaproponował transport do Tbilisi za 20 lari. Hm… Pomyślisz sobie – 40 zł za podróż starym, rozpadającym się autem… Dodam, że z Kutaisi do Tbilisi nie jest wcale tak bliziutko – zapłacicie 20 lari za ok. 230 km! Myślę, że cena ta jest uczciwa, a dla (nawet) studenta bardzo dobra. To, czego niestety nie ma na zdjęciach to atmosfera, która panowała podczas tej przeprawy. Gruzińska muzyka (TUTAJ), mijane, rozpadające się i zardzewiałe auta, brak ludzi, krowy na ulicach to przykry i nostalgiczny ukłon w stronę turysty. Już na pierwszy rzut oka spotkasz się z szokiem kulturowym, a to, co ujrzysz miało swoją świetność wiele lat temu, lecz rosyjski wpływ był silny i ogromnie wpłynął na oglądane spustoszenie. Po dotarciu na obrzeża Tbilisi i przebiciu się do dworca autobusowego Didube za 0.60 lari, który ukazał nam się jako przysłowiowy „kociokwik” pod postacią targu ze wszystkim i wszędzie (ryby, przyprawy, kawa, owoce, warzywa) oraz zgromadzeniem busów wszelakiej maści w jednym miejscu. Każdy Gruzin Ci pomoże, każdy kierowca ma święty spokój, ponieważ główną fuchę pełnią nawoływacze potencjalnych klientów. Z racji naszego „europejskiego” ubioru szybko zostaliśmy przechwyceni i podani z rąk do rąk w celu znalezienia marszrutki do Kazbegi. Cena przejazdu wynosi 10 lari, a podróż trwa ok. 3. godzin.

Wyruszyliśmy na Gruzińską Drogę Wojenną okraszoną złą sławą. Jej trasa biegnie od Tbilisi do Władykaukazu, i za sprawą władz ZSRR droga ta została poszerzona i umocniona (dziś nie wszędzie był asfalt, zdarzały się odcinki dziurawe i szutrowe). Była to główna trasa militarna, która umożliwiała Rosjanom szybki przerzut oddziałów wojskowych w czasie wojny z północnokaukaskimi góralami na terenach Czeczenii i Dagestanu. Trasa do Kazbegi pięknej historii nie ma, lecz oferuje wspaniałe widoki zapierające dech w piersiach.  

Od strony Tbilisi droga ciągnie się doliną Mtkvari (albo Kury – w języku rosyjskim), kilka minut zajmuje dostrzeżenie dawnej, starożytnej stolicy Gruzji – Mcchety. Droga pnie się ku północy i w okolicach Aragwi dostrzeżesz turkusowe wody jeziora Żniwalskiego oraz fortyfikację z Ananuri (XVII wiek). Za malutką wioską będącą obrazem nieszczęścia – Pasanauri zobaczysz serpentyny i półki skalne, które piąć się będą w górę aż do Przełęczy Krzyżowej 2379 m. n.p.m. – najwyżej położonego punktu tej wyprawy. Tuż obok przełęczy znajduje się miejscowość Gudauri, gdzie dostrzegalne będą źródła mineralne. Natrafisz wzrokiem na białe płaty mieniącego się nacieku mineralnego. I nie będzie to naciek wielkości 3 cm, to będzie naciek prawie wchodzący na drogę, ciągnący się metrami!  

Dotarliśmy do Kazbegi, które pokazało nam zastygły wulkan – Mkinwarcweri (5034 m.n.p.m.). Jest to lodowy szczyt, jeden z najwyższych z pasma kaukaskiego. Jego sąsiadami są Elbrus (najwyższy z Gór Kaukazu, ale technicznie łatwiejszy od Kazbeku, 5642 m.n.p.m.) oraz Tebulosmta (4492 m.n.p.m.), a w swoim wnętrzu kryje szmat historii. Ostatnie erupcje miały miejsce ok. 6. tysięcy lat temu, a jego majestat okala biała, puszysta pierzyna o łącznej powierzchni 135 km2. Sezon wspinaczkowy trwa od czerwca do połowy października, lecz trzeba się mieć na baczności i znać swoje ciało. Majestat ukazujący się z miasteczka Stepancminda to zabójca. Ogromny i bezlitosny morderca, który czeka na małe, subtelne potknięcie. Podejście do granicy jęzora lodowca Gergeti jest wymagające, ale samo wejście na lodowiec jest niebezpieczne i bez odpowiedniego ekwipunku oraz przygotowania może się skończyć tragedią ze względu na liczne szczeliny. I nie są to małe wgłębienia – potrafią mieć po kilka, kilkanaście metrów, więc chodzenie z asekuracją jest wymagane i nieodzowne. Nachylenie lodowca wynosi od 40 do 55°. Niestety – zasłyszane jest to od Gruzinów, my niestety nie podeszliśmy pod lodowiec, czego do tej pory żałuję i jest to jeden z powodów, dla których do Gruzji chcę wracać. Jeśli ktoś się zdecyduje zdobyć jednego z Królów Kaukazu to tu podaję POGODĘ, TRASY, PORADY + TRASA. Tak w ogóle – Fizyk odwalił mnóstwo świetnej roboty, gratulacje!

Majestat pasma kaukaskiego.

Nie polecamy Wam również rozbijania namiotu w Gruzji – jest mnóstwo psów, nawet na Gruzińskiej Drodze Wojennej napotkaliśmy pojedyncze osobniki. O ile za dnia w miastach (nawet w stolicy!) są przyjazne i miłe, oczekując smakowitych kąsków to po zmierzchu zamieniają się w małe, warczące bestie. Rozbicie namiotu w pobliskim parku okazało się niemożliwe, gdyż natrafiliśmy na watahę psów. Nie były mile nastawione do życia, na pewno nie machały ogonami. Wygrał pomysł podjechania (próba wejścia na Cminda Sameba spełzła na niczym ze względu na panujące ciemności) na Cminda Sameba. Za 10, 15 lari zawiozą Cię bezproblemowo pod świątynię i możesz w niej spać pod warunkiem, że nie jest to sobota, bo w niedzielę Gruzini od wczesnych godzin porannych modlą się i przybywają tutaj. Tak – była sobota, z prawosławnego klasztoru zostaliśmy wyproszeni i pozostało nam rozbić namioty pod niebem z tysiącem migających, zalecających się do nas gwiazd w towarzystwie gruzińskiego wina.

Trochę wiało i padało… Tak naprawdę zacytuję klasyka: „wiało jak 150”! Lało z nieba często, gęsto – oberwanie chmur co kilka minut! Wiało i chciało nam namiot porwać miliony razy! Wiatr był tak porywisty, że nasze materace plażowe (bo z czym innym można by wejść pod Cminda Sameba i na czym spać?) się podnosiły i stwarzały warunki do łóżka wodnego. Nie mniej jednak zaskakującym było domacanie w środku ciemnej, przerażającej nocy czegoś większego od pięści, ciepłego, jakiejś kulki… Pomacałam, pomacałam i uznałam, że to nic groźnego (byłam tak zaspana, że miałam w nosie co mi tam leży). Znowu się przebudziłam – ręka powędrowała za głowę i znowu to coś? Macam, znowu nic.  Paluchem ukłułam to coś i się poruszyło, a nawet mruknęło! Co jest do cholery?! Okazało się, że pod nasz tropik wpełzł pies, który szukał schronienia przed ulewą. Po zidentyfikowaniu obcej formy życia nawet nie narzekałam, ale piesek swoimi czterema literami zaczął mi wjeżdżać pod sypialnię! Dlaczego? Otóż dlatego, że namiot był rozbity u zbocza góry z Cminda Sameba i my zjeżdżaliśmy, i pies zjeżdżał, a przy okazji mnie pchał, więc ciągnęło mnie po stopach. Na rano się zintegrowaliśmy, lecz naszą noc zapamiętam na długo, a żal do zmarzniętych stóp w sobie cicho chowam.

წმინდა სამება to prawosławny klasztor położony nad miasteczkiem Stepancminda. To, co w Gruzji jest przemyślanie (tam nic praktycznie nie jest przydumane…) to podejście do turystów. Kobieta przed wejściem do monastyru powinna mieć spódnicę/sukienkę przynajmniej do kolan. Nie spodnie i nie w dużej dozie odkrytego ciała. Przed świątyniami są pozostawione kosze z kawałkiem materiału oraz rączkami do wiązania, a także niekiedy z chustami. To pozwala na bezproblemowe zwiedzanie i napawanie się historią tego miejsca. W oddali widać mityczną górę, jeden z najsławniejszych i najpiękniej usytuowanych pięciotysięczników.

 To właśnie z tym szczytem kojarzę w tej chwili Gruzinów i ich podejście do Rosjan. Można Kazbek zdobyć, podbić i wydeptać na nim ścieżki, ale on będzie trwać ciągle i od czasu do czasu będzie zabierać śmiałków. Tych zuchwałych, nieostrożnych i tych, którzy nie mieli szczęścia, a nawet krzty przygotowania do tak trudnej i wymagającej trasy.

Po spojrzeniu tęsknym wzrokiem na ten piękny pomnik przyrody zdecydowaliśmy się zejść w towarzystwie dwóch psów do miasteczka. Naszym celem stała się stolica Gruzji – Tbilisi nazywana perłą Gruzji. Bardzo malowniczo położona, ale czy tak jest naprawdę?


* Wszystkie zdjęcia, które będziemy Wam prezentować pochodzą od Chromatic Studio, gdyż nam nie udało się pożyczyć aparatu na ten wyjazd… Po prostu – studenckie latanie to i studencki budżet. ;)