Toronto – miasto marzeń

Toronto w ogóle nie było planowane. Spodziewaliśmy się wiatru i deszczu, a może nawet i śniegu, ale to właśnie miejsce okazało się dla nas bardzo łaskawe. I sympatyczne. I z efektem wow! I bardziej amerykańskie niż New York?

Do Toronto przylecieliśmy ok. 12, szybki przejazd do naszego lokum z AirBNB i naszym oczom ukazała się dzielnica mieszkalna – idealna (tutaj możecie zgarnąć 18 EUR na kolejną rezerwację: https://www.airbnb.pl/c/npierunek?currency=EUR). Niskie domy mieszkalne, które wyglądały, jak z filmów amerykańskich. Poczuliśmy ten klimat spokoju. Trawa, trochę krzaczków, dwa samochody na podjeździe, szerokie ulice, cisza i spokój. Coś obłędnie niesamowitego, bo nie spodziewałam się czegoś takiego po wylocie z Kopenhagi. Ponadto, rosły tam drzewa, ale nie byle jakie drzewa. To były klony! Po pierwszym zachwycie, w którym towarzyszyły nam leniwie wylegujące się psy na gankach, wybraliśmy się do centrum kolejką podmiejską. Szybko, łatwo i bezproblemowo dotarliśmy na stację Union Station. Bilety kosztowały ok. 3.5 CAD od osoby. I tutaj pojawił się pierwszy, wielki szok tej małej wyprawy, ponieważ wysiedliśmy w samym centrum miasta. Wyszliśmy z dworca wprost w las wieżowców i zdarzyło nam się to po raz pierwszy. Tak, jak niektóre budowle są przerażające, gotyckie, ciemne i zniszczone, tak w tym momencie wieżowce pokazały nam, jak maleńcy jesteśmy. Słońce świeciło i to dzięki niemu mogliśmy zaobserwować grę cieni, które smagały wszystkie budynki. Mimo poczucia tej maleńkości, bardzo nam się to spodobało i z wielką przyjemnością spacerowaliśmy po okolicach Harbourfront. Ponadto, po wyjściu z miejskiego zgiełku od razu naszym oczom ukazała się mała przystań Jack Layton Ferry Terminal, z której można było rzucić szerszym okiem na wieżowce oraz na Ward’s Island.

Pogoda nam dopisywała, było ok. 20 st. C, więc słonecznie i nie tego się spodziewaliśmy. Byliśmy pełni obaw, że zastanie nas deszcz, chmury, że tylko na chwilę wyjdziemy do centrum miasta. Wyszło na to, że dobrze się stało, ponieważ przed wyjściem przebraliśmy się w krótkie spodenki.

Następnie udaliśmy się w stronę ścisłego centrum i po raz kolejny zachwycaliśmy się budynkami. Z wielką chęcią położyliśmy się na trawniku pośród wieżowców i podziwialiśmy niebo. Przesuwające się chmury nadawały magicznego czaru i pogłębiały uczucie bycia maleńkim. Nie byliśmy jedyni, więc jeśli masz ochotę to śmiało połóż się w centrum korporacji na trawie. Nikt Ci nic złego raczej nie powie, a wręcz nie zwróci na Ciebie uwagi. Za to zdobędziesz świetny punkt obserwacyjny, który pozwoli Ci za podążanie wzrokiem za cieniami i chmurami, odbijającymi się w szklanych, ogromnych taflach. Można znaleźć też odbicia, które oślepiają, ale i tak Twoją uwagę odciągną trąbiące na siebie zielono żółte taksówki. I czuć, że Toronto wygląda tak, jak na filmach. Jest bardziej amerykańskie od USA i może jest to mylne wrażenie, ale prawdziwe.

Dalej udaliśmy się do kilku hal jedzeniowych i w końcu zdecydowaliśmy się na obiad, ale nie jest on wart uwagi, choć wybór był ogromny. Tak czy inaczej, jedzenia w Toronto na pewno nie zabraknie. Najedzeni, wybraliśmy się na spacer w stronę kampusu St. George’s oraz Uniwersytetu, bo zawsze to miło podpatrzeć życie innych osób związanych z nauką. Nawet, jeśli są to studenci. Kampus wyglądał, jak z bajki. Ciemne, ciężkie mury, mnóstwo zieleni i studenci grający w rugby obok. Część z nich wylegiwała się na trawie w miejscach, w których było na to pozwolenie. Inni, palili papierosy, śmiali się, szturchali albo gdzieś pędzili, lecz nie oni najbardziej przykuli moją uwagę, a wiewiórki. Wielkie, dorodne, puchate wiewiórki w kolorze czekoladowym z delikatną nutą srebra po bokach. Cudne były! Sprytne, zwinne, ale odważne. Ciekawskie okrutnie i zainteresowane ludźmi, bo mimo zakazów o niedokarmianiu myślę, że co niektórzy się nad nimi litują, jak nikt nie patrzy i rzucą co jakiś czas orzeszek. Albo dwa. Albo więcej. Dużo więcej, bo wyglądały na odpasione i było ich wiele i wszędzie. Wszędobylskie, miastowe, kanadyjskie wiewiórki były fantastyczne. Polecam szczerze taką atrakcję.

Zobaczyliśmy również Stary Ratusz i napis Toronto w Nathan Phillips Square, ale miejsce było to co najmniej dziwne. Ratusz nie pasował nijak do otaczających go wieżowców. Była tam również kładka do spacerowania i wszystko pasowało do siebie ni w pięć, ni w dziewięć. Kierując się na zachód można dotrzeć do zabytkowej części Toronto, która nie jest tak strzelista i intensywna w doznaniach. Przypomina nieco obrzeża Londynu z kolorowymi drzwiami. Budynki są niskie, ceglane i otoczone płotami, a w środku jest pełno nasadzeń. Jest ciszej i spokojniej, można odetchnąć. Mimo tego, w oddali co jakiś czas prześwituje CN Tower, która jest jedną z najbardziej znanych wież na świecie. Jej charakterystyczna budowa w łatwy sposób pozwala się orientować w przestrzeni miejskiej. Pasuje idealnie do widoku, na którym królują wieżowce, ale nawet nieźle komponuje się z zabytkowymi budynkami. Mimo jej bardzo charakterystycznej urody jest całkiem przyjemna w odbiorze i wcale nie taka opatrzona, jak na zdjęciach z pocztówek.

Można teraz zapytać: dlaczego nie wybraliśmy się nad wodospad Niagara? Przecież to tak blisko, tak bliziutko. Powód był prozaiczny. Łukasz był już 3 tydzień w podróży, a ja miałam za sobą wyjazd naukowy, bardzo wyczerpujący. Brakowało nam snu, odpoczynku. Tak zwyczajnie po ludzku, więc w zasadzie liznęliśmy tylko miastowej Kanady, ale i tak uważam, że Toronto to jedno z ciekawszych miejsc, które mogłam zobaczyć, choć dla niektórych jest niespecjalnie interesujące. Tak czy inaczej, do kanady chciałabym wrócić, ale do tej części dzikiej. Mieć możliwość wynajęcia auta, wybrania się w dzikie rejony na północy tego kraju i jestem pewna, że kiedyś ten plan zrealizuję, a wtedy Kanada zasiądzie na tronie wraz z Norwegią oraz Portugalią.