Blue Bay – rajska wyspa marzeń

Stawiliśmy się przed czasem na lotnisku w Warszawie. Dokładnie ujmując – kilka godzin wcześniej, po to, aby spędzić na nim noc. Z letargu przeplatanego ostrzeżeniami o pilnowaniu swojego bagażu wyrwał nas telefon z pytaniem: Czy zamierzacie Państwo lecieć? Do końca odprawy zostało Wam 30 minut. Zebraliśmy się, podjechaliśmy jedno piętro wyżej, oddaliśmy nasze bagaże i z uporem maniaka poszliśmy pod bramkę. Na początku pomyślałam, że sporo osób się spóźni – w końcu był to lot czarterowy, ale… Do ostatniej chwili było nas 10 osób. 10 osób, które zostały zaproszone na pokład Dreamlinera. Obsługa podśmiewała się z nas, a przy wejściu do samolotu usłyszeliśmy komunikat: Proszę zajmować dogodne rzędy. Nie siedzenia! Rzędy! I przyznam, że każdy był nieco rozkojarzony tą sytuacją. Samolot był po prostu pusty. Była z nami obsługa, ale w zasadzie kilka osób przebrało się w prywatne ubrania, bo co mieli z nami robić? Co mogli zaproponować 10 osobom przez czas kilkunastu godzin? Niewiele. Przyznam, że dawno się tak dobrze podczas lotu nie wyspałam. Małe zamieszanie pojawiło się podczas międzylądowania na Madagaskarze (widoki były niesamowite i chcę tam kiedyś postawić swoje stopy) w momencie, gdy zabieraliśmy turystów na Mauritius, a kolejnego dnia rano mieli oni wracać tym czarterem do Polski, ale spokojnie… Również zajmowali rzędy, a nie swoje miejsca.

Przez portal Airbnb udało nam się złapać kontakt z Natashą. Jakiś czas już mieszkała na wyspie, a jej znajomy odebrał nas z lotniska. I żeby była jasność – żaden autobus w tym momencie tam nie jeździł, a okolica była czarna. Ciemna i nic jej nie rozjaśniało. Otaczała nas tropikalna pustka. I właśnie – pojawiło się znane nam uczucie z Filipin albo to najbardziej drażniące z Malezji. Duchota, zmrok, ale po zmroku nadal ponad 30 st.C, wilgotność na poziomie 85% i stojące powietrze. Zero wiatru. Z pomocą przyszedł nam partner Natashy, który bezceremonialnie wyciągnął piwo na stół przed domem, otworzył je i po prostu rozlał. Do tego lodowata woda i mogliśmy w spokoju zacząć nasz pobyt na Mauritiusie i powoli przyzwyczajać się do panującego wszędzie ciepła.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę. Nie, oczywiście, że nie autobusem. Postanowiliśmy odejść z naszej wioski w stronę Mahebourg (wymawianego przez tubylców, jako „Maj-buu”). Złapaliśmy podwózkę do miasta, w którym w zasadzie nic nie było. W poszukiwaniu szczęścia trafiliśmy nad zatoczkę, przy której stacjonował patrol policji. Z braku pomysłu podeszliśmy i zapytaliśmy, co możemy porobić w tej okolicy? Odpowiedź padła bardzo szybko: Blue Bay! Pan policjant był bardzo miły i sympatyczny. Zamienił kilka słów ze swoją współtowarzyszką w pracy i pojechaliśmy nad Blue Bay. Radiowozem policyjnym z klimatyzacją. Pełna profeska i była to podróż na najwyższym poziomie. W między czasie zostaliśmy zapytani o miejsce naszego pobytu (co jest regularnym pytaniem każdego i w każdej sytuacji), ostrzeżeni przed kieszonkowcami i palącym słońcem, a także dostaliśmy nr telefonu zapisany na karteczce po to, aby w razie, czego móc do nich zadzwonić z prośbą o pomoc gdybyśmy władowali się w jakieś tarapaty. I nadmienić jeszcze trzeba, że na Mauritiusie są dwa rodzaje policji. Pierwsza, ta poważna, która zajmuje się życiem mieszkańców wyspy i ta druga – również poważna, ale skierowana w stronę turystów i podróżników. Niezwykle pomocna, która oferuje mapy, podpowiedzi dojazdu do wybranych punktów, pilnuje porządku na plażach i dba o to, aby turyści bezproblemowo mogli wydać na Mauritiusie pieniądze. No, więc, wylądowaliśmy na Blue Bay w eskorcie policji i Pan był nieco speszony, gdy poprosiliśmy go o wspólne zdjęcie, ale ostatecznie z uśmiechem na twarzy się zgodził.


Czym jest Blue Bay? Niewielką zatoczką, która została otoczona przez hotele, ale zwykły człowiek też ma do niej dostęp. Krystaliczna i ciepła woda, cisza i spokój czasami przerywane okrzykami małych dzieci, a na dodatek jedno z lepszych miejsc do oglądania rybek, bo rafa jest bardzo blisko położona od brzegu. Koniecznie trzeba się tam udać z maską do nurkowania. Już kilka metrów od brzegu pojawiają się podwodne kule, przy których można znaleźć kolorowe rybki, ale warto wypłynąć za boje, ponieważ tam, gdzie jest ciemniej jest więcej rafy koralowej. Więcej rafy, więcej rybek, więc i więcej szczęścia! Przydać się mogą również buty do pływania, a gdy się znudzisz pływaniem i podglądaniem rybek polecam położyć się na samym brzegu plaży i pozwolić na obmywanie się falami. W między czasie można zawsze popijać wodę z kokosa i zwyczajnie się relaksować.

Na Blue Bay bardzo nam się podobało. Spędziliśmy tam również ostatni dzień na Mauritiusie po to, aby jakoś spuentować koniec naszego wyjazdu. Pogoda była udana, a na Mauritius najlepiej jest się wybrać w naszym sezonie zimowym, lecz tak naprawdę każda pora jest dobra. Średnia temperatura waha się od ok. 18 do 25 st.C, więc, po co zwlekać?