Człowiek o imieniu Mustafa.

 

Nie jestem romantyczna ani rozważna. Jestem marzycielem, który stara się spełniać swoje marzenia, czerpać od innych ludzi motywację, inspirować się światem. Staram się być otwarta na wszystkie idee i łaknę wszystko to, co niepoznane. Lubię podróżować autostopem, bo nigdy nie wiem, gdzie danego dnia wyląduję i czy tym razem będzie niebezpiecznie, czy ponownie uda mi się łagodnie spaść na cztery łapy. Chcę nadal poznawać świat i to nie tylko ten zabytkowy i rozreklamowany. Życie ludzi jest niezwykle inspirujące – dla nich to po prostu próba przetrwania z dnia na dzień, dla mnie to wspaniała historia. Doświadczenie, refleksja uczą nas patrzenia w lustro w nasze odbicie w ten sposób, aby nie czuć się gorszym. Czasami niepotrzebne jest lustro – najważniejsze to potrafić wyrazić siebie w swój własny, nieprzymuszony, acz szczery sposób. Nigdy nie potrafiłam wcielić się w aktora, który potrafi pokazać uśmiech i sympatię mimo gniewnych myśli. Nie umiem ukryć, gdy ktoś mnie drażni, gdy nie współgramy na tych samych falach. Niekiedy bywa tak, że po kilku sekundach wiesz, że spotkałeś dobrego człowieka. Mustafa był taki – dobry, przyjazny i otwarty na dwoje obcych ludzi.

Udało nam się dotrzeć do Szawszawan szybciej, niż mieliśmy to w planach. Marokańczycy nas zaskoczyli i to w tym momencie pojawiła się chęć wyjazdu do Iranu. Kolejnego dnia po urokliwej rozmowie:

- Dzień dobry!
- Dzień dobry!
- Chodź ze mną palić haszysz. Zapowiada się taka piękna pogoda.
- Nie, dziękuję. Właśnie idę kupić chleb.
- A… Jak chleb to miłego dnia.

Naszym oczom ukazała się maluteńka świątynia na wzgórzu tuż pod wierzchołkami gór Riff. Wyglądała urokliwie i kusiła swoją obecnością. Jej największym atutem było delikatne przykucnięcie tuż pod szczytami gór, a jednoczesne zapatrywanie się na miasto. Mijając stragany z obłędnie pachnącymi przyprawami, wspaniale smakującymi oliwkami i kurami powoli, bez pośpiechu zaczęliśmy podążać na spotkanie. Obok nas przewijały się obrazy ludzi zabieganych i tych spacerujących krokiem mędrca. Tych, którzy niosą na swoich barkach dzisiejszy obiad z świeżo zabitego wołu, a także tych, którzy nas sprawdzali. Lustrowali od stóp do głów. Patrzyli bardzo zainteresowanymi spojrzeniami, ale pokazali właściwą drogę z uśmiechem na ustach. Tym oto sposobem wyrwaliśmy się sile tego gwaru, opuściliśmy zgiełk i po 15 minutach słyszeliśmy… Pomruk wielkiego miasta. Poczuliśmy na nowo i silniej promienie słoneczne, a wiatr smagał nas swoimi uderzeniami. I nie była to ambitna podróż – ot, taka mała wyprawa. Takie skromne wyściubienie nosa z dziury.

Nasze kroki skierowały nas na wąską ścieżkę wydeptaną po części przez ludzi, po trochu przez owce, a nawet przez kozie racice. Każdy włożył kawałek siebie byśmy mogli tamtędy pójść. Droga nie była ani mozolna, ani męcząca. Nie ciągnęła się, nie była okrutnie długa i wymagająca. Po prostu kawałek leśnej, byle jakiej dróżki. Rozwidlała się w kilkunastu miejscach, prowadząc do starych chałup, posklejanych i pozbijanych byle jak. I ta byle jakość wcale nie przeszkadzała nikomu. Byle jakie płoty, murki i dachy. Takie same całe chałupy i porządek wokół nich. I pomiędzy tymi wszystkimi rzeczami, które były wręcz brzydkie i obskurne, zauważyliśmy człowieka. Tachał na plecach ogromne, byle jakie, ale powypychane torby. I teraz zadam Ci pytanie: pomożesz? Od razu do niego podeszliśmy po krótkim skinieniu oczu, zabraliśmy od niego siatki mimo jego protestów i zawahania. Opierał się może trzy, cztery sekundy, a później wyczarował na swojej buzi uśmiech. Uśmiech tak szczery i przejmujący, że napawał nas dumą. Uśmiech od ucha do ucha, w którym nie wszystkie zęby były na swoim miejscu, a niektórych w ogóle nie było. W starej koszuli, w roboczych spodniach, z chudą posturą ten uśmiech był magiczny. Okazało się, że poznaliśmy Mustafę. Nie wiem w jakim był wieku. Mustafę, który mieszka w tym miejscu od zarania swoich dziejów. Mieszkał tu jego dziadek, ojciec, a teraz mieszka on z żoną i z trzema synami. Po drodze pokazał nam stare koło, którego on już nie używa. Koło, którego jeszcze jego poprzednicy używali do gniecenia oliwek i wydobywania z nich oleju. Koło, którego on nie używa, po prościej w tej chwili jest kupić butelkę z oliwą na targu. Dochodzimy do jego domu, a w trakcie marszu Mustafa ciągle nam dziękuje w zasadzie za nic. Poznajemy jego trzech synów. Jego dumę. Każdego przytula, każdemu czochra włosy, a najmłodszy tuli się do ojca, jakby go nie widział wieki. Donieśliśmy wszystkie rzeczy i nie mieliśmy szansy zaprotestować. Mustafa narwał marokańskiej mięty, która rosła w jego ogródku, a która aktualnie próbuje ujrzeć kilka chwil ze swego życia na moim balkonie. Czekaliśmy długo, a jedynym o co nas poprosił gospodarz, miała być chwila wytchnienia nim pójdziemy dalej. Pasące się wokół owce, gdakające kury, widok Chefchaouen z oddali dopełniły rajskiego klimatu. Dostaliśmy zaparzoną w mikrym czajniczku aromatyczną miętę z oszałamiającą ilością cukru. Po czym poznać poprawnie zaparzony napar? Mięta musi być zalana wrzącą wodą, parzona kilkanaście minut. Następnie gospodarz nie szczędzi cukru, nalewa do osobnej szklanki napar z dużej wysokości, napowietrzając go. Przynajmniej dwa razy. Efektem finalnym jest nalanie napoju w taki sposób, aby na powierzchni naparu pojawiły się maleńkie bąbelki powietrza. Im jest ich więcej tym bardziej wprawną rękę ma osoba, która ten napar przygotowała. Pija się go z małych szklaneczek (myślę, że ok. 150 ml) i po wypiciu do dna prosi o więcej. Koi pragnienie, odświeża i nadaje nowego rytmu. I taki napar podał nam właśnie Mustafa.

Wygodnie się rozsiedliśmy na owczej skórze, którą nam rozścielił na ganku. W oddali widzieliśmy świątynię, jego zwierzęta, słyszeliśmy odgłosy miasta i mieliśmy na sobie wzrok zaciekawionego psa. Mustafa opowiadał nam, że niczego w życiu nie pragnął prócz spokoju. To właśnie jest jego miejsce na ziemi, które pozwala mu odnaleźć wewnętrzną równowagę. Czasami musi tylko zadbać o zakupy, maleńki ogródek czy oporządzić zwierzęta. Niekiedy rozpieszcza najmłodszego syna kupując mu czekoladę, którą ten później się umorusa. Pytał o nasze życie, o to, co dzieje się w naszym kraju. Chciał nas częstować jedzeniem, a odmowę potraktował z powątpiewaniem. Pozwolił nam na poznanie jego rodzimej muzyki, odetchnięcie górskim powietrzem i uśmiech. Śmiał się do nas również jego syn, a żona tylko raz się pokazała. Przywitała się z nami i prędkością błyskawicy czmychnęła. Proponował nam zapalenie haszyszu. Rekomendował jako naturalny i ekologiczny. I rzekł, że w Maroku i tak go zapalimy. I to były święte słowa. Relaksował się w naszym towarzystwie, nie musiał z nami rozmawiać. Wręcz nakazał nam rozejrzenie się po terenach wokół, by zobaczyć jak pięknie promienie słoneczne przebijają się przez subtelnie wzburzone niebo. Jak przebijają się przez nastroszone chmury i próbują dolecieć do dołu. Tam była cisza. Tam było dobrze i spokojnie.

Nie wiem kim był Mustafa, i nie wiem również, co robił w swoim życiu, ale w tej chwili nie to było najważniejsze. Najistotniejszym dla mnie było to, że go poznaliśmy. Niby niczego nam nie dał, ale okazał się być człowiekiem, a teraz jest to bardzo rzadko spotykane. I dlatego będę go wspominać, bo on, jego podejście do życia, które było biedne, ale spokojne, a także krajobraz utkwiły mi w pamięci.

Dlatego kocham podróżować, bo mogę poznać człowieka o imieniu Mustafa.