Każdy powód do podróżowania jest dobry – Maroko!

Niekiedy do wybrania się w podróż wystarczy kilka dni. Nie zabieramy ze sobą walizki ubrań, drugiej z kosmetykami, a trzeciej ze strachem. W zasadzie to jeszcze nigdy nie lecieliśmy z walizkami tylko z plecakami. Nie potrzebujemy mieć zarezerwowanego hotelu na tydzień w jednym miejscu, a tym bardziej zaplanowanego czasu zwiedzania. Czyż piękniejszym nie jest spontaniczność i zuchwałość, których brakuje nam tak bardzo w życiu codziennym? Przecież każdego ranka wstajemy, myjemy się, a nawet zęby, jemy śniadanie i pędzimy do pracy. I nawet niezwykle interesująca praca może stać się pewną rutyną. Wracamy, coś jemy, gdzieś wychodzimy albo buszujemy po zgubnych czeluściach internetu, pocimy się wyciskając żelastwo, które wciska nas w ziemię. Wszystko jest tak przewidywalne, tak bardzo zaplanowane i… Nudne? A gdybym powiedziała, że kupno biletów potrafi zmienić nastawienie? Jeśli dodam, że wystarczy się tylko odważyć, wsiąść, niczego nie rezerwować jak typowi turyści i po prostu ruszyć? Bez planu i pomysłu, ale z zaangażowaniem i namiotem w plecaku? Ostatnio usłyszałam, że takie „nasze” podróżowanie jest niepoważne, bo przecież mój rozmówca miał wykupiony hotel na tydzień w jednym miejscu (z basenem!), a był zawiedziony, ponieważ nie otrzymał wcześniej menu od restauracji. Wyraził pełen zachwyt do swoich przewidywań i skrupulatnie zaplanowanego urlopu. Wręcz wzgardził moją osobą, gdy powiedziałam, że dla mnie jest to stan nieosiągalny. Jak to? Tak bez przygotowania? Bez żadnej wiedzy? Ano tak to właśnie ja podróżuję! Dzięki temu poznaję cudownych, wspaniałych ludzi, którzy pokazują mi swoją rzeczywistość. Wierz mi – możliwym jest ucieczka w nieznane, choć na chwilę, by poczuć oddech innego świata na swoim policzku, a Maroko jest cudownym miejscem do zatracenia. Nie drukuj map, nie siedź w jednym miejscu, ale weź krówki – to jest zawsze bardzo dobry pomysł!

Zaczęło się niewinnie, ponieważ męska strona znalazła przypadkiem tanie, taniusieńkie bilety z Rzymu Ciampino do Fezu. Nie bacząc na to, gdzie właściwie Fez jest położony i co my tam będziemy robić, mężczyzna zakupił dwa bilety (na szczęście!), dokupił resztę trasy i… Pozostało nam kilka dni do wylotu. Powód? Banalny! Byłeś kiedykolwiek w Maroku? Ja wtedy też nie, więc decyzja była natychmiastowa. Tak – gdyby jakimś zbiegiem okoliczności dowódca naszego batalionu znalazł w tamtym momencie bilety do Omanu, Kenii, Włoch lub Libii to i tak by je kupił.
Spakowani w dwa wysłużone plecaki wyruszyliśmy z Poznania PolskimBusem w między czasie dzwoniąc do zaufanego człowieka o imieniu FF i prosząc go: „takie hasło jest do laptopa, wyślij to i to do tego, tak – załącz mu ten plik, jak to nie możesz znaleźć?!, ok, znalazłeś – pisz w wiadomości to i to”. I tak kilka razy. W między czasie ostatnie telefony i wreszcie dotarliśmy do Wrocławia. Szybki obiad, przetransportowanie się na lotnisko i zupełny brak zaangażowania w to, co tak naprawdę mamy w plecakach. I tak już było za późno, więc nerwy byłyby nadaremne. Lot do Modlina, szybkie przepakowanie przy zachodzącym słońcu i krwistoczerwonym niebie, i wsiedliśmy w samolot do Rzymu Ciampino. Jednocześnie to miejsce stało się naszą noclegownią i szczerze polecamy rozbicie swojej twierdzy na hali przylotów. Cisza, spokój, a podczas przebudzenia się na materacu plażowym (przecież lecimy na wakacje!) można poznać przez spojrzenie jednym okiem miłą blondynkę, która akurat koło nas się położyła. Nikt nie hałasował, nikt nic nie sprzątał – prawdziwa, idealna noclegownia dla backpackerów! Bardzo wczesnym porankiem (ok. 5:30) udaliśmy się do hali odlotów i tam… Szczegółowa kontrola paszportowa, wejście do samolotu i…

Po dwóch godzinach krajobraz zmienił się diametralnie. Przypominał nieco wydmy ponacinane źdźbłami trawy. Jak gdyby jakaś istota wysypała na kawałek blatu drobny piasek i przecinała go nożem tworząc wzgórza i doliny. Czasami je oprószała kroplami wody, które bardzo szybko zastygały, tworząc koryta rzeki. Wszystko było złote i mieniące się, a suchość tego miejsca można było zobaczyć własnymi oczami. W między czasie ten ktoś powciskał małe chatki gdzieniegdzie niczym małe kępki kwiatów i w ten właśnie sposób powstało Maroko. Mieniące się złotymi piaskami, przerażające wysuszonymi korytami rzeki, z kozami na drzewach i bardzo aromatyczną miętą.

Pierwszym, co nas uderzyło był podmuch gorącego wiatru i gorąc lejący się strumieniami z nieba. Szybko i zgrabnie poszło nam wypisanie darmowej wizy i przekroczyliśmy progi Maroka. Udaliśmy się bez pośpiechu na przystanek autobusowy oddalony może 300 metrów od lotniska i czekaliśmy na swoją kolej. Bilet do Fezu kosztuje 4 drachmy i nie jest ceną wygórowaną, ponieważ do samego Fezu wiedzie droga o długości ok. 15 km. Tak, jak w Gruzji, tutaj również transport rządzi się swoimi prawami. Oczywistym jest, że nie ma rozkładu jazdy, ale każdy wie, że jeden bus w ciągu jednej godziny pojedzie. Lepiej mieć taki przedział czasowy niż nie mieć go wcale, prawda? Po dotarciu do Fezu na stację kolejową od razu postanowiliśmy udać się do Meknes, a to miejsce zostawić sobie na deser po wszystkich wojażach.

Dworzec w Fezie to nie byle jaki budynek. Wyłożony marmurami, niezwykle przestrzenny oraz jasny. Na tle czystego, niebieskiego nieba wygląda imponująco. Prowadzi do niego ścieżka ulokowana pośród małego placu. To, co już na wejściu nas zdziwiło to… Portret króla! Wisi dumnie i mądrym spojrzeniem patrzy na swój lud, gdy ten kupuje bilety, wodę mineralną czy idzie do toalety. Król widzi wszystko i – jak się później okazało – wszędzie spoziera na każdego. Kupno biletów okazało się bezproblemowe. Kosztowały nas z Fezu do Meknes 20 MAD. Sprawdzono nam je przed wejściem na peron i, co najciekawsze – ładnie je przedziurkowano.

U nas kontrolerzy szarpią nasze bilety, robię dwie dziury niczym wampirze zęby, a tu? A tutaj to kwiatkiem dziurkują. Proste i sympatyczne rozwiązanie. I wydawać by się mogło, że tylko ta przygoda będzie dla nas miła, ale nie… Kolejny raz dowiedziałam się, że koleje polskie są daleko w tyle. Oj… Bardzo daleko. Pociąg marokański (przejazd najtańszy z możliwych) posiadał klimatyzację, sprawne zasłony i był czysty. Nie roznosił się brzydki zapach, nie było możliwości do przyczepienia się do czegokolwiek. I tutaj zagadał nas młody Marokańczyk, który zaczął polecać nam miejsca warte odwiedzenia. Okazało się, że ma nawet koleżanki w Warszawie, co stało się kolejnym powodem do kontynuowania rozmowy. W między czasie mały, pulchny bąbel w wieku około 2 lat zaczął nas zaczepiać. Długo nie trzeba było czekać na naszą reakcję. Dziecko było tak śliczne i tak bardzo szczęśliwe, że nie pozostawiło nam wiele do wyboru. Podarowaliśmy mu trzy krówki – ciągutki, które niezwykle je uradowały. Do tej pory nie wiemy, jak tata tego bąbla zareagował, gdy zorientował się, że prawdziwa, polska krówka się klei, wchodzi w zęby i w zasadzie to jej się nie je tylko „ciumcia”, ale… Taki los rodzica – czasami musi wziąć swoje dziecko pod pachy, wsadzić do wanny i poczekać aż się odmoczy ze złapanych niespodzianek.

Po wyjściu z pociągu wylądowaliśmy w Meknes zgodnie z planem. Zaczęliśmy się wydostawać z miasta, lecz po drodze natrafiliśmy na niesamowite przedstawienie. Chordy mężczyzn poubieranych w ludowe, tradycyjne stroje przykuły naszą uwagę. Z lekką nieśmiałością postanowiliśmy podejść do pokazywanego spektaklu, ale już od progu przywitały nas ręce, które zapraszały na pokaz. Od razu proponowano mi zajęcie miejsca siedzącego w całym gwarze, ale ciężko mi było usiąść – nie mogłabym niczego zobaczyć. W dusznej i zatłoczonej sali pachnącej orientalnie weszliśmy do zupełnie odmiennego świata. Światło było przytłumione, zaduch panował wszędzie, a wszystkie słowa wypowiadane wokół mieszały się zażarcie. Gwar i hałas, z którego nic nie rozumieliśmy pozwolił na wejście w prawdziwą atmosferę tego świata. Bardzo mocno mi się wydaje, że trafiliśmy na festiwal muzyki gnawy, ale… Ile w tym prawdy? Nie wiem. Przyznaję bez bicia, że nie zarejestrowaliśmy tego, na co patrzyliśmy, ponieważ tak bardzo pochłonął nas nowy, inny świat. Spędziliśmy w tym miejscu sporo czasu wchłaniając rywalizację między poszczególnymi zespołami, które nawet na korytarzu czy przed budynkiem śpiewały i uderzały w bębny. Strój również był odmienny, ponieważ panowie mieli na sobie kolorowe i odświętne djelleba oraz babouches, czyli bogato wyszywane pantofle o ostrym szpicu. Te najdroższe potrafią kosztować majątek, a wybór kolorów jest nieograniczony. Niekiedy, dosłownie mówi się na nie: papucie bez pięty, bo faktycznie pięta w tych butach jest przydeptana. I można od razu napomknąć, że jest to jeden z pierwszoplanowych symboli Maroka. Pojawia się na stopach, obrazach, jako brelok do kluczy albo atrakcja. Wszyscy śpiewacy je nosili, wszystkie były zadbane, a niekiedy się nimi chwalili. I chyba ze względu na to, iż tak odświętnie byli ubrani chętnie pozowali do zdjęć, a nawet sami nas zaczepili p oto, abyśmy mogli im kilka ujęć zrobić. Po dotknięciu tego harmidru oraz gwary poszliśmy w stronę medyny – centrum tego marokańskiego miasteczka. Owszem – budziliśmy furorę, bo po Meknes dreptały nagle, znikąd dwie duszyczki z ogromnymi plecakami.

Dotarliśmy do dumy Meknes – Medyny wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Przywitała nas brama Mansura, która wpuściła nas do centrum starego miasta. Ozdobiona misternie i z zapałem przykuwa uwagę, lecz już w tej chwili wiem, że w Maroku są piękniejsze bramy, które swoim bogactwem potrafią przyćmić całą okolicę. Jeśli obrócisz się i spojrzysz do tyłu to zobaczysz plac Lalla Aouda, na którym to pachnięć będzie marokańskimi przysmakami, będą kusić Cię zdjęciem z pawiami, a nawet zaklinacze węży spróbują się Tobą zainteresować. To tutaj znajdziesz mnóstwo tadżinów w zawrotnych cenach, a po przejściu przez plac wejdziesz w świat przypraw, warzyw, owoców, tkanin… I choć sam plac zachwycający nie jest to właśnie na jego powierzchni odbywały się parady, pokazy wojsk sułtana. Nie jest to miejsce ozdobne, ani mieniące się blaskiem, lecz ma w sobie tę chwilę refleksji. I gdy się nią nacieszysz możesz iść dalej i próbować małymi kęsami, a później haustami Maroka.

My postanowiliśmy wyrwać się szybko z tego miasta i udać się do owładniętego lazurem Chefchauen. Jakimiś bliżej nieokreślonymi zbiegami okoliczności, które pozwoliły nam na złapanie odpowiedniego kierunku. Stanęliśmy za jednym z większych rond w mieście. Zaczęliśmy machać kartką i w tym momencie zostaliśmy gwiazdami tej małej przestrzeni. Wszyscy się do nas zaczęli uśmiechać chwilę po tym, gdy zdziwienie znikało z ich twarzy. I czekając może 10 minut zatrzymał się pan, który pyta, czy faktycznie do Chefchaouen chcemy się wybrać? Połączenie języków: polskiego, angielskiego, arabskiego oraz francuskiego pozwoliło nam się wyrazić, że tak – faktycznie to tam chcemy się udać, a co więcej to planujemy jechać w stronę Volubilis. Zabrał nas na pakę, bo był panem, który rozwoził arbuzy, a jeździł starym, zdezelowanym motorkiem. Wiatr we włosach, uśmiech na twarzy i podróż, która trwała 15 minut otworzyła nam szeroko oczy. Dogadaliśmy się, ale nie do końca. Pan zawiózł nas na dworzec autobusowy, z którego wcześniej uciekliśmy i postanowił, że to wyjście będzie dla nas najlepsze. Przy okazji staliśmy się pełnoprawnymi osobami ze statutem gwiazdy, ponieważ nasza podróż na „arbuzowej” pace została obfotografowana przez turystów niemieckich. Flesze, przeciskanie się do lepszego ujęcia, pomruki, uśmiechy i chęć robienia nam zdjęć pozwoliło nam pomyśleć, że bogaty turysta niemiecki w ten sposób nie podróżuje. On po prostu nie podróżuje – jest turystą, a my staliśmy się ich atrakcją. Ot, co. Pozostało nam ponowne podreptanie na koniec miasta w towarzystwie żaru, który lał się z nieba. Ponownie wyciągnęliśmy ręce z kartkami, a po 15 minutach zatrzymało się dwóch mężczyzn, którzy jechali do Maluaj Idris, ale postanowili nas w trakcie podróży podrzucić nieco dalej.

I już po tych kilku godzinach wiedzieliśmy, że ten kraj krzywdy nam nie zrobi, bo nawet, jeśli pojawiała się bariera językowa to Marokańczycy za wszelką cenę chcieli z nami porozmawiać. Być może kierowała nimi zwykła, ludzka ciekawość, a może chęć pomagania sobie nawzajem? Nie wiem, lecz na pewno były to gesty dobroci okazywane nam z uśmiechem.