Volubilis – starożytna stolica Mauretanii Tingitana

Stanowisko archeologiczne w Volubilis to gratka dla każdego, kto lubi i potrafi podróżować w czasie. To tutaj Rzymianie spacerowali w gorących podmuchach afrykańskiego wiatru, podziwiając majestat tego, co zbudowali. To w tym miejscu na przełomie II i III wieku czas płynął inaczej, a od 1997 roku kompleks ten został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Do Volubilis dojeżdżamy późnym popołudniem. Dwóch przesympatycznych Marokańczyków podwozi nas do upragnionego punktu wyprawy mimo tego, iż nie był to ich docelowy punkt. Tłumaczą nam, że do ok. 20 odjeżdżają z Volubilis autobusy do Meknes i nie powinniśmy się niczym denerwować. Za informację dziękujemy, machamy im na pożegnanie i w ten sposób zaczynamy zwiedzać. Między nami to tak naprawdę tylko ja poszłam podreptać po śladach Rzymian, ponieważ Łukasz miał już serdecznie dosyć tamtego dnia. Rozłożył się pod krzakiem z książką w ręku i postanowił w ten sposób się relaksować.

Wstęp do całego kompleksu kosztował 10 MAD. I naprawdę robi wrażenie to, iż był to jeden z punktów najbardziej wysuniętych na krańcach Cesarstwach Rzymskiego. Na wejściu powita Cię ochroniarz, który sprawdzi Twój bilet, aby chwilę później wpuścić do rzymskiej potęgi, lecz… Nieco zaniedbanej. To, co od razu rzuca się w oczy to krzaki i chaszcze. Lekko wypalone suszą pola, brązowe i piaskowe wzniesienia, które można zwiedzać byle jak położoną i w miar zadbaną ścieżką. Na początku wydaje się, że wydanie w sumie tak niewielkiej kwoty mijało się z celem, ale… Rozczarowanie nie będzie tak wielkie, jeśli będziemy wytrwali. W zasadzie to rozczarowanie się nie pojawi, bo później zaczną się niemałe smaczki. Biorąc pod uwagę fakt, że silny wiatr urywał mi głowę, a słońce piekło niemiłosiernie i bezlitośnie, to miejsce jest warte uwagi.

Malownicze i nieco schowane za pagórkami ruiny dawnego Imperium Rzymskiego to rozległa przestrzeń, którą porastają trawy, dzikie kwiaty i okupuje wszelakiego rodzaju ptactwo. Swoją drogę rozpoczynam kierując się w stronę wystawionych przedmiotów: mis, garnków, dzbanów, a także odrestaurowanych malowideł. Kieruję się wzdłuż długiej, wybrukowanej alejki, która nie zachwyca swoim pięknem, ale pomaga piękno dostrzec. Idę trasą, która prowadzi mnie naokoło i pozwala dojrzeć Łuk Triumfalny, Akropol czy ruiny Bazyliki z oddali. Wyobrażam sobie, że przede mną nie idą Marokanki w swoich długich, charakterystycznych ubraniach, lecz Rzymianie. Ich szaty również powiewają na wietrze, jednej z nich ucieka chusta, która następnie jest łapana z niemałą trwogą, ale też zawziętością. Ich ubrania błyszczą w słońcu od nadmiaru zdobień i przykuwają uwagę. Są swoistym ożywieniem tego krajobrazu, który bez nich byłby pusty i szary. Róż, niebieski, żółty, czerwień czy zieleń to ich znaki rozpoznawcze. I wpierw widać ich barwy mieniące się niczym kolorowe ptaki, a już po chwili słychać śmiech i rozbawienie. Przepychają się między sobą, podkładają nogi i tryskają energią. W momencie, gdy podchodzę pod usilnie zdobiony Łuk Triumfalny położony w centrum ruin, z którego jeszcze sporo się zachowało, zagadują mnie. Witają się i z lekkim niedowierzaniem pytają, czy mnie aby na pewno jest wygodnie? Czy nie za gorąco? Uśmiecham się i mówię z subtelnym przekąsem, że owszem – tak, jest mi gorąco, ale nigdy w zimie w Polsce, gdy -20 st. C potrafi mnie zaskoczyć z dnia na dzień. Dziwią się i nadal śmieją, tłumaczą, że pytanie dotyczy moich długich spodni, zabudowanych butów i bluzki. Odpowiadam, że w ten sposób chronię się przed marokańskim i nieprzyzwoicie gorącym słońcem, że nie chcę ich również urazić swoim ubraniem. Patrzą na mnie trochę spode łba, i o ile tę drugą kwestię przyjmują do wiadomości to pierwszej nie rozumieją. Polecają mi, abym zakupiła na zwykłym targu nawet najtańszą suknię. Najlepiej tego typu, którą każda z nich ma na sobie, ponieważ jest przewiewna, lekka w noszeniu, a przede wszystkim kolorowa. Nie taka szarobura, jak moje spodnie. Jest kobieca i można się w niej lepiej czuć jako kobieta właśnie. Dziękuję za radę, żegnam się z nimi i drepczę spokojnie dalej. Nieco żałuję, że nie wzięłam ze sobą butelki wody, ale głupim się jest po fakcie. Odchodzę spod budowy, której prowodyrem był Marek Aureliusz Sebastenus, a zbudowany został na cześć i chwałę Cesarza Karakalii. Zastanawia mnie chwilę fakt, czy ktoś kiedyś mógłby dla mnie taką budowlę postawić, ale dochodzę do wniosku, że jednak preferuję namiot. Łatwiejszy w obsłudze wygrywa bitwę w moich myślach.

Mam wrażenie, że najbardziej popularne w tym rejonie są bociany, które okupują pozostałości po Akropolu. Na kolumnach w stylu korynckim uwiły swoje gniazda, w których wychowują młode. Są niebywałą atrakcją, ponieważ przez nie miesza się kilka zjawisk: marokański klimat, (powiedzmy) polskie boćki oraz rzymskie pozostałości. I te wielkie, majestatyczne ptaszyska, które u nas wyjadają żaby i inne robactwo to w zasadzie jedyni mieszkańcy Volubilis. To przez nie słychać trzepot skrzydeł, kłapanie. Czasami przefrunie jakiś mniejszy ptaszek, ale chowa się w gęstwinie otaczającej ruiny. Boćki patrzą na wszystkich z góry, donoszą gałęzie do gniazd i są strażnikami tego miejsca. Oczywiście, w komitywie ze strażnikami – pracownikami, którym w zasadzie nie chce się nawet za mną iść. Można rzec pełną piersią, że to bociany sprawniej pilnują Kapitolu wzniesionego na cześć Minerwy, bogini sztuki, literatury, rzemiosła oraz nauki.

Spaceruję dalej i gubię się w uliczkach. Spozieram na bociany, one na mnie, lecz chyba są mi przychylne, bo pozwalają mi powłóczyć się wśród starych domostw. Patrzę na pozostałości po domach, w których można wyobrazić sobie sypialnię, kuchnię, przedsionek. Wyobrażam sobie domy, w których kobiety piekły chleb i gotowały strawę, a mężczyźni dbali o porządek i o swoją rodzinę. Nie wiem czy były to czasu szczęśliwe, ale do dzisiaj ten cykl się nie zmienił. Natura nadal pracuje na tych samych prawach i nam również pozwala na prowadzenie życia. Ruiny są zaskakujące, gdyż gdzieniegdzie można odnaleźć skorupy mis lub kamienie ze zdobieniami. W oddali niewzruszenie stoją domy: Wenus, Orfeusza, Efeba. To w nich znajdują się wspaniale zachowane mozaiki, które przypominają o tym, co działo się kiedyś. Można dostrzec sceny mitologiczne takie, jak 12 prac Herkulesa okupionych wielkich wysiłkiem, wężową głowę Meduzy czy portrety bogów. W przeciągu kilku kroków można także zobaczyć miejsca, w których kobiety prały ubrania.

Volubilis jest warte uwagi, jest mieszanką wszystkiego, co z początku może do siebie w ogóle nie pasować, a po chwili zespaja się w całość. W jedność, która trwa i trwać będzie.

Wymykamy się spokojnie z podjazdu prowadzącego do ruin i ruszamy w drogę, której celem jest rozbicie naszego wysłużonego namiotu z obrazkiem łosia. Owszem, być może nasz łoś tu nie pasuje kulturowo, ale gdzie my już go nie stawialiśmy? Idziemy ok. 30 minut drogą, która prowadzi do Ouazzane, ponieważ naszym kolejnym celem jest Chefchauen. Marokańczycy patrzą na nas i po twarzach widać, że porównują nas do dwóch gruszek na wierzbie albo i kóz na drzewach arganowych. Niby jest to dla nich nowość i coś niebywałego, ale w sumie uśmiechamy się do nich, nikomu krzywdy nie robimy, więc pozwalają nam kroczyć dalej. Naszą uwagę przykuwa gaj oliwny, zacieniony i czysty. Wchodzimy do niego, kierujemy się wgłąb i zaczynamy się rozbijać. Dmuchanie materacy, rozbicie namiotu to nas nie pierwszyzna. Po sprawnym rozbiciu delektujemy się obłędnie słodkim melonem, który był najfantastyczniejszym melonem na świecie! Słodki, pachnący i pełen smakowitości staje się naszym zakończeniem dnia. Wydawać by się mogło, że będziemy spać spokojnie, ale w nocy budzą nas głosy i kroki. Ktoś rozmawia niedaleko naszego siedliska, dwa, może trzy razy ktoś nas obserwuje. Po kilku sekundach zostawia nas i odchodzi. Nikt niczego złego nam nie zrobił. Staliśmy się maluteńką, chwilową atrakcją i za postawienie naszego domku na czyjejś ziemi nas nie rozstrzelano. Posprzątaliśmy po sobie, więc można uznać, że tematu nie było, a zaczął się nowy. Droga do Chefchauen – niebieskiego miasta!