Nasza droga do marokańskiego raju – Szawszawan (Chefchaouen)!

Jak należy stworzyć miejsce, w którym w zasadzie nic nie ma, a będą do niego ciągnęły tłumy? Odpowiedź znają Marokańczycy, którzy Szawszawan postanowili odnowić. Nie zabytki czy budynki sakralne, ani nawet wiekowe uliczki. Wystarczy kupić trochę farby (w tym przypadku o kolorze niebieskim), znaleźć kilku ludzi do pracy, dać im pędzle do rąk i niech malują. Od góry do dołu całe budynki, łącznie z ulicami i podwórkami, a nawet okiennicami. Do tego niech jeszcze trochę im się pigmentu za dużo albo za mało naleje do białej farby i… Voila! Tak właśnie powstało Niebieskie Miasto, jedno z głównych punktów na mapie Maroka, które należy odwiedzić i się w nim zatracić. Wspaniały i prosty wabik na każdego, kto szuka czegoś innego albo i nawet niebieskiego!

Po zebraniu swoich rzeczy z oliwnego lasu pozostało nam jedynie wyjść na ulicę, poprawić swoje ubranie, doprowadzić swoje fryzury do jako takiego wyglądu i zacząć machać. Absolutnie nie jest to trudne zadanie w Maroku, lecz niekiedy nieprzewidywalne i tak też było tym razem. Zatrzymał się mężczyzna starym, rozpadającym się rupieciem (a należy pamiętać, że takie auta niosą za sobą najwięcej historii) i postanowił nas zabrać do… Szawszawan! Wydawać by się mogło, że złapaliśmy jednorożca za róg, ale nie tym razem. Nasza bariera językowa miała być usilnie przekroczona, bo nagle zaczął szukać numerów do swoich znajomych by koniecznie z nami porozmawiać i nas tam dowieźć. Oczywiście – tyle o ile zrozumieliśmy, mieliśmy za tę przyjemność zapłacić. Dojeżdżając do kolejnej wioski wiedzieliśmy, że chcemy wysiąść, ale nasz kierowca nie był chętny, by nas wysadzić. Usilnie naciskając udało nam się z jego auta wyskoczyć, pożegnaliśmy się i nie zapłaciliśmy za tę podróż, bo nie to było naszym celem. Odeszliśmy kawałek od miejsca, w którym chmarami spacerowały osły, a w oddali trwał targ z końmi, warzywami oraz owocami, a także wszelaką zwierzyną. Na machanie kartką daliśmy radę złapać Słoweńca na rowerze. Ponoć wyruszył ze Słowenii, przejechał pół Europy, by dostać się na Gibraltar, gdzie przekroczył mury subtelnej europejskości. W ten oto sposób dostał się do Maroka posiadając dwie sakwy, plecak, rower i głowę pełną optymizmu. Targał za sobą na bagażniku namiot po drodze gubiąc odpadające płaty skóry, będące wynikiem poparzeń słonecznych. I nic więcej mu nie było potrzebnego do życia – po prostu jechał, spotkał nas. Porozmawialiśmy i odjechał. Sympatycznie i w bezpośredni sposób. Nas za to zabrał inny, interesujący człowiek. Studiował w Libii na uniwersytecie w Trypolisie nauki techniczne. Był niezwykle miłym i komunikatywnym człowiekiem, który od pierwszego wrażenia nas ujął, podwożąc nas 30 km dalej. Uśmiechnięty, zadowolony z życia podpowiedział nam, że za nasze stypendium (bardzo niewielkie) moglibyśmy żyć jak książęta w Libii i o nic się nie martwić w momencie, gdy w Polsce są to sprawy groszowe. Zachęcał nas bardzo do odwiedzenia tego kraju, do poznania ludzi, a na samym końcu oferował nam pieniądze. Usilnie nas namawiał na skorzystanie z pomocy, ale gdy zrozumiał, że naprawdę odmawiamy i dziękujemy to podał nam swój numer telefonu. Mieliśmy dzwonić, gdy tylko coś złego się wydarzy, gdy będziemy mieć kłopoty bądź wątpliwości. Oczywiście, do dzisiaj jesteśmy w kontakcie i do dzisiaj pytamy się nawzajem, czy aby na pewno wszystko u nas w porządku?

Następnie Mustafa wraz ze swoją żoną zabrali nas do Ouazzane. Co ciekawe, postanowili wziąć ze sobą dwójkę nieznanych ludzi z miejsca, które otaczały pola i osły. Z upału, który nas zalewał i wysuszał. I ponownie stało się to, co mnie dziwi niemiłosiernie w niektórych krajach. Mustafa poprosił swoją żonę, aby przesiadła się do tyłu tym samym wpuszczając Łukasza do przodu. Dla mnie jest to nieakceptowalne zachowanie, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, prawda? Żona jego była bardzo ładną kobietą, zadbaną i mimo usilnych prób z mojej strony nie udało mi się z nią porozmawiać. Pozostały jedynie zdawkowe, lecz szczere uśmiechy, patrzenie w roziskrzone oczy. Każda moja próba nawiązania kontaktu spełzała na niczym, ale… Gdy dodawałam coś od siebie w momencie, gdy Mustafa z Łukaszem rozmawiali sytuacja stawała się trochę nieswoja. Znów poczułam to, co z Gruzji i znów była to uraza. Kobietę może i się szanuje, ale… No właśnie, „ale”. Ponownie szokiem było to, iż ja również się uczę i jesteśmy oboje na tym samym poziomie. Cóż, nie od razu Rzym zbudowano…

Nie mniej, podrzucili nas do Ouazzane, z którego czym prędzej czmychnęliśmy by dostać się do wyczekiwanego przez nas Szawszawan. I jak ono wygląda? Na dole miasta rozpościera się kicz poprzeplatany z biedą i wszędobylskim hałasem. Wszyscy krzyczą, stare, rozklekotane auta wjeżdżają na siebie z hukiem, a z każdego straganu patrzą na nas marokańskie cuda. Czasami jakaś oliwka się poturla pod naszymi nogami, kotów multum jest tu również, ponieważ jest to znak rozpoznawczy Maroka i w tym całym bałaganie pachnie cudownie słodkimi owocami. Czasami mijają nas kobiety ubrane w przedziwne, acz urokliwe kapelusze niosąc na plecach cały swój dobytek, który po sprzedaniu zapewni im byt na chwil kilka. Każdy z każdym się targuje, nawet o 5 groszy i każdy każdego serdecznie ściska na powitanie. Bójki też się zdarzają, ale nie wiem czy mi wypada pisać o sprawach honorowych mężczyzn, bo z tego, co mnie wiadomo, jednym z nich nie jestem…

Wychodząc z tego zgiełku, powoli zmierzając do góry ku Medynie cały hałas blednie. Przekraczając mury starego miasta, które delikatnie pnie się ku szczytom, wzmaga się kolor. Jeden, konkretny kolor: niebieski. Okala budynki, a w tym okiennice, drzwi i podwórka. Droga i ścieżki są niebieskie, mury oraz schody. Różne odcienie niebieskości tworzą bardzo urokliwy labirynt, w którym bez sumienia można się zatracić. W tej plątaninie takich samych, a jednak innych uliczek i zaułków postanowiliśmy poszukać noclegu. I nie pytaj mnie, gdzie spaliśmy, bo odpowiem Ci tylko: w Szawszawan. Medyna jest tak bardzo pogmatwana i tak bardzo do siebie podobna na każdym kroku, że postanowiliśmy wykazać się sprytem białego człowieka. Gdy rzuci Cię na głęboką wodę właśnie w takim miejscu, weź ulotkę, wizytówkę lub poproś o napisanie nazwy tego miejsca przez właściciela na zbędnym skrawku kartki. Wystarczy, że później ją komuś pokażesz i szybciej lub wolniej, ale jednak znajdziesz drogę do celu. I pamiętaj jeszcze, że w Maroko to nocleg szuka Ciebie, a nie Ty noclegu, więc o nic się nie martw. Ktoś się rozejrzy, dostrzeże Cię i zaciągnie do swojego płatnego przytuliska, zaprosi do domu. Jeśli tak się nie zdarzy? Jeśli nie to mam nadzieję, że masz namiot w plecaku – wtedy wszystko jest po stokroć łatwiejsze.

Dotarliśmy do Niebieskiego Miasta, w którym chodząc w naszych „podróżnych” ubraniach profanowaliśmy tę okolicę. Powiewały tutaj szaty Marokanek, dziadków marokańskich, a my wyglądaliśmy niczym obce istoty i nie było szansy wkleić się w tę niebieskość, która nas otaczała. Każda uliczka była niebieska, niebieskie i rozświetlone było niebo wraz z migoczącym słońcem. Tylko góry Riff trały nieprzerwanie i odznaczały się innym kolorem. Niekiedy naszą uwagę przykuwały kolorowe donice, innym razem kupki zwichrowanych przez życie nieszczęść. Koty – bo o nich mowa – to obok Króla jeden z ważniejszych symboli. Spotkasz je wszędzie i wszystkie będą po swoich kocich przejściach, lecz nikt im krzywdy nie robi. Mnożą się na potęgę, ale uczone są zaufania i drapania za uszami. Czasami ktoś im jakiś ochłap rzuci, zdarzyć się może, że miniesz kocicę, która akurat z boku alejki rodzi kolejne młode. Inne napsocą i pobawią się kulającym się przez przypadek owocem. I czy to jest straszne? Myślę, że nie, bo choć klepią kocią biedę to ktoś zawsze ich wspomoże resztkami i ciepłą ręką, która choć na chwilę je przytuli. Rano zza rogu dobiegnie do Ciebie zapach chleba, po drodze miniesz obskurny lokal, w którym zjesz zupę z fasoli albo harirę. I wszystko wokół będzie niebieskie. Niekiedy zaczepią Cię dzieci, które będą zafrapowane Twoją obecnością właśnie w tym miejscu, a już kilka metrów dalej kupisz najlepsze ciastka prosto z pieca. Piekarz Cię zaprosi do środka, pokaże Ci swoje wszystkie zęby, które jeszcze ma, te czarne i te mniej czarne. Z ręki do ręki wszystko sobie podacie. Brzmi sielsko, ale tak naprawdę jest to w dalszym ciągu marokański klimat, który bogaty nie jest. Farba odchodzi od budynków, dzieci są umorusane, ale szczęśliwe z ognikami w oczach, tu i ówdzie walać się będą śmieci, a zza rogu dochodzić będą podniecone głosy, ponieważ dojdzie do jakiejś sprzeczki. Miasto jest bardzo atrakcyjne i gęsto oblegane przez turystów, ponieważ niedaleko od niego jest do Morza Śródziemnego (Tetuan, Tanger), ma swoją historię i jest popularne. Gdy my się tam zjawiliśmy to nie był to czas turystyczny, więc tłumów na uliczkach nie było, a my ze swoimi plecakami przechadzaliśmy się bezproblemowo.

Mieliśmy to szczęście, że udało nam się znaleźć miejsce, które miało taras. Wieczorem nasza dwójka w towarzystwie z dorodnym arbuzem zasiadła do uczty. Towarzyszył nam kot, który bacznie nam się przyglądał. W oddali migotały światła innych domostw, a z góry patrzyły na nas góry Riff, które odcinały się wąską linią od ciemnego nieba. I nawet wieczorem lub w nocy „niebieskość” odcina się od całości, a w oddali słychać gwar, śmiech i podniesione głosy. Na tarasie, który znajdował się zaledwie 20 metrów od nas trwało jedno wielkie, ale nie greckie, lecz marokańskie przyjęcie. I goście, i gospodarze śmiali się w gwiaździste niebo i uciekali od wszystkiego, co złe. W takich momentach można zapomnieć o biedzie, brudzie i problemach świata codziennego, a pomalowane na niebiesko miasto iskrzy nawet w ciemnościach…