Góry Riff subtelnym zakątkiem haszyszu.

Tytuł, który przewraca wszystko do góry nogami i ma zadziwiać. Nas zadziwił, bo zieloni byliśmy jak żaby w momencie, gdy się zorientowaliśmy, gdzie weszliśmy. Tak naprawdę nie chcieliśmy znaleźć się na plantacji haszyszu, ale kto nam uwierzy? Zacznijmy, więc od początku…

Po wizycie u Mustafy zobaczyliśmy świat Marokańczyków ich oczami. Gwarny, głośny i z pełnym bałaganem, a jednocześnie na boku z odrobiną sentymentu do życia i małymi szczęściami w tle. Po powrocie uraczyliśmy się zupą fasolową w postaci kremu z olbrzymią dawką pachnącej i zapadającej w pamięć oliwy z oliwek. Sił nam starczyło na wyjście na taras, szybki prysznic i spanie. I tutaj pojawia się pierwsze zjawisko, które doprowadziło nas do zawału. Zawał miał miejsce o 5:00. Co robisz o piątej rano? Ja kulam się na swój „trzeci” bok i śnię o wszystkim. O wszystkim i o niczym, a jest to tak głęboki stan snu, że niczego nie pamiętam. Czy gdyby obok mnie zapiał kogut to usłyszałabym go? Nie wiem, ale słowa modlitwy z głośnika zawieszonego na przeciwległym murze zwaliły mnie z łóżka. Może nie dosłownie, ale byłam bliska spotkania swojego nosa z podłogą. I tak to trwało pięć minut, dziesięć, piętnaście… Umierałam kilka razy i kilka razy wracałam do żywych za sprawą nasilającego się głosu osoby nawołującej do modlitwy. I owszem – w tym momencie zrobiło się nawet gwarno na uliczce. Słyszałam szuranie znoszonych butów, odgłosy wzdychania i ziewania i niemal widziałam swoimi oczyma, bez podnoszenia się z łóżka jak mężczyźni przemierzający swoją codzienną, poranną drogę przecierają oczy, które chwilę wcześniej jeszcze spały. I tak, jak wspomnieliśmy wcześniej – pobudka o tak wczesnej godzinie ma sens, ponieważ Marokańczycy pracują od rana, następnie celebrują błogim lenistwem swego rodzaju sjestę, po czym ponownie wracają do handlowania, dbania o ziemię, zwierzęta.

Po naszej standardowej pobudce około godziny ósmej wyklarował się jasny plan. Nic skomplikowanego. Zakładał on złapanie autostopu w stronę Mostu Boga. Miała być to wysoka formacja skalna połączona naturalnym mostem, który miał nas zachwycić, ująć i w swoim otoczeniu pozwolić na miłe spędzenie tych kilku chwil. Tak miało być, ale po przestaniu prawie dwóch godzin uznaliśmy, że nie ma, na co czekać i postanowiliśmy wyruszyć na szczyty, które okalają Szawszawan. Zabraliśmy ze sobą plecak mając w planach zakup jedzenia i picia w późniejszym czasie.

Drogi w góry Riff z Szawszawan są dwie: albo obejdziemy miasto dookoła i obierzemy kierunek na hotel położony na wzniesieniu albo na wskroś przetniemy stare miasto, przy czym grozi to rychłym pogubieniem się, bo przecież to typowa medyna. Samo podejście jest łagodne i początkowo bardzo przyjemne. Trasa wiedzie szeroką, szutrową drogą w lesie, a startuje z punktu położenia kampingu. Mimo cienia, który nas otaczał często spijaliśmy wodę, która parowała z naszych ciał w iście zawrotnym tempie. Po około 30 minutach trasa zaczyna się zapętlać i pojawiają się pierwsze widoki miasteczka. Po kolejnych dziesięciu minutach na zakręcie nad przepaścią minął nas Marokańczyk. Osiodłał on wcześniej osiołka, po czym wybrał się w swoją małą podróż. Towarzyszył mu jeszcze jeden osiołek, który również był obładowany do granic wytrzymałości. I był to bardzo poczciwy widok, gdy staruszek nas pozdrowił, a osły machnęły na nas ogonami. Zamiotły kurz swoimi kopytami, spojrzały od niechcenia i podreptały dalej od czasu do czasu poganiane batem. Trwała w ten sposób sielanka na sposób marokański – w czterdziestostopniowym upale, z gęstym powietrzem, które można było ciąć nawet i tępym nożem. W oddali falowało Szawszawan. Przez krótką chwilę było słychać nawoływania do modlitwy, klaksony samochodów i ludzi, którzy uwijali się niczym małe mróweczki. Swoiste podglądanie tego miasta, które nawet z daleka jest niebieskie i przyciąga uwagę, zostało przez nas porzucone, ponieważ kiedyś trzeba wyruszyć dalej.

Cały czas w stronę szczytów prowadziła szutrowa droga, która była zadbana. Absolutnie nie była to górska ścieżka, ale też sami nią nie podążaliśmy. Widzieliśmy za sobą trójkę ludzi, przed sobą parę i obie te grupy również wybrały się na delikatny trekking. To, co było zastanawiające to pierwsze spotkanie z leciwą Marokanką. Grzecznie się przywitaliśmy, ona obdarzyła nas krótkim uśmiechem i po minięciu jej, wyciągnęła telefon komórkowy. Zadzwoniła. Rozmowa nie trwała krótko. W sumie nie była to nadzwyczajna sytuacja. Po drodze napotykaliśmy znaki, które ewidentnie prowadziły nas szlakiem górskim. Przestrzeń wokół nas zaczęła się formować w dzikie, ostro pociosane skały. Niedostępne i przerażające, ale okazujące swój potężny majestat. W oddali po drugiej stronie rzeki, co jakiś czas widzieliśmy skaczące niczym odbijające się od ścian piłki, kozy. Do tego beczały i szukały najznakomitszych kąsków. Również spotkaliśmy przepiękne krowy. Tak, te zwierzęta mogą być zachwycające. Stały nieopodal dużego strumyka, z przytupem machały ogonami i po prostu szczęśliwie żyły, a żucie trawy nadawało im ich dziennej melancholii. Naprawdę były bardzo ładne. Łaciate, upasione i wolne. Bez żadnych łańcuchów.

I w tym momencie, gdy napełnialiśmy nasze butelki wodą, zobaczyliśmy rzecz niezwykłą. Potężną i z rozmachem rozbudowaną sieć węży, przez które sączyła się woda ze strumyków. Był to moment dziwny, gdyż w tym miejscu, owszem, była zaorana ziemia, ale nic z niej nie wyrastało. Kompletnie żadna roślina nie odważyła się wystawić ponad skruszoną ziemię na palące słońce. Nie mniej, wiedzieliśmy, że Maroko słynie z produkcji haszyszu. I, że ta produkcja, czyli hodowla, a następnie dalsza obróbka są zakazane. I mieliśmy się dowiedzieć, że owszem – produkcja haszyszu i innych używek jest nielegalna, lecz Król Maroka mówi stanowcze „być może”. Skoro „zielone” relaksuje i przynosi zyski to niech będzie ten proceder zakazany, ale… Ale wszystko rośnie nadal, a interes kwitnie. Dosłownie. Kwitnie.

Mawia się, że im dalej w las tym więcej drzew. Tutaj można nadmienić, że im dalej w góry Riff tym więcej i więcej dorodnej, zadbanej, pięknie rosnącej marihuany. Moim zdaniem zbocza porośnięte małymi roślinkami o bardzo ładnych liściach wyglądają niezwykle malowniczo. Ścierają się ze sobą dwa krajobrazy. Jeden z nich tworzy pełne strachu i obcości góry, gdzie jeden krok może prowadzić do nieszczęścia. Oczywiście, jeśli zejdziemy ze szlaku. I oczywiście nie tyczy się to kóz. Drugi to subtelne, małe, zielone krzaczki, które z daleka wyglądają niczym zielony, miękki dywan, a z bliska prowadzą do refleksji: „faktycznie, marihuana…”. Temu stwierdzeniu towarzyszy zawsze zdziwienie. I podążając w tych pięknych okolicznościach przyrody żadne z nas nie pomyślało o sensownym ekwipunku. Teoretycznie za każdym razem, gdy wychodzi się w góry należy mieć ze sobą prowiant, napoje (tutaj woda ze strumyka) i rozwagę. Nam zabrakło prowiantu tym razem, ale z reguły staramy się mieć nad wszystkim kontrolę. W miarę naszych możliwości, ale tym razem z nie wiadomo, jakiego powodu byliśmy w posiadaniu dwóch opakowań ciastek. Czyli szesnastu kawałków herbatników. Bardzo „rozsądne” postępowanie. Godne szczerego pożałowania, lecz jeśli powiedziało się „a” to wypadałoby dojść do końca alfabetu.

Tym oto sposobem podążaliśmy szeroką drogą, a w między czasie mijaliśmy stojących ludzi. Tak po prostu. Bez żadnego powodu. Przewinęło się również kilka domostw, które rozpadały się na naszych oczach. Co więcej, wyglądały one na wyludnione. Obecność naszych pobratymców zdradzał fakt wywieszonego niechlujnie prania. Pojawiło się zwątpienie, gdy zobaczyliśmy, że para, która szła przed nami zawróciła i zaczęła wracać. Okazali się oni przesympatycznymi Australijczykami, którzy tak, jak i my chcieli dostać się na szczyt i mieć szansę na podziwianie widoków. Ich lot ponoć był bardzo męczący, a na pytanie: „dlaczego Maroko?”, odpowiedzieli, że nigdy tutaj nie byli. Chcieli zobaczyć, jak prezentuje się ten kraj, ale bez żadnego konkretnego powodu. I w ten sposób znaleźliśmy wspólny język. Nasz nowo poznany kolega miał cud techniki XXI wieku. GPS, który zawrócił go z głównego szlaku i usilnie zaczął kierować na malutką, maciupeńką ścieżynkę. Wydeptaną poniekąd przez ludzi, częściowo przez osły i konie. Wiodącą idealnym środkiem plantacji marihuany tuż przy delikatnym zboczu. Był zdecydowany podjąć tę drogę i zastanawiał się, czy i my pójdziemy? Dla mnie nie było to wyzwanie. Australijczycy pójdą przodem, bo tak zadecydowali. Jeśli będą do nich strzelać to stanie się, co ma się stać, a ja może zdążę uciec. Nasz znajomy uśmiał się z żartu, jego dziewczyna niestety nie. Aczkolwiek była bardzo sympatyczną osobą z miłą aparycją. Po około 30 minutach spaceru nitką, która prowadziła nas pod szczytami, napotkaliśmy Marokańczyka. Palił fajkę, a zapach dymu, który się z niej unosił był słodki i kojarzył się z lepkimi, ziołowymi cukierkami. Kilka metrów od niego stała stara chałupa, spał pies, a dwa konie były przywiązane do drzewa. Stały w cieniu i od niechcenia skubały to, co rosło pod ich kopytami. Pozdrowiliśmy się nawzajem, ale gdy chcieliśmy przejść obok niego pojawił się problem.
- Nie idźcie tam, bo będzie problem.
- My tylko na szczyt chcemy wejść.
- Problem, problem.
- Na szczyt, nic więcej. (tutaj zawzięcie machamy na otaczające nas góry)
- Haszisz?
- Nie, nie, nie! Góry, na wierzchołek, na szczyt.
- No haszisz?
- No, no. My jesteśmy turystami, podróżnikami. Na szczyt chcemy iść. Popatrzeć.
- A… (zadumał się, napełnił swoje płuca kolejny raz słodkim dymem, odkaszlnął) No haszisz? Na górę? Idźcie… Ale tą ścieżką, nie tamtą…

Można rzec, że dostaliśmy pozwolenie na spacer po polu marihuany. Ścieżką wyznaczoną przez właściciela. Konkretną ścieżką. Samo podejście do przełęczy absolutnie nie było wymagające. Lekkim nieudogodnieniem były obsuwające się drobne kamyki i coraz większy skwar. Gorąc, który nas topił i zamieniał w plamy potu. Wszystko szło zgodnie z planem i nakazem człowieka, który spozierał na nas z dołu. Wtem usłyszeliśmy dzwoneczki, które niemiłosiernie hałasowały i nie zamierzały przestać. Coraz większy stukot, odgłos beczenia i nagle blisko przełęczy nad naszymi głowami ukazało się naszym oczom przepiękne stado kóz. Zwątpiły. Stanęły i zaczęły na siebie wchodzić byleby na nas nie wdepnąć. Ni stąd, ni zowąd pojawił się za nimi leciwy Marokańczyk o siwym zaroście, smagający je cienką witką. Tylko je poganiał i coś w swoim języku do nich mówił. Ciumkał przy tym i dalej coś im tłumaczył. Wtem kozy zaczęły hasać blisko nas wzbijając tumany pyłu i drobnych lawin kamiennych. Wesołe i szczęśliwe, bo jak można inaczej takie zwierzęta nazwać? Zgrabnie skakały przed siebie po drodze obskubując, co ciekawsze kępki trawy lub krzaki.

Machnęliśmy rękoma na pożegnanie i w końcu dotarliśmy do przełęczy. Zrobiło się zdecydowanie chłodniej i nie skłamię, gdy powiem, że w końcu było, czym oddychać. Wiatr był porywisty, rześki i mieszał w naszych włosach. Chwila przerwy, narada z Australijczykami. Im było dość. My postanowiliśmy wzbić się na szczyt i zobaczyć, czy gra była warta świeczki. O ile do przełęczy prowadziła wydeptana byle jak ścieżka o tyle na szczyty wokół trasy nie było. Porośnięte marnymi krzakami z ostrymi krawędziami i obsuwającymi się kamieniami stanowiły wyzwanie. Absolutnie drugi raz nie poszłabym w górę, a i tak skapitulowałam dziesięć minut przed końcówką. Zwyczajnie nie chciało mi się już nadwyrężać mięśni i ścięgien, a w ten sposób uzyskałam chwilę dla siebie. Z założoną kurtką, schowana za wystającą skałę, obserwowałam wszystko to, co działo się w dole. Starszy pan z kozami zniknął za wzgórzem, Australijczycy już wracali szeroką drogą ku Szawszawan, a trójka nieznajomych, którą widzieliśmy wcześniej, pięła się tą samą trasą. Ja miałam czas, aby nacieszyć się okolicą, Łukasz poszedł na górę. Może nikt go o to nie podejrzewa, ale zrobił sobie kilka „słit foci”, które absolutnie na publikację się nie nadają, ale pozostaną moją tajną bronią. Zejście do przełęczy miało być szybkie, lecz zajęło nam trochę czasu. Brak trasy to jednocześnie błądzenie. Nie wróciliśmy tymi samymi miejscami i szczerze odradziliśmy trójce osób za nami podążaniem tą ścieżką. Mimo to, zaparli się i wybrali ku górze.

Schodząc i będąc już całkiem blisko domku z właścicielem na ganku, który wcześniej mijaliśmy, spotkała nas miła niespodzianka. Staruszek, który wypasał kozy machał do nas rękoma i krzyczał. Nic nie zrozumieliśmy, ale czy to ważne? Był niezwykle cwanym człowiekiem. Skrył się pomiędzy trzema skałami i rozpalił ogień. Zagotował wodę na słodki niczym miód napar z mięty marokańskiej, zagrzał potrawę z fasoli, miał chleb, arbuza. I oczywiście fajkę pełną haszyszu, bo jakże mogłoby być inaczej? Szczerze częstował nas tym, co miał, a, że nasze zapasy prowiantu nie należały do największych chętnie się skusiliśmy. To, co miał powystawiane na aluminiowych półmiskach było wyborne. Możesz mi wierzyć albo nie, ale pachniało cudownie, smakowało jeszcze lepiej i chciało się więcej. I dla większości osób, które znam byłoby to niedopuszczalne by jeść z tak paskudnych, brudnych naczyń i rąk, ale… Przekonaj się i spróbuj. Będziesz wiedzieć do końca życia, że to, co jest serwowane na straganie z brudnych, spracowanych rąk jest najlepsze, najsmaczniejsze i najprawdziwsze. W między czasie mieliśmy okazję by podziwiać widok na Derdarę, którą mijaliśmy autostopem. Niestety nie mieliśmy nic dla napotkanego człowieka, a i on też nic nie chciał. Poczęstował nas tym, co miał. Razem pośmialiśmy się z jego kóz, które co i rusz gubiły się w gęstwinie i drącym beczeniem nawoływały się wzajemnie. Uścisnęliśmy sobie ręce. Po odejściu na kilkanaście metrów ponownie pozdrowiliśmy, pomachaliśmy sobie i…

Znowu nadszedł moment, aby minąć starą, rozlatującą się chatę. Nikogo nie było, wszyscy się schowali. Mijając konie nagle zza winkla wyskoczył dzieciak. Miał może siedem lat? Myślę, że nie więcej. Żwawym krokiem podskoczył do nas, oczy my lśniły. Wiesz, o czym piszę. O małym wywijasie, któremu ciągle coś chodzi po głowie i nie daje spokoju. Zapytał wprost: „haszysz”? Najpierw zdziwienie. Chwila, ile on ma lat? Później myśl, że jak nie teraz to kiedy? Zaczęliśmy się zastanawiać, czego z punktu teoretycznego nie powinniśmy nawet robić. Pojawił się mężczyzna, którego wcześniej spotkaliśmy. Zaprosił nas do domu. Pani domu również tam była, ale tylko ciekawie zaglądała. I gdy nasze spojrzenia się spotykały, momentalnie uciekała i czymś się zajmowała. Usiedliśmy w pokoju, który miał gołe ściany, dwie stare, obdarte kanapy i rozpadającą się komodę. I dodatkowego gościa. Upalonego marihuaną po same uszy. Błąkał się po zakamarkach wersalki z uśmiechem na ustach. Kiwał i paplał coś niewyraźnie, ale był szczęśliwy. Fajka pokoju ruszyła po naszym kręgu. Jeden raz. Drugi. Basta. Nie, nie dziękujemy. Starczy nam. Posmak paskudny, gorzki i zły. Śmierdzący. Zapach? Onieśmielający i mdły. Słodki przeokrutnie z wyczuwalną, delikatną nutką dymu. Gospodarze byli szczęśliwi i z nienacka zaczęli szperać po starej szafie. Wyciągnęli zawiniątko starych szmat. Odkręcili pierwszy sweter bardzo niezgrabnymi ruchami. Pociągnęli łyczek dymu. Zdjęli kolejne dwie upaprane czymś koszulki. Końca nie było widać. Oczy zaczęły im się jeszcze bardziej świecić. Kolejne sterty ubrań zaczęły lądować pod nogami aż w końcu naszym oczom ukazał się proszek. Idealny pył. Nie był biały, bo kolor miał zielony. Chyba jeszcze nieoczyszczony, a ile my się nasłuchaliśmy, że ekologiczny! Najlepszy! Spróbować koniecznie trzeba, żeby towar sprawdzić! W tym momencie odjęło mi mowę… Przed oczami miałam kulę na pierwszy rzut oka dwukilogramowego zielonego prochu. Nawet nie chciałam wiedzieć, o czym myśleli ci, którzy próbowali nam to wcisnąć. Nadal uśmiechnięci, ale stanowczy chcieli abyśmy ze sobą nowy nabytek zabrali. Po dwóch buchach, bo tak nazywa się zaciąganie się dymem uciekaliśmy, gdzie pieprz rośnie. I tym razem my byliśmy stanowczy. Od razu wyjaśnię, że nie skusiliśmy się na promocyjną ofertę towaru ekologicznego i podlewanego górską wodą. Jakoś tak wyszło, że zawinęliśmy się dosyć szybko i spiesznie. Muszę przyznać, że mieliśmy dosyć szybkie tempo powrotne, a dotarcie do medyny Szawszawan zajęło nam w sumie niewiele czasu. Po dotarciu do miasta szybko znaleźliśmy jadłodajnię i postanowiliśmy odetchnąć.

Można by pomyśleć, że przezorny zawsze ubezpieczony, ale czasami człowiekowi coś głupiego przyjdzie do głowy. Kompletnie nie chcieliśmy odwiedzać takiego przybytku, ale widocznie tak miało być. I w tej chwili już wiemy, że góry Riff to nie jest prawdziwe zagłębie marihuany. Mieści się ono w zupełnie innym miejscu, gdzie postawienie nogi nie jest mile widziane tak, jak w tym przypadku.