Pierwsze spotkanie z Czarną Afryką

Dach 11 piętrowego hotelu i widok na wszystkie 4 strony świata, a u podstawy budynku rozpościera się widok na ponad 3-milionowe miasto. Wiatr lekko ociera naszą skórę, ale w jest przyjemnie ciepło, w końcu znajdujemy się latem na terenie półkuli północnej. Wysokość 2400 metrów n.p.m. gwarantuje nam doskonałą widoczność i nagle dociera do nas, jaką dużą odpowiedzialność mają nasze oczy. Możemy spokojnie obserwować życie codzienne tysięcy ludzi nie ruszając się z miejsca, możemy zaobserwować powolny proces powstawania wieżowców obok nas, możemy zaobserwować kozy skubiące resztki zielonych porostów na środku drogi, albo grupę Azjatów w równych garniturach wchodzących do sąsiedniego budynku. Albo możemy także powiedzieć, że nie ma nic do oglądania tutaj. W miastach takich jak Addis Abeba – stolicy Etiopii - bardzo dużo zależy od patrzącego, a zdecydowanie mniej od pokazującego.

Należy się krótkie wyjaśnienie, jakim cudem dwóch studentów znalazło się w centrum czarnej Afryki, w kraju, którego należy szukać na samym dnie listy PKB per capita (Etiopia 168  miejsce - 619$, Polska 52 miejsce -12.494$ na 183 badane kraje). Powodem oczywiście był skromny budżet oraz chęć podróży do wschodniej Azji. Znaleźliśmy tanie bilety do Malezji z 18-godzinną przesiadką w Addis Abeba. Ethiopian Airlines zapewnił nam darmową 24-godzinną wizę oraz hotel w ramach rekompensaty za wydłużenie lotu. Studentwpodróży wie jednak, że długa przesiadka to szansa na zwiedzanie kolejnego miejsca.

Krótki research przed wylotem. Zaczynamy od strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych:

„W związku z trwającymi gwałtownymi protestami społecznymi na obszarze etiopskich regionów Oromo i Amhara, Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca powstrzymanie się od podróżowania do tych regionów, w szczególności w okolice miast Gondar i Bahir Dar. Jednocześnie ze względu na występujące demonstracje w Addis Abebie zaleca się zachowanie szczególnej ostrożności i unikanie potencjalnych miejsc protestów, dużych zgromadzeń ludzkich, w tym uroczystości religijnych i wydarzeń sportowych.”

Szukamy więcej szczegółów i przewijają się takie informacje: częste demonstracje, brutalność służb porządkowych i dnia 9 sierpnia krwawe rozwiązanie demonstracji w rejonie Omoria – 97 ofiar śmiertelnych. W sumie nieciekawie, szukamy dalej, tym razem zagrożenia zdrowotne:

Zaleca się posiadanie międzynarodowej książeczki szczepień z ważnym szczepieniem przeciw żółtej febrze. Choroba ta występuje na terenach niżej położonych, a ponadto jest to szczepienie obowiązkowe przy podróżach z Etiopii do krajów sąsiednich. Zaleca się także dokonanie szczepień przeciw żółtaczce typu A i B, tężcowi, durowi brzusznemu i zapaleniu opon mózgowych. Na terenach położonych poniżej 2000 m n.p.m. (a więc nie w Addis Abebie, która leży wyżej) występuje zagrożenie malarią.

Bardziej optymistyczne informacje. Etap trzeci, przypominam sobie, co zdarzyło mi się przeczytać o Etiopii w książkach. Na pewno było w „Dryland” Konrada Piskały. Szukam na półce, wertuję kartki i jest. Taki oto fragment przytoczę:

Miasto wydaje się jednorodną masą, rośliną, plątaniną pnączy i stalowych kwadracików dachów. Addis Abeba (po amharsku „Nowy Kwiat”) leży na zboczach wygasłego wulkanu Yntoto. Wspina się po wulkanicznym piachu, wykorzystuje każde wypłaszczenie, aby wypuścić małą chatkę, barak z pordzewiałej blachy. Budynki wyrastają z tego, co jest: szmat, błota, drutów, prętów, i wkomponowują się w żywą materię. Ta roślina powoli rozpełzła się na wzgórzach. Łatwo się zgubić. Żadnych punktów orientacyjnych, tabliczek, ale są też lepsze, bardziej zadbane miejsca.

Na forach jednak trwa euforia dotycząca miasta. W sumie nie po to mamy 18 godzin żeby spędzić ten czas w hotelu. Przed nami szybkie ogarnięcie się po locie, śniadanie i wychodzimy na ulicę. Jeszcze w drzwiach dostaliśmy pytanie, dokąd się wybieramy i czy zamówić nam taksówkę. Ale zza okien wolno toczącego się w korkach pojazdu niewiele poznamy z życia prostego mieszkańca Etiopii, wybieramy więc pieszą wędrówkę. Pierwsze kroki stawiamy niepewnie, oglądając się, dookoła, ale każdy kolejny odważniejszy. Jesteśmy atrakcją, ale zdecydowanie nie czujemy żadnego zagrożenia, ktoś do nas macha, ktoś krzyczy „hello”, większość patrzy tylko ukradkowo, udając brak zainteresowania. Ot, zachowanie symetryczne do spaceru czarnoskórej osoby w Poznaniu.


Dookoła toczy się normalne życie, dogorywające samochody stoją w korku, ludzie roznoszą pył pobocza, które pełni rolę chodnika. Na każdym rogu jakiś kramik z rzeczami w ofercie, które raczej nie są nam potrzebne. Piszemy „kramik” i „rzeczy”, bo dla europejskiego człowieka sklep i towary zdecydowanie nie odnoszą się do tego, co mamy przed oczami. Otwarta skrzynia na ulicy z kilkoma butelkami wody i chusteczkami, a przy niej młody, nudzący się chłopak.

Jedynie stoiska z owocami są punktem odniesienia, który łączy oba światy. Egzotyczne papaje, banany, mango może nie są naturalnymi produktami Europy, ale bez problemu rozpoznajemy je. Innym elementem krajobrazu, który znamy jest napis bank, korzystamy, więc z okazji i wymieniamy dolary. Zanim jednak dostąpimy możliwości zaprezentowania naszej prośby ochrona maca nas od stóp do głów. W hotelu, jako białym odpuszczono nam, ale już w mieście nie ma taryfy ulgowej. Wymiana pieniędzy jest jednak skomplikowaną operacją i co najmniej 3 osoby z personelu są zaangażowane, w oglądanie banknotów i naszych dokumentów. Każda składa podpis i pieczęć, mimo, że kwota, którą wymieniamy to zaledwie 5$. Sprawdzenie ważności dolarów odbywa się poprzez porównanie ze zdjęciem w segregatorze i tutaj tkwi nasza zguba… Banknoty, które wymieniliśmy w Polsce są stare, wydrukowane w latach 80tych i niestety nie skończyło się na wizycie w jednym banku, a na odwiedzeniu pięciu takich instytucji. Ostatecznie zdobyliśmy etiopskie birry, co pozwoliło nam korzystać z transportu publicznego, zobaczyć miasto oczami szarego człowieka, a nie białego księcia. Wybraliśmy kierunek Merkato, czyli największy otwarty targ w Afryce, ale dopiero jak opuściliśmy bogatą dzielnice Bole, w której mieliśmy hotel, musieliśmy na nowo zdefiniować słowo ubóstwo.

Budowy wieżowców przeistoczyły się w domki z odpadającymi elewacjami, pokryte grubą warstwą pyłu. Pomiędzy tymi zabudowaniami pojawiły się slumsy wykonane z pordzewiałej blachy falistej, szmat i wszystkiego innego, co można znaleźć na ulicy. Utkane są dosłownie z wszystkiego i niczego. Przestaliśmy spotykać przechodniów, zastąpili ich obywatele ulicy. Wszyscy ubrani jednakowo, ten sam krój, ten sam kolor, ale bez formy i barwy. Ani czarne, ani białe, ani żaden inny odcień, po prostu każda nitka ma w sobie jednolity kolor ulicy. Czasem w butach, częściej w chińskich klapkach lub bez niczego. Uciekają przed słońcem, chowają się w cieniu i próbują sprzedać nikomu niepotrzebne rzeczy. Nie mamy jednak poczucia niepokoju, nie spotykamy w ich zachowaniu, w ich oczach żadnej agresji tylko apatię i gdzieniegdzie zainteresowanie przemykającym białym cieniem. Ożywienie pojawia się dopiero na widok aparatu. Ktoś na nas krzyczy, większość chętnie pozuje jednocześnie wyciągając rękę po zapłatę. Szybko zrozumieliśmy zasady i chowamy aparat. Włóczymy się bez celu, bo na Merkato dawno przeszła nam ochota, a każda uliczka jest taka sama: szara, pylista, z asfaltem i rozpadającymi się pojazdami lub nieutwardzona z półmetrowymi dziurami. Na każdym skrzyżowaniu mijamy czyścicieli butów oraz chłopców oferujących możliwość zważenia się. Podobno w Polsce w czasach Związku Radosnego także była to stała oferta (podobno, bo nasza pamięć aż tak daleko nie sięga). Co chwilę mijamy kolejne chatki, a w środku pokoju o wymiarach 3x3 metra, bez okien, ktoś śpi, gotuje mechanicznie lub po prostu jest. Tylko dzieci wykazują jakiekolwiek zaangażowanie w życie, goniąc w porozdzieranych koszulkach za kapslem lub kamykiem. Dla nas widok ten jest coraz bardziej obciążający psychicznie. Powoli dociera do nas, że to nie jest czarno-biały film, tylko rzeczywistość na tej samej planecie, oddalona zaledwie kilka godzin lotu od domu. Świadomość ta wdziera się w każdy zmysł osobno, siejąc spustoszenie w obrazie świata i definiując na nowo miejsce, w którym przyszło nam żyć. Zdecydowanie nie byliśmy przygotowani na spotkanie z czarną Afryką i to nie ze względu na obcość tego miejsca, lecz na sztuczny porządek, który tkwił w nas. „We mnie istniałeś i spojrzyj w moją śmierć, spojrzyj wskroś tej, która jest twoją, postaci – jak doszczętnie zamordowałeś samego siebieEdgar Allan Poe.

Zaczęło nagle lać z nieba. Ciepły, letni deszcz momentalnie przerodził się w ulewę, a my skierowaliśmy swoje kroki w stronę głównej ulicy, by złapać typowy dla mieszkańców transport: niebieski rozpadający się bus, z którego wyskakuje nagabywacz i wykrzykuje kierunek, w którym akurat jadą. Zainteresowani szybko się pakują do środka, nie zważając ile jest już ludzi w środku. Tutaj nie obowiązują żadne maksymalne ilości, więc i my się zmieściliśmy. Droga powrotna kosztowała nas 3 birry, czyli około 50 groszy.

Widywałem dziesiątki żebraków w Nairobi, na południu Sudanu, w Mali, ale wciąż nie potrafię przywyknąć do tego widoku. Przy Churchill Road, pod murem, widzę ciąg nor. Co dziesięć, dwadzieścia metrów dziura, akurat taka, aby zmieściło się ciało. Gdyby nie napchali tam szmat, a czasem osłonili tekturą od słońca, to powiedziałbym, że te dziury zrobiły zwierzęta. Ale to ludzie, bezdomni. Ktoś mnie przegania, gdy próbuję zrobić zdjęcie. „Czemu to robisz? Po co?” – wrzeszczy na mnie, próbując odebrać mi aparat. Bieda poniża, ale skrajna nędza to odrębny świat, którego nawet nie umiemy sobie wyobrazić. Jesteśmy od niego odseparowani. Oddzieleni.

"Dryland" Konrad Piskała

Refleksja przyszła później, dużo później. Wygodnie siedzieliśmy w samolocie, 13.000 km ponad ziemią, podano nam posiłek w kraju, gdzie ludzie najzwyklej w świecie niedojadają, lecz to także nie był wystarczający bodziec. Dopiero obejrzenie etiopskiego filmu „Lamb” (szczegóły tutaj) serwowanego przez Ethiopian Airlines pozwoliło mi zrozumieć prostą rzecz. Nasze światy są nieprzystające. Ja nigdy nie zrozumiem problemów zawartych w tym filmie, filmie, który nie odnosi się do moich wartości. Tak samo Etiopczycy nigdy nie zrozumieją naszych. Pełne zrozumienie wymaga przeniesienia się do drugiego świata na dłużej, zamieszkania w nim, posmakowania codziennych trudów. Ale na to niewielu się zdecyduje, a w drugą stronę niewielu będzie miało szansę. Pozostaje smutne „My” oraz „Oni”. Wizja ta zdecydowanie pomogła nam przygotować się mentalnie na kolejne spotkania ze stolicą Etiopii, a mieliśmy przed sobą jeszcze 3 takie wizyty.

Są to kompletnie dwa różne światy, a połączenie między niemi nikłe, jak smuga na niebie, pozostawiona przez odlatujący samolot.

Wpis ten nie miał na celu nikogo przestraszyć. Chcieliśmy tylko pokazać jak bardzo byliśmy nieprzygotowani przed naszym pierwszym spotkaniem z czarną Afryką. Spotkaniem, na które naprawdę trudno jest się przygotować. Kolejny wpis o Addis Abebie, pokaże, co można zobaczyć w Etiopii, gdy pierwszy szok poznania tak odległego świata opadnie.