Jak wygląda rzeczywistość w Addis Abeba – stolicy Etiopii?

Afryka. Pierwsze nasze skojarzenie to coś w stylu safari: słonie, antylopy czy hipopotamy. Drugie, co przychodzi do nam głowy to obraz czarnoskórych zebranych wokół ogniska oraz szamana wraz z wioskowym kacykiem odprawiających mistyczne rytuały. Ale do cholery mamy XXI wiek! Przechodzimy przez erę łączności satelitarnej, szerokopasmowego internetu, samoloty już od ponad 100 lat są w powietrzu, a słynny samolot „Stelth” - niewykrywalny dla radarów F-117 Nighthawk - jest już w muzeum (serio, sami sprawdźcie). Podskórnie czujemy, że coś z naszą stereotypową wizją może być nie w porządku. Zaczynamy myśleć trochę poważniej i okazuje się, że o miastach Afrykańskich nie wiemy nic. Zero.

Mając okazję być w Addis Abeba postanowiliśmy, więc opuścić nasze wyobrażenia pamiętające jeszcze Davida Livingston’a. Krótko na wstępie: w stolicy Etiopii prąd jest, internet jest, samochody spalinowe są, tramwaj nadziemny jest, supermarkety są, centra handlowe są – tylko jakoś uroku w tym mieście brakuje. Jest po prostu biedne i brzydkie, ale mamy niezbite dowody, że XXI wiek tutaj dotarł, ale potrzeba jeszcze trochę czasu, aby do naszej świadomości się wdarł. Trudno, zatem się dziwić, że ciekawość szybko wygoniła nas z murów hotelu w celu eksploatacji miasta. Na nadmiar atrakcji jednak narzekać nie można…

Zacznijmy jednak od pierwszego wrażenia, a to w stosunku do całości jest pozytywne. Wszędzie dookoła budują się szklane wieżowce, słychać turkot betoniarek i bardzo dobrze pasuje to do wskaźników wzrostu gospodarczego Etiopii. Później przyszła jednak chwila refleksji i pytanie Natalii, które ostudziło moją ocenę. ”Łukasz, myślisz, że oni kończą te budowle?” I jak za dotknięciem magicznej różdżki otoczenie zaczęło wyglądać zupełnie inaczej. Owszem, betonowych szkieletów z drewnianymi rusztowaniami było nadal pełno, ale pracujących przy nich ludzi znacznie mniej. Rozkopane drogi wyglądały tak, jakby zakończenie remontu odłożono na przyszłe stulecie, a chodniki, z których tymczasowo ściągnięto betonowe płytki są udeptane przez miliony stóp. Oczywiście, jeżeli akurat w tym miejscu jest/był chodnik. Poza tym, jak widać na zdjęciach, budowy są stawiane, ale nie wiem w jaki sposób dba się o życie ludzkie? Betonowe bloki obwarowane są wszędzie patykami, które mają służyć za rusztowanie. To po tych kilku gałęziach pracownicy wspinają się by sobie coś podać z rąk do rąk. Żaden z nich nie ma zabezpieczenia ani kasku. Widzieliśmy również, że większość z nich po tym pseudo-rusztowaniu chodziła boso, bo jedyna myśl, jaka mi przyszła to głowy to to, że być może jest im w ten sposób łatwiej się poruszać niż w gumowych klapkach? Nie wiem. Być może tam, gdy ktoś spadnie z 8 piętra i się zabije to wielkiej tragedii nie ma. Jedynie stwarza to problem w tym, że trzeba poszukać kolejnego człowieka do pracy. Praca na budowie w Addis Abeba kształtuje i mocny charakter, i mocne mięśnie. Gdy w Poznaniu buduje się hotel to w górę i w dół jeździ winda z zaopatrzeniem. W stolicy Etiopii worki z cementem rzuca się z rąk do rąk poczynając od parteru.

Po drogach poruszają się samochody, których produkcja zakończyła się w latach 80, 90, ale komunikacja miejska to także siatka autobusów, grupowe taksówki i dwie linie tramwajowe – Light Railway oddane do użytku w 2015 roku. Trakcja położona jest nad ulicą, dzięki czemu poruszanie się jest możliwe bez stania w notorycznych korkach. Koszt przejazdu wynosił 2 birry (36 gr) za 8 przystanków lub 4 birry (72 gr) za całość trasy. Poruszanie się tramwajem, poza prędkością, pozwala poczuć inną Etiopię. Tutaj każdy ma koszulę/marynarkę, każdy się śpieszy. To nie jest ta sama Afryka, gdzie króluje w Hakuna Matata, no problem, a czas ma w końcu jakieś znaczenie. Należy mieć świadomość, że to właśnie tutaj w Addis Abeba jest siedziba Unii Afrykańskiej, urzędy i ambasady - tutaj leży przyszłość Afryki. Cienkie drzwi tramwaju i bilet stanowią ostrą granicę pomiędzy światem mieszkańców ulicy znajdujących się w slumsach oraz uczestników wyścigu szczurów, którzy łatwo mogą znaleźć się po drugiej stronie. Walkę o przetrwanie chyba nawet mocniej czuć w właśnie w tramwaju.

Po mieście poruszaliśmy się także taksówkami zbiorowymi. Są to charakterystyczne niebieskie dogorywające busy, gdzie oprócz kierowcy najważniejszą osobą jest nagabywacz. To on właśnie oznajmia, w którym kierunku jedzie pojazd i kogo weźmie, bo pojemność samochodu nie stanowi żadnego kryterium. Na przystanku falujący tłum dobiega do auta i wchodzi lub nie. Czy trasy i ceny są w jakimś stopniu unormowane tego nie wiemy, bo niebieska rakieta zatrzymuje się na żądanie i przy wychodzeniu płaci się kierowcy kilka miedziaków. My łapaliśmy pojazdy, które jechały mniej więcej w dobrym kierunku i płaciliśmy 3 birry - nikt nie widział problemu w tej cenie, ale jak wyglądają rzeczywiste reguły to niestety do tej pory nie wiemy. Przeszliśmy także spore odcinki na nogach, przyglądając się jak wygląda rzeczywistość z poziomu ulicy. Zbierając informacje przed podróżą, dowiedzieliśmy się, że jest bezpiecznie, ataki agresji czy większe przestępstwa z udziałem turystów nie występują, jedynie kradzieże się zdarzają. I w naszym odczuciu faktycznie tak jest. Chodziliśmy swobodnie po lepszych i gorszych dzielnicach, robiliśmy zdjęcia i nic złego się nie stało. Spotkaliśmy także (a właściwie oni nas), dwóch studentów, którzy zaoferowali nam, że oprowadzą nas po najważniejszych punktach miasta. Płynnym angielskim opowiadali o sytuacji w kraju i przemierzaliśmy kolejne ulice. Ostrzegli nas, żebyśmy się nie zbliżali, a tym bardziej nie fotografowali budynku rządu. To ogromny teren otoczony wysokim murem z wieżyczkami, gdzie podobno najpierw strzelają, a dopiero później pada ostrzeżenie słowne. Nie sprawdziliśmy tego, ale dokładnie tak jak wszyscy inni przechodnie, przeszliśmy drugą stroną ulicy. Chłopaki zaprowadzili nas do mauzoleum cesarza Menelik’a II, które znajduje się w specjalnie wybudowanym kościele Ta’eka Negest Ba’eta. I właśnie wtedy zrobiliśmy najgłupszą rzecz podczas wszystkich naszych podróży (a głupich rzeczy zrobiliśmy wiele, kiedyś je spiszemy wszystkie). Kościół był zamknięty, a nasz przewodnik poszedł do księdza opiekującego się nim. Następnie mieliśmy szansę oglądać wnętrze pełne mroku i kurzu, oraz osmolonych od świec ścian i sufitu. Poznaliśmy także ogromne bębny, nieodłączny element obrzędów religijnych. Najważniejszym punktem miało być mauzoleum, żeby się tam dostać to najpierw należało odsunąć dywan, a następnie kluczem, który duchowny trzymał na szyji otworzyć wielką kłódkę, spinającą dwa skrzydła metalowych klap w podłodze. Spojrzeliśmy na siebie i jak idioci weszliśmy do piwnicy z mieszanką ciekawości i strachu. Mauzoleum okazało się zagraconym pomieszczeniem, które miało może 30 metrów kwadratowych, gdzie stoją 3 sarkofagi: cesarza Menelik’a II, jego żony – cesarzowej Taytu oraz córki – cesarzowej Zewditu. Poza sarkofagami są trony, na których para sprawowała pieczę oraz mnóstwo obrazów, bębnów i innych szpargałów. Pojawiło się jeszcze trochę fresków, nieco innych niż znamy z naszego otoczenia, i tyle. Za bilet zapłaciliśmy po 50 birr i dla tego, co zobaczyliśmy na pewno nie warto, natomiast emocje i adrenalina, które towarzyszyły podczas zwiedzania na pewno były warte tych pieniędzy. I także uczucie ulgi, że nie zostaliśmy w krypcie na zawsze. Oraz fakt, że w głowie w ułamku sekundy potrafi pojawić się milion myśli z pogranicza taniego horroru też było nowością. A w sumie całe napięcie wywołane było tylko i wyłącznie naszym rasizmem, bo w Europie pewnie uznalibyśmy taką sytuację, jako zwyczajnie nudne zwiedzanie.

Z pozytywnych rzeczy to na pewno należy podkreślić lokalne jeże, czyli ponad 100-letnie żółwie, które rozmiarami sięgają metra. Od razu uprzedźmy, że nikt ich nie je. Biegały sobie wolno po parku, nie wzbudzając wśród mieszkańców żadnych emocji. Po prostu takie Polskie stukilogramowe jeże. Co więcej, lokalni mieszkańcy zwyczajnie się z nas naśmiewali i z naszej atrakcji jaką stały się żółwie. Dla nich to nic nadzwyczajnego i kompletnie nie rozumieli, dlaczego fotografowaliśmy je z każdej strony. Po mauzoleum mieliśmy już więcej zaufania do naszych studentów i rozmowy przebiegały trochę śmielej, niż tylko o pogodzie i polityce. Usłyszeliśmy mniej więcej to samo, co widać na ulicy, czyli że walczą o przetrwanie każdego kolejnego dnia. Rząd teoretycznie jest demokratyczny, ale także, że pojęcia romantyzmu to w tej części świata nikt nie zna. Relacje damsko-męskie sprowadzają się do prostego pytania przechodnia na ulicy: „czy pójdziesz ze mną do łóżka?” Jeżeli, odpowiedź brzmi „tak” to wszystko jasne, jeżeli brzmi „nie” to także wszystko jest jasne. Koniec. Nic więcej. Żadnych podchodów. Po rozmowie z jednym z naszych nowych znajomych temat związków upadł. Nie ma romantyzmu, nie ma zakochiwania się. Jest albo seks albo jakieś korzyści płynące z pójściem z kimś do łóżka. Miłość nie istnieje. Gdy próbowaliśmy tłumaczyć, że u nas, gdy chłopak chce poderwać dziewczynę się stara i kupuje jej kwiaty, zaprasza ją do kina, na spacer albo do knajpy, krępuje się tam takich zachowań nie ma. Gorsze jest to, że jeden z nich powiedział, że jeśli dziewczyna powie „nie” to wcale nie znaczy, że odejdzie wolna. Bardzo często dochodzi do gwałtów, bo mężczyźnie nie wolno odmówić.

Rozmawiając dalej o języku nauczyliśmy się kilku podstawowych zwrotów, ale największe wrażenie i tak zrobił na nas sam język i jego historia. Zapis jest fonetyczny i tego mogliśmy się spodziewać, ale że liczy 3.000 lat to już przez głowę by nam nie przeszło. Ogólnie, kiedy turbosłowianie jeszcze na drzewach siedzieli na tym terenie już pisano wiersze. Później poczekano 1.000 lat i Jezus się urodził. Tutaj macie próbkę alfabetu używanego do dzisiaj.

I skoro już jesteśmy koło historii, to sięga ona znacznie, znacznie dalej. Naszym głównym celem było zobaczenie Lucy – naszej i Twojej pra, pra, pra, …babci, która liczy już sobie 3.2 mln lat. Jest to najstarszy znaleziony praczłowiek i znajduje się w Muzeum Narodowym w Etiopii. Przed wejściem roztaliśmy się z naszymi studentami, oczywiście pożegnanie zakończone było prośbą o wsparcie w walce o przetrwanie. Miało to wyglądać jak kolejna wycieczka tylko, że w ich rejon zamieszkania i zakup płyty CD, na której mieli mieć oni nagraną muzykę. Swoją muzykę, którą sami stworzyli. Odmówiliśmy.

Wstęp do muzeum kosztował 10 birr i przed nami do zwiedzania były 4 piętra eksponatów. Z góry uprzedzimy, że 3 piętra: historii, sztuki oraz etnografii nie są warte oglądania. Po prostu trochę zaniedbanych, zakurzonych i zniszczonych szmatek i kamieni. Mniej więcej takie same przedmioty można znaleźć w ciągłym użyciu w Addis Abeba. Niemniej piętro prehistorii, a szczególnie Lucy robi duże wrażenie. Takie namacalne zderzenie z przeszłością pozostaje niezapomniane, a wywołane jest przez kobietę, która liczyła metr wzrostu i około 30 kg. Całe piętro urządzone jest nawet nieźle w porównaniu do pozostałych. Są tradycyjne gabloty oraz opisy eksponatów, a część była nawet kiedyś interaktywna.

Jest jeszcze muzeum etnograficzne, ale zrezygnowaliśmy z niego. Poza tymi kilkoma atrakcjami warto wejść do katedry oraz innych obiektów sakralnych. Etiopia jest jednym z pierwszych krajów, które przyjęły chrześcijaństwo, ale przede wszystkim można zobaczyć freski, gdzie święci pokazani są w towarzystwie lwów i gepardów. U nas święci w kościołach to jedynie owce pasą. Ogólnie to miasto nie jest warte odwiedzenia. Absolutnie. Główna zasada podróży po Afryce sprowadza się do omijania miast i podziwiania wszystkiego, co jest umieszczone poza skupiskami ludzkimi, my niestety nie mieliśmy okazji jej testować.

To, co było też niepokojące to jedna z sytuacji, która nam na zawsze zostanie w pamięci. Kiedy wracaliśmy od naszej pra, pra, pra… babci to spotkaliśmy jednego z naszych studentów. Szedł przed nami z białasem – takim, jak my, ale nowym. Najprawdopodobniej odgrywał tę samą rolą, co przed nami. Przez pewien czas szliśmy w oddaleniu za nimi i widzieliśmy, że nasz kolega również zabawia tamtego człowieka. Gdy w końcu nas spostrzegł ani chwili się nie zawahał. Pomachał nam, krzyknął „hi” i być może coś o nas wspomniał obcemu mężczyźnie. O tyle to było niepokojące, ponieważ on znając język angielski był w stanie walczyć o swoje. O pieniądze, za które mógł się utrzymać i było widać, że dla niego to jest jedna z niewielu dróg ratunku. Zatem – jak z dnia na dzień przeżywa reszta Etiopczyków w stolicy swojego kraju żyjąc byle jak, bez znajomości czegokolwiek?