Podróżnicze podsumowanie 2016 roku!

Mary Anne Radmacher będąca artystką, pisarką napisała kiedyś: „Nie jestem tą samą osobą odkąd zobaczyłam blask księżyca na drugim końcu świata.” Mary Anne ma absolutną rację, ale najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że my jeszcze nie w każdym miejscu na ziemi widzieliśmy blask księżyca, a więc mamy na to doświadczenie jeszcze wiele szans, które zamierzamy wykorzystać. Nie mniej, teraz zapraszamy na nasze krótkie podsumowanie naszych podróży w mijającym 2016 roku.

W 2016 roku przelecieliśmy prawie 90.000 km, czyli okrążyliśmy ponad 2 razy kulę ziemską. Odbyliśmy 47 lotów, które trwały niemal 140 godzin. I to każde z nas z osoba. Najczęściej lataliśmy z/do lotniska Berlin Schonefeld. Ryanair i Ethiopian to nasi główni przewoźnicy. Najczęściej lataliśmy w weekendy i poza sezonem wakacyjnym letnim oraz zimowym.

STYCZEŃ

Styczeń to było pasmo wiecznie trwających lotów liniami Ryanair oraz (tak to bywa) wieloma noclegami na lotniskach. Podkusiło nas, żeby kupić bilety do Madrytu na początku stycznia. Ze stolicy Hiszpanii wróciliśmy średnio czy też przeciętnie zadowoleni. Nic szczególnego nas w tym miejscu nie zachwyciło, ale jak to bywa na hiszpańskiej ziemi – lokalne wino uratowało całą sytuację. Komizmowi uroku dodał fakt, że zdaniem przewodnim tej weekendowej wycieczki stało się: „Polecieliśmy za 1.5 € w dwie strony na zakupy do Primark’a”. Kolejnym plusem była temperatura powyżej +10 st.C, ale tego się spodziewaliśmy.

Bardzo emocjonującym wyjazdem był ten na Azory, a dokładniej ujmując na wyspę Ponta Delgada z krótkim wypadem do stolicy PortugaliiLizbony. Taka okazja nie zdarza się ani rzadko, ani często, ale za lot w dwie strony zapłaciliśmy 6 € za 1 osobę. Pierwszą nerwową sytuację sprowokowałam ja, kiedy to zostawiłam na pokładzie samolotu aparat fotograficzny. Moja nieoceniona spostrzegawczość obudziła się ponad godzinę po wyjściu z samolotu, ale miałam szczęście spotkać bardzo miłych panów ochroniarzy i policjantów, którzy pomogli mi ocalić mój mały przybytek. Następnie czekała nas noc pod krzakiem przy lotnisku (warunki były naprawdę luksusowe i piszę to bez cienia ironii), poranny lot do Lizbony. Stolica Portugalii to miejsce piękne i urokliwe, w którym mogłabym zamieszkać. Kolejnego dnia powrót na wyspę położoną pośrodku niczego i… Odkrywanie czegoś, co jednocześnie jest obce i egzotyczne, ale jednak położone w Europie. Wyspa jest urokliwa, można się w niej zakochać i zatracić jak w kochance z taniego romansu, ale z tą różnicą, że to nie jest tania powiastka, a czarująca napisana powieść o pierwszych, silniejszych uderzeniach serca, intensywnym zapachu, coraz mocniejszym zakochaniu się i delikatnych rozczarowaniach w postaci wiatru i deszczu. Dlatego kiedyś wrócimy tam w szczycie sezonu by na nowo odkrywać poznane miejsca i mam nadzieję, sąsiednie wyspy.

To nie koniec stycznia. On jeszcze trwa, a my ponownie za parę euro kupiliśmy bilet do Bolonii. Do miasta, które miało nas rozkochać w sobie, w swojej architekturze i atmosferze. Owszem, tak było, ale wyjazd MegaBusem do Florencji pozwolił nam rozkoszować się życiem. Zrywanie cytryn z drzewa, którego gałęzie sięgają balkonu to istna rozpusta! Pachniały przepięknie, były kwaśne i orzeźwiające. Niemal tak orzeźwiające, jak bryza morska. Bolonię, a szczególnie Florencję zaliczamy do miejsc, którymi nawet, gdy się nie chce to się człowiek może cieszyć.

LUTY, MARZEC i w końcu KWIECIEŃ!

Luty i marzec to czas odpoczynku od lotów. Tak naprawdę to nie. O mały włos, a po dwóch tygodniach prawie zwariowaliśmy! Ile można siedzieć w domu?! Dwa miesiące?! Pierwszy ratunek przyszedł w kwietniu, gdy polecieliśmy do Bari w Apulii. Korzystając z portalu couchsurfing dogadaliśmy się w kwestii noclegów w Conversano oraz w Monopoli. To tam poznaliśmy Giulię wraz z jej rodziną oraz przesympatyczne małżeństwo, Melę i Osvaldo oraz ich dwa koty. To z tymi ludźmi mamy po dzień dzisiejszy kontakt, to u nich spędziliśmy wspaniałe chwile. To tam jedliśmy najlepsze lody na świecie w Polignano a Mare. To tam widzieliśmy domki trulli w Arbelobello, które kojarzą się z najbardziej dziwnymi baśniami samego Andersena. Nie polecieliśmy tam do Bari, Polecieliśmy tam, żeby zobaczyć, co znajduje się w okolicy i to był strzał w dziesiątkę!

 

 

MAJ i CZERWIEC

Maj przed dużą literę M. W maju się zadziało. To wina naszego kolegi Mateusza. I jesteśmy mu bardzo wdzięczni, bo to on znalazł tanie bilety do Malezji i jeszcze wystarczająco nad podpuścił, a może napuścił na ich kupno? Mówi się, że ludzie są niezdecydowani. My byliśmy przekonani, że niecałe 800 złotych od osoby za bilety w dwie strony to bardzo dobra oferta. Wyjątkowa… Kupiliśmy! Pisałam już, że ani Yee, ani Jen nam nie uwierzyły od razu, ale jak to bywa w takich sytuacjach. Zdolność podejmowania decyzji jest niekiedy obarczona pewnym wahaniem, prawda? I zakup biletów to nie wszystko, prawda? Prawda. Ale zorganizowanie takiego wyjazdu to już inna kwestia. O tym temacie zaczęliśmy przebąkiwać tydzień przed wylotem. Dwa dni wcześniej kupiliśmy bilety do Siem Reap i wizę do Kambodży. I tak rozpoczęła się nasza podróż z Poznania do Berlina, Bergamo, Mediolanu Malpensa, Addis Abeby (tak! w stolicy Etiopii też byliśmy!), Bangkoku, Kuala Lumpur i Siem Reap. Brzmi dziwnie i zupełnie tak, jakby ktoś powiedział, że tak właśnie całość ma się odbyć. Absolutnie tak nie było! Gdybyśmy kiedyś o tym zapomnieli to nam przypomnij. Wpisaliśmy w najpopularniejszą wyszukiwarkę nazwę „Siem Reap” po tym, jak zobaczyliśmy, że dzień po przylocie do Kuala Lumpur jesteśmy w stanie na tę trasę kupić relatywnie tanie bilety. Jak nam wyskoczyły obrazki to zaczęliśmy się zastanawiać czy to tam Lara Croft biegała i walczyła ze złymi mocami? Filmy widzieliśmy, ale migający obraz na jaskrawym monitorze to nie to samo, co dokładne i bezpośrednie sprawdzenie, czy tam jest faktycznie tak fantastycznie. Wierz mi, jest. Z Siem Reap udaliśmy się autostopem w stronę Bangkoku, z Bangkoku na południe, odbiliśmy na Krabi, a ja właśnie na tej trasie utraciłam swoją ulubioną kurtkę. Tę jedyną, która już była zmierzwiona i wyglądała jak poczochrany kundel, ale służyła mi wiernie nie raz chroniąc od wiatru, deszczu, śnieżyc czy też kryjąc mój przywołujący na myśl różne pytania o mój dyskusyjny zapach. Dlaczego piszę tyle o kurtce? Dlatego, że do dzisiaj za nią tęsknię, a znalezienie następczyni nie było łatwe, a skleroza nie boli. Później nastąpił zwrot na Malezję, podczas którego w nocy budziliśmy policjanta, który swoim wozem służbowym poszukał dla nas miejsca do spania. Przejście prze granicę i kolejna pieczątka w paszporcie. Kierunek na Pinang ze zwariowaną rodziną, a później z pokręconą panią doktor, która urodzona była do bycia pediatrą. Następnie obrót na Cameron Highlands i w końcu na Kuala Lumpur.

Czy przejechanie przez niecałą Kambodżę, prawie calusieńką Tajlandię i odrobinę Malezji autostopem to wyczyn? Nie wiem, ale jest to jedno i chyba jedyne miejsce, w którym mogłabym robić wszystko i czuć się dobrze.

LIPIEC

W czerwcu nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Natomiast lipiec to dla mnie inna rzeczywistość, choć tak bliska. Na wyciągnięcie ręki. Miesiąc mieszkałam w zachodnich Niemczech z Niemką i jej siedmioletnim synem. Do tej pory codzienne prasowanie skarpetek i koszulek, codzienne porządki takie, jak mycie całej kuchni i łazienki (codzienne!) wydają mi się przesadzone. Rzeczywistość niemiecka wygląda zupełnie inaczej, a podejście do relacji współdomowników niekiedy mnie rozkładało na łopatki. Będąc tam miałam już przysłowiowy rzut beretem do Strasburga, Zurychu czy też Tybingi. Wykorzystałam wyjątkowo tanie bilety na FlixBus i postanowiłam pojeździć po okolicy. Były to wypady typowo weekendowe, a w ramach noclegu korzystałam z portali couchsurfing oraz Airbnb. Bardzo sobie chwaliłam tamte rejony. Są bogate w zabytki, muzea oraz ciekawe stare miasta. Wyznawcą niemieckiej „wurst” nie zostałam mimo tego, że próbowałam kilka razy, ale całość w Badenii-Wirtembergii rekompensuje wino.

SIERPIEŃ

Sierpień to wizyta na szkoleniu poświęconemu taniemu lataniu w Warszawie, które zorganizowała Ewa z Warszawskiej Grupy Wyjazdowej. To wtedy mówiliśmy o tym, jak tanio latać, czyli jak szukać ultra-tanich biletów lotniczych. Żeby służyć świeżym przykładem poleciałam do stolicy naszym narodowym przewoźnikiem PLL LOT i łącznie z 3 noclegami zapłaciłam 13 Funtów za wszystko. W ramach urozmaicenia Łukasz jechał pociągiem.

Było świetnie i jeszcze raz dziękujemy za zaproszenie. Ponadto, chyba pierwszy raz w życiu mieliśmy szansę przyjrzeć się Warszawie z bliska. Porobić trochę zdjęć, zjeść obiad i pospacerować. Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Narodowe, Pałac Królewski – polecamy! Świetną inicjatywą wykazały się władze Warszawy wprowadzając w życie możliwość spaceru z Chopinem i fotografowanie się z Fryderykiem w formie bardzo popularnego selfie. Na plus!

WRZESIEŃ/PAŹDZIERNIK

Ponownie podróż w nieznane, ale tym razem nieco inaczej. Start w Poznaniu prowadził nas przez Berlin, Bergamo, Mediolan Malpensę, Addis Abbę, Bangkok, stolicę Filipin – Manilę, Puerto Princesa. Powrót niemal identyczny z małym wtrąceniem w postaci Bukaresztu Otopieni. Dlaczego? Ponieważ powrót przez Bukareszt był tańszy, a jeśli wracasz z końca świata już tyle godzin to 10 dodatkowych niczego nie zmienia. Wracając do meritum. Pojechaliśmy do El Nido na Palawanie. Odkryliśmy tam przepiękne rafy koralowe z mieniącymi się w blasku słońca rybami. Widzieliśmy najprawdziwszą dżunglę, która próbowała nas łapać i nigdy nie oddać. Kąpaliśmy się w ciepłej i przezroczystej wodzie, wszystko popijaliśmy świeżymi kokosami. Jechaliśmy staromodnym jeepney’em, piliśmy filipiński rum pod palmami, ale to ludzie byli najpiękniejsi. Na Palawanie Filipińczycy byli otwarci i ciekawi mimo tego, że czasami zawstydzeni. Widzieli dwóch kosmitów z plecakami, którzy mówili w obcym języku i czasami kręcili się w kółko bez żadnego uzasadnienia. Mimo tego, ludzie na Palawanie byli dla nas wyjątkowi. Mimo bariery językowej chcieli się z nami porozumieć. Gdy ta kurtyna opadała to wszystko się zmieniało. Najbardziej ciekawe były dzieci, które z początkowym skrępowaniem zaczynały zadawać coraz śmielsze i coraz bardziej dociekliwe pytania. Czym to dla mnie było? Czymś pięknym, bo to lokalni ludzie chcieli z nami rozmawiać i dzielić się swoimi sekretami. Czym to jest teraz dla mnie? Pewną melancholią, którą będę pielęgnować w sobie na zawsze. Wspomnieniem, którego nikt mi nigdy nie zabierze. Nadzieją na to, że jeszcze spotkam innych ludzi, którzy zechcą mi uchylić rąbka swoich tajemnic życiowych.

Poza tym, wybierz się teraz na Filipiny, bo ten kraj staje się coraz bardziej odkryty. Powstają drogi, hostele i hotele, a całość jest coraz mniej dzika. Jedź, leć, płyń na Filipiny jak najszybciej.

LISTOPAD

Czy ktoś nie zna Krzywej Wieży z Pizy? Nie sądzę. A czy ktoś ją widział „na żywo”, jak swobodnie jest krzywa? Już mniej osób. A czy warto? Żeby odwiedzić i odhaczyć zabytek na swojej mapie to warto, ale na szczęście w okolicy są takie perełki, jak romantyczna Lucca, Borgo a Mozzano z pięknym mostem czy Siena – stolica wszystkiego tego, co najbardziej toskańskie. Pachniało tam historią, która toczy się tam od pokoleń. Wszystkie te miejsca czarowały swoją niewymuszoną atmosferą, w ogóle nie były aroganckie w odbiorze. Toskanię trzeba poczuć, bo ciężko oddać miarę uwodzicielskich wzgórz, po których pną się winorośla.

Wracając, jeszcze w stolicy Niemiec Łukasz zamiast wracać do Polski obrał kierunek na Bałkany z zamiarem zwiedzania Sofii. Po prostu, wymienił włoskie wina na bułgarskie, spijane u stóp masywu Witoszy. Towarzyszyły mu pozostałości po Rzymianach, którzy przybyli tam nieco wcześniej – jakieś 2000 lat wcześniej. Dowiedział się także, że trzeba zahaczyć jeszcze o Rylski Monastyr i wybrał się tam. A co!

GRUDZIEŃ

Na grudzień zaplanowany mieliśmy krótki wypad do Wenecji, ale zmęczenie związane z przygotowaniami do każdego wypadu dało o sobie znać i tym razem odpuściliśmy. O tyle łatwo nam to przyszło, że za bilety nie zapłaciliśmy ani złotówki. Cóż miasto na wodzie musi jeszcze na nas poczekać.

Co jeszcze się zmieniło przez ten rok?

W sumie dużo nowych doświadczeń – przede wszystkim związanych z pierwszą i drugą wizytą w Azji Wschodniej, ale także postawienie stóp w Etiopii odcisnęło na nas silne piętno. Ponadto, wizyta na Ponta Delgada była niesamowita dla nas i jest to jedno z bardziej wspaniałych miejsc, do których należy wracać. A styl podróżowania? Nocowanie w namiocie było, autostop był, couchsurfing był, ciężkie plecaki były, noclegi na lotnisku także, więc w sumie po staremu. Chyba, że międzykontynentalne loty na pokładzie Boeinga 787 – Dreamlinera liczą się do zmiany. Albo wstęp do saloników biznesowych. I jeszcze status Frequent Traveler w programie Miles&More. Ale to tylko, dlatego, że cały czas interesujemy się lataniem. Bo przecież ciągle obowiązuje nasz status studenta i budżet bezpośrednio z nim związany.

Nie widzieliśmy wszystkich blasków księżyca na naszym intrygującym świecie, ale tego życzę Tobie i nam, bo mamy tak wiele nieodkrytych zakątków na świecie. Tak wiele miejsc i cudowności, że każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Powodzenia w podróżowaniu w 2017 roku!

p.s. Pamiętaj, że wszystko da się zawsze tanio wykombinować – wystarczy tylko chcieć!