Wyścig z Poznania do Warszawy!

Już wspominałam, że mieliśmy okazję prowadzić Warsztaty o Tanim Lataniu, ale… Jeśli coś ma być tanie to zawsze można się pościgać, prawda? Założyliśmy się o to, kto pierwszy stanie pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie wyruszając z Poznania – liczył się czas łączny podróży. Ja leciałam samolotem, Łukasz jechał pociągiem.

Koszt mojej podróży z Poznania do Warszawy z 3 noclegami oraz z lotem powrotnym wyniósł 13£ (ok. 70 PLN), natomiast koszt podróży Łukasza to jazda pociągiem z Poznania do Warszawy i powrót do Poznania oraz koszt noclegów, czyli ok. 120 PLN. Dlaczego lot z noclegami wyszedł mnie tak tanio powiedzieliśmy na szkoleniu w Warszawie, a teraz po kolei.

NATALIA

Ja zamknęłam drzwi za sobą o godzinie 12:50. Pospacerowałam na tramwaj, przebiłam się do centrum miasta i z czystą naiwnością poszłam na przystanek autobusowy, który… Przeniesiono „nie wiadomo gdzie”, więc jedyne, co mi pozostało to trucht na kolejny, który wiedziałam, że będzie czynny. Na lotnisku byłam ok. 13:50, czyli w momencie, w którym Łukasz wyszedł z mieszkania, więc można powiedzieć, że zaoszczędził on aż 1 godzinę!

ŁUKASZ

Godzinę, którą podobno zaoszczędziłem musiałem poświęcić na pakowanie niezbędnych przedmiotów. Oczywiście traktując poważnie całą sytuację i rangę wyścigu powinienem zrobić to wcześniej, ale w głowie cały czas kołatała mi informacje, że pociągi do stolicy odjeżdżają co chwilę. Nie ten, to kolejny, a bilet łatwo oddać. Niemniej jako student skorzystałem z 51% ulgi oraz z promocji PKP, która zobligowała mnie do zakupu biletu z dwutygodiowym wyprzedzeniem, dając kolejne % zniżki. Ostatecznie o 13:50 rzuciłem po raz ostatni okiem na małego księcia i zegarek obok niego. No to w drogę!

Dworce mają to do siebie, że znajdują się w centrum miast, a dotarcie wspomagane jest przez liczną komunikację miejską. Wielki Poznański Chlebak ukazał się mym oczom już o godzinie 14:12, dokładnie 22 minuty od trzaśnięcia drzwiami. Nieźle.


Mój lot miał się odbyć o 14:55, lecz delikatnie został opóźniony. W samolocie poznałam Basię. Otóż Basia mieszka od wielu lat w Stanach Zjednoczonych, życie na wysokim poziomie sobie chwaliła, ale, że ma sentyment do Polski i swoją rodzinę na północ od Poznania to co jakiś czas wpada ich odwiedzać. Basia była niezwykle sympatyczną osobą, która w Warszawie przesiadała się na kolejny lot. Potrafiła nawet rozładować chwilę konsternacji na informację, że „na lotach krajowych nie podajemy kawy”. Serio. Eurolot dał mi do wyboru wodę gazowaną lub niegazowaną, a do tego 10 szt. żelków haribo lub batonika. Oczywiście z Basią, jak typowo oburzone kobiety z uśmiechem na twarzach przywłaszczyłyśmy sobie oba rodzaje słodyczy. Nie było tego wiele, ale wystarczyło by nam się humory poprawiły. Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam Basię i życzę jej spełnienia marzeń, czyli kupna domu „zimowego” na Florydzie i letniego w Polsce!

Zostało mi ostatecznie 17 minut do odjazdu, kiedy wpadłem na teren dworca. To wystarczająca ilość czasu na zorganizowanie się, odnalezienie informacji o peronie i dotarcie tam. Tutaj chwyciła mnie lekka zazdrość o Natalię. Być może na lotnisku potrzeba więcej czasu, ale jest tam mniej chaosu. Tutaj każdy biega z wielkimi walizkami po wąskich schodach, próbując nie zgubić się w gąszczu sprzecznych tabliczek. Z głośników dociera do nas masa komunikatów, z czego większość jest trudna do wyłapania z pośród trzasków głośnika i gwaru podróżnych. Ja korzystam ze swojego doświadczenia i wiem jak najlepiej dotrzeć na peron 5. Ale zdaję sobie sprawę, że dla ludzi, którzy są tutaj po raz pierwszy będzie to droga przez mękę. A lotniska jakoś ogarniają tę komunikację z użytkownikiem. Połacie terminala są znacznie większe, pasażerowie są z różnych stron świata, a jednak wszyscy płynnie ciągnąc walizki po równych powierzchniach informowani są, co 50 metrów o słuszności kierunku, w którym idą. Czasem także dostają wskazówki ile mniej więcej zajmie im dotarcie do odpowiedniej bramki.

U mnie także start z lekkim – 8-minutowym – opóźnieniem o godzinie 14:37, ale zawsze należy liczyć różnicę czasu pomiędzy rzeczywistym i planowanym dotarciem do celu. Różnica ostatecznie wyniosła 0 minut, więc temat zamknięty. W pociągu czekało na mnie miejsce wyznaczone na bilecie. Nie zawsze jest to takie oczywiste, ale tym razem wszystko było OK. Nawet przy pełnym przedziale każdy miał dużo miejsca dla siebie, towarzyszył nam lekki wiatr z otwartego okna i widok na resztkę lata po drugiej stronie szyby. Zarówno widoki z lotu samolotu, jak i pędzącego pociągu mają jakąś melancholię w sobie, którą potrafią zabić ekrany dźwiękoszczelne przy autostradach dla samochodów.

 

Po wyjściu z samolotu zyskałam nieco czasu, ponieważ nie czekałam za wydaniem bagażu. Co ciekawe, byłam jedyną osobą, która wysiadła w Warszawie ok. 15:55. Dla reszty pasażerów był to jedynie mały, skromny dolot. Oczywiście po wyjściu z terminala autobus odjechał mi sprzed nosa, więc zaczekałam na kolejny. Pod Pałac Kultury i Nauki dotarłam o godzinie 16:40, a więc moja podróż zajęła 3 godziny i 45 minut. Łukasza jeszcze nie było, więc pozostały mi jedynie poszukiwania czegoś mokrego, w tym przypadku wody do picia, bo w samolocie dostałam mały kubeczek wody, a butelki wnieść nie mogłam (nic dziwnego). Postawiłam również na słodycze z Lukullusa, żeby z uśmiechem na twarzy przywitać Łukasza pod Pałacem i delektować się zwycięstwem!

W pociągu kawy nam nie rozdawano także, ale można było ją kupić w Warsie lub od personelu, który rozprowadzał kawę po przedziałach. Ponadto z personelu odwiedził nas miły i uśmiechnięty konduktor w celu sprawdzenia biletów. Ostatecznie o 17:36 pociąg dotarł na stacje Warszawa Centralna i pozostało mi tylko spokojnie przespacerować do Pałacu Kultury i Nauki, gdzie byłem o 17:44, czyli dokładnie 3 godziny i 54 minuty po wyjściu z mieszkania.

PODSUMOWANIE

Wydawać by się mogło, że samolotem szybciej znajdziemy się w Warszawie, ale lotniska z reguły nie są położone w samym centrum miasta, w przeciwieństwie do dworców kolejowych. Ponadto, jeśli naprawdę spieszyłoby mi się aby dotrzeć na tej trasie to skorzystałabym z taksówki albo pojechała samochodem, by bezproblemowo dotrzeć do upragnionego celu.

Biorąc pod uwagę granicę błędu (tutaj 5 minut) jedna i druga podróż zjadła tyle samo czasu, więc oboje wygraliśmy (ja wyszłam na tym odrobinę lepiej, bo zawsze miło jest popatrzeć na świat z góry i zebrać do kolekcji kilka dodatkowych mil). Dodatkowo podróż samolotem ciągle jest dla nas czymś budzącym emocje, natomiast pociąg jest czymś naturalnym, niezauważalnym już. Oczywiście podejście zależy tylko i wyłącznie od obserwatora. Z drugiej strony, jeśli pomyślimy o kolei transsyberyjskiej i trasie liczącej 10.000 km pośród samej natury to jesteśmy w stanie podróżniczej erekcji.

CIEKAWOSTKA

Żeby nie było, że jesteśmy bezrefleksyjni, to podumaliśmy nad takim problemem. Swego czasu Indie stanęły przed ogromnym zagadnieniem urbanistycznym. Przyrost ludzi pociągnął za sobą zwiększony transport i w pewnym momencie należało zdecydować czy zainwestować w kolej czy w sieć autostrad, wiedząc, że konsekwencje tej decyzji będą odczuwane przez kilkanaście lat przez miliony/miliardy ludzi.

Kolej ponosi większe koszty dla państwa, ale jest przyjaźniejsza dla środowiska, nie tworzy korków i buduje siatkę społeczną. Bo mimo wszystko, kiedy 1000 ludzi podróżuje jednym środkiem transportu to jakieś relacje międzyludzkie się rozwiną. Z drugiej strony samochody są wygodniejsze i szybsze, ludzie mniej czasu spędzą bezproduktywnie w drodze, ale jednocześnie wzrośnie rozwarstwienie społeczeństwa nie tylko na tych co posiadają samochód, ale także na to jaki samochód mają. Oczywiście w kolejnym etapie decyzja dotycząca transportu wpłynie na całą strukturę rozwoju miast i aglomeracji miejskich.

Całkiem nietrywialny problem. Przeprowadźcie sami taki eksperyment myślowy i ciekawe do jakich konkluzji dojdziecie.