Słów kilka o salonikach

- Opóźniony pociąg „Gerwazy” do shshhhhhh….wic odjedzie z shshhhh… 4 tor 21b. Za shhhh… uprzejmie przepraszamy.

Jakże dobrze nam znany stały tekst na polskich dworcach. Aż serce pęka na myśl, że wkrótce zabraknie tych trzeszczących głośników. Na kolei powoli się wszystko zmienia, na lotniskach już dawno takich nie ma. Niemniej w dalszym ciągu duże centra komunikacyjne, to chaos śpieszących się, zdezorientowanych ludzi. I wytwarzany przez nich charakterystyczny szum. Szum? Harmider raczej. Ewentualnie przy bramce już jest ciszej, ale to nadal poczekalnia. Ktoś czyta książkę, ktoś wertuje mapy, je kanapkę, stara się panować nad dzieckiem czy po prostu próbuje drzemać. Ale zrelaksować się na tych siedzeniach to jest sztuka. Można jeszcze poobserwować przechodzących ludzi. A to jest niemała frajda! Bo niewiele jest miejsc na Ziemi gdzie jednocześnie ktoś biegnie w krótkich spodenkach i klapkach, a w tym samym czasie mija się z osobą w zimowej kurtce. I jeszcze dyskutują ze sobą, Hiszpan z Turkiem po angielsku, a mówią o Alpach szwajcarskich. Istny kociokwik. 10 minut jest fajnie, ale później człowiek jest tym wszystkim zmęczony, tym bardziej, jeżeli ma za sobą 8 godzinny lot, a przed sobą jeszcze 3 godzinny na przesiadkę. A może dałoby się inaczej?

Pewnie, że da się. Bo skoro jest takie zapotrzebowanie to i zarobić się na tym da. I tak właśnie zaczyna się historia o salonikach biznesowych. Więc ile kosztuje wstęp do wygodniejszego świata? To zależy, czym się płaci. Bo można zapłacić 50 zł, 400 $ albo lojalnością, lecz zacznijmy od tego, co kupujemy.

Przede wszystkim ciszę. Bo właśnie to najmocniej uderza po wejściu do saloniku. I to nie tylko taką dźwiękową, ale również wizualną. Tak. Harmonia jest lepszym słowem. Nie ma tutaj już ludzi w bermudach ani fluorescencyjnych, seledynowych kurtek. Pojawiają się za to stonowane kolory, zarówno wystroju jak i gości przebywających. W tle pobrzmiewa delikatna muzyka, albo szum wody. I nastój się zmienia diametralnie. Takie sekretne drzwi w szafie do Narni na środku lotniska. Dokładnie takie samo skojarzenie jest jak się przekracza te drzwi do hali odlotów.

Metalowe krzesełka zamienione są na skórzane kanapy, pojawiają się stoliki kawowe i takie, przy których można coś zjeść, bo samoobsługowy barek zachęca do częstowania się kawą i przekąskami. Zawsze znajdzie się duży wybór słodyczy, ciastek, orzeszków, owoców. I oczywiście napoje, do wyboru ciepłe trunki, woda, soki i alkohole. Alkohole różne, co kto lubi, wina, piwa, cięższe napoje także. Bo skoro mamy zrelaksować się, mimo tego, że w poczekalni, a później siedzieć kolejne godziny w samolocie, to, czemu nie otumanić trochę umysłu?

Jeżeli już mamy naszą kawę z ciastkiem, to rozsiądźmy się wygodnie w fotelu. Intuicyjnie z taką sytuacją kojarzy mi się gazeta. I oczywiście ona jest dostępna dla nas. Zarówno ta lokalna, jak i czasopisma międzynarodowe. A dla tych, którzy są spragnieni świeższych wieści jest dostęp do Wi-Fi. Pamiętajmy, że znajdujemy się wśród poważnych, często zapracowanych ludzi, którzy niekoniecznie lecą na wakacje. Fajnie, zatem mieć pewność, że wszystko związane z podróżą dopięte jest na ostatni guzik. Tylko, że pracować na komórce, czy tablecie jest mimo wszystko niewygodnie. I w salonikach zawsze znajdzie się kilka stanowisk komputerowych dostępnych do użytku. I jakoś nigdy nie widziałem, żeby ktoś układał na nich pasjansa.

Skoro mówimy o przesiadkach, to znaczy, że podróż trochę trwa. Wypada, więc coś zjeść konkretniejszego. I na taką ewentualność saloniki są przygotowane. Parówki, sałatki są zawsze, zupa też. Żeberka, makarony? Czasem, ale to zależy już od miejsca. Tak samo jak prysznice, gdzieniegdzie są.

Pomówmy jeszcze o ludziach. Koszule, garnitury, garsonki i skórzane płaszcze. Takie jest pierwsze stereotypowe skojarzenie. I w rzeczywistości właśnie tak to wygląda. Czasem się trafi taki niepasujący element z czerwoną kurtką jak my. Bo to właśnie tacy ludzie jak studentwpodróży, niszczą atmosferę miejsca. A może i nie? Może to nasze oko jest przewrażliwione? W każdym bądź razie, my od razu dostrzegamy szwędaczy. I od razu łapiemy nić porozumienia. A taka osoba, w takim miejscu to nieocenione źródło informacji, bo na pewno dostała się w nietrywialny sposób do saloniku. Kombinując, łącząc programy, zbierając mile i informacje na każdym kroku. Taaak… Na pewno warto wymienić się wiadomościami. Myślicie, że bankierzy w salonikach, też po kilku gestach rozpoznają swoją bratnią duszę?

Jak zatem dostać się do saloniku?

Najłatwiej zwyczajnie zapłacić za wejście. I ceny są różne w zależności od lotniska. Ławica w Poznaniu – 50 zł za wizytę, Chopin w Warszawie – 130 zł. Monachium – 30 eur. Wejście można wykupić do ogólnych saloników, a nie konkretnych sojuszy lotniczych. Więc niekoniecznie się tutaj spotkamy. Czy to się opłaca? Nie mam pojęcia, zależy od wielu czynników. My, jeżeli planujemy długą przesiadkę to zazwyczaj uciekamy na chwilę do miasta.

Można też wykupić roczną kartę wejść do saloników. I mamy do wyboru: DragonPass, PriorityPass oraz DinersClub. Dwa pierwsze członkostwa odnoszą się bezpośrednio do saloników, gdzie za 400 $ mamy zapewniony wstęp do 800-1000 saloników na świecie, natomiast DinersClub związany jest poza salonikami z usługami bankowymi. I teraz pytanie czy 400 $ na rok to dużo czy nie? I znowu brak odpowiedzi, bo jeżeli się często lata i weźmie pod uwagę koszty posiłków na lotniskach, to może się kalkulować. Tym bardziej, jeżeli latamy różnymi liniami lotniczymi i uzyskanie statusu jest trudne.

Statusy w programach milowych umożliwiają wejścia do saloników, ale związane z tym są pewne obostrzenia. Przede wszystkim zdobyć i utrzymać status w danym sojuszu jest trudno. W Miles&More, jest to 30 lotów albo 35 000 mil w ciągu roku kalendarzowego. Ponadto, wstęp do saloników mamy tylko po okazaniu ważnego biletu na linię z tego sojuszu.

Jest jeszcze inny sposób. Wystarczy kupić bilet w klasie Business. Upoważnia on do skorzystania z saloniku, ale bilety są oczywiście droższe, choć nie zawsze znacznie.

I ostatni ze sposobów, jakie znamy. Osoby, które mają odpowiednio wysoki status mogą do saloniku wejść z gościem. Wystarczy być takim gościem, a jak nie znacie nikogo, kto akurat taki status ma, to wystarczy przed wejściem do saloniku zapytać zbliżające się osoby. Co prawda z tego sposobu nigdy nie korzystaliśmy, ale takie historie słyszeliśmy. Ludzie naprawdę są mili.

A tak szczerze mówiąc, to wygodnie się rozsiąść w kokoniku, z lampką prosecco w jednej ręce i książką w drugiej, przy dźwięku wodospadu. Wtedy jest naprawdę miło. Tym bardziej, jeżeli masz widok startujących samolotów tuż za szybą.