Moje ulubione miejsce na świecie: TARGOWISKA

Kiedy przekroczę bramę murów starego miasta to bardzo często mam wrażenie, że właśnie przeniosłam się w czasie. Owszem – nieco moje zapędy burzą brzydkie, współczesne sklepy, krzyczący ludzie i nieumiejętnie przebrani Rzymianie, ale mimo wszystko zawsze można znaleźć kawałek miejsca dla siebie. Takim autentycznym, nieposkromionym przez wszystkie lata punktem – dla mnie obowiązkowym – na mapie są targi. Te zwykłe z rybami, mięsem, kwiatami, miskami i nawet świecącą chińszczyzną. Dlaczego? Ponieważ to tam można się dowiedzieć, w jaki sposób żyje to miasto, z czego jest zbudowane i to tam można znaleźć prawdziwe perełki.

Nigdy nie zapomnę pierwszych, najcudowniejszych hal, które widziałam w Portugalii. Nie, nie zaskoczyły mnie produkty. One mnie oczarowały, a przede wszystkim zachwyciłam się rybami, skorupiakami, ślimakami, glonami i innymi paskudztwami, których wtedy nie znałam. Niektóre były piękne, część z nich jeszcze żyła, a wiele było tak bardzo brzydkich, że pędraki w wiosennej ziemi to widok cudowny i wspaniały. Niektóre z nich miały ostre kły i czarne spojrzenie, a do tego cuchnęły nieziemsko. Kilka z nich migotała w blasku słońca i zapraszała do zakupów. Były tam ryby czarne, srebrne i czerwone, a także takie, które miały wyraźnie zaznaczone nosy, wydłużone pyski i wąsy. Część krabów jeszcze wtedy błogo pływała w akwariach, by wieczorem trafić na talerze. Były mule, małże, krewetki, kalmary, ośmiornice, a nawet obłędnie drogie percebes wyglądające jak odnóża smoka, bezkształtne dziwactwo? Co ciekawe, ich zbiór jest bardzo niebezpieczny. Te małe, wodne dinozaury porastają wybrzeża i wchłaniają cały aromat i smak oceanu. Zbierane są zawsze ręcznie przez doświadczonych w tym boju ludzi, którzy są zręczni i wyćwiczeni w tym działaniu, a także czekają na odpowiednie ułożenie księżyca i odpływ, który pozwala się dostać do tak… Tak bardzo dziwnych tworów, które w swojej brzydocie stają się w pewien sposób pociągające. Ich przygotowanie nie jest bardzo trudne, ale warte wysiłku, a na domiar złego nie wolno żadnego kawałka zepsuć swoją nieudolnością. Wystarczy odpowiednio je podać na talerzu, uprzednio umyte. Skropić cytryną i… Jeść. Popijać winem. Umiarkowanie, choć to niemożliwe. Toż to jeden z największych afrodyzjaków w Portugalii! Co ja mówię, na świecie! Ale to nie koniec. Jeszcze są małże razor. Na pierwszy rzut oka ohydne. Wiją się po stoiskach niczym wodne robaki, delikatnie próbując uciec ze swojej podłużnej muszli w stronę wody. Brzytwy można grillować, dodać do jakiś warzyw i zapomnieć o nich. Ni mniej, ni więcej. Lecz często Portugalczycy jedli je na surowo wysysając całą małżę z jej muszli. Zachwycali się przy tym, mlaskali, czasami skrapiali je kilkoma kroplami cytryny. Długo wybierali odpowiednie, te najlepsze i najbardziej pachnące morzem. Ponoć brzytwy są najlepszymi z małż, ale Portugalia na targowiskach tryskała świeżymi i dojrzewającymi serami. Kozimi i owczymi, które są ich dumą i jednym z bogactw portugalskich. I powinno teraz paść pytanie: jak kupić te wszystkie pyszności i dziwactwa? Skąd wiedzieć, że są świeże, oczyszczone, z dobrego miejsca i w nie najgorszej cenie? Iść za miejscowymi i podpatrywać, gdzie oni kupują produkty do swoich domów.

W Hiszpanii królowały oliwki na każdym stoisku. Małe, maleńkie, wielkości skrawka palca, jak i te olbrzymie, nadziewane całymi papryczkami albo sporymi migdałami. W niektórych był ser, w innych jakaś zielenina, a reszta różniła się tylko zalewą. Zamigotały mi ta małe, zielone kulki przed oczami jak miliony drobnych szafirów. Nie mogłam się zdecydować. Zaglądałam i kukałam. „A co jeśli kupię niedobre?” – takie pytanie ciągle za mną chodziło. Pani proponowała mi te najdroższe, najlepsze, ale miałam szczęście. Podszedł do mnie Pan, pokazał ostentacyjnie paluchem cztery wiadra z oliwkami, położone gdzieś z tyłu. Prawie niewidoczne. Tańsze i już nie takie okazałe. Powiedział, że te mam kupić, bo ta reszta jest dla turystów. Takich, którzy kupią wszystko. Ku niezadowoleniu Pani wybrałam oczywiście te oliwki, które polecił mi nowo poznany Pan. I były to najlepsze oliwki na świecie. Żadne się do nich nie umywają.

Sytuacja miała się identycznie na bazarze w Splicie, na którym sprzedawano warzywa, owoce, stare koce i zabawki, zioła i ubrania, mięso i ręcznie wyrabiane masło oraz ser. Wszystkiego było mnóstwo i choć nie było opakowane w kolorowe, szeleszczące papierki to każdy ser i kiełbasa pachniały domem. Skusiliśmy się na figi, będące jednymi z najlepszych. Słodkimi i wilgotnymi. Skosztowaliśmy równie dobrych rodzynek. I kupiliśmy to wszystko u Pani, która przehandlowałaby mnie, moją rodzinę razem z psem, odkupiła za bezcen, sprzedała raz jeszcze za horrendalną kwotę, a ja nawet bym o tym nie wiedziała. Uwielbiam takich ludzi na targu, którzy z tupetem i przebiegłością handlują ze sobą. Owszem, warto również odpocząć przy stoisku, które prowadzi staruszka z chustką na głowie. I to właśnie wtedy oparłam się o murek i zaczęłam jeść figi. Po trzeciej było mi już bardzo słodko, ale kolejne pogryzałam z poczucia obowiązku. Bo dawno takich smacznych nie jadłam. I taka chwila oddechu, może i nawet refleksji. I trafiłam! Co jakiś czas przechodziły koło mnie kobiety. Nic dziwnego. Niektóre z nich miały ogromne torby zamknięte na cztery spusty. Upchane były w nich jakieś skarby. Co jakiś czas taka niby nierzucająca się w oczy postać, podchodziła do wybranej osoby i coś szeptała. Krótki ruch ust. Albo ten ktoś kręcił głową i sygnalizował, że nic nie chce albo wręcz przeciwnie. Przytakiwał delikatnie i sięgał po pieniądze, a w tym momencie z przepastnej torby wyłaniała się paczka papierosów w lekko zaciśniętej dłoni. Szybka wymiana i interes został ubity. Nikt nic nie widział. Nawet ja nic nie widziałam, kiedy to jedna z Pań podeszła do mnie i zapytała „Cigarete?”. Kiwnęłam głową, że nie, dziękuję. Ukłoniła się i poszła dalej sprzedawać, a wokół dalej trwał normalny targ, na którym można kupić sadzonki pomidorów i mandarynki, które pachną słońcem.

Jednymi z moich ulubionych targów były te w Tajlandii. Nafaszerowane tonami papryczek chili, które wyskakiwały zza każdego rogu i atakowały swoją ostrością! Tam pachniało kolendrą, curry, owocami morza i mięsem. To tam często się gubiłam i zamiast patrzeć za tym, co ma mnie zachwycić, wzrokiem szukałam Łukasza. Inaczej przepadłabym bez słowa. Już pomijając ten fakt, to tam dowiedziałam się, jak smakują liście limonki, chińskie zupy (tak, w Tajlandii do tej pory jadłam je najlepiej przyrządzone) i jak pachnie chili. I, że jest tyle odmian tej – momentami – śmiercionośnej dla mnie papryczki. To tam się nauczyłam, w tym całym zgiełku i harmidrze, że trzeba krzyczeć „no spicy, sir!”. Wtedy sprzedawca się śmieje, patrzy spode łba na mnie i na łyżce ma mieloną papryczkę chili… Delikatnie ją dozuje. Bardzo powoli. Umiarkowanie. Pyta czy tyle starczy czy może jeszcze odrobinę dodać? Kiwasz głową, że ta ilość Ci odpowiada. I niestety później się okazuje, że nadal Ci ta zupa mózg wypala, a dla nich to nic. Zaledwie trzepot skrzydeł motyla, bo co to jest szczypta? Czasami bawiliśmy się w takie dawkowanie ostrości do jedzenia, ale nie zawsze można było wyjść obronną ręką. Bo może i mniej czerwono krwistego proszku mi nasypali do miski, ale w środku pływały całe papryczki. Pięknie pocięte na paski, a ja za pierwszym razem się ucieszyłam! Warzywa, błonnik! Po dwóch gryzach moja radość prysła, śmiech okolicznych Tajów się wzmógł, a ja szukałam wody. Ot, co. Poza tym, te tajskie targi pachniały rybami. Suszonymi. I chińszczyzną, która jakiś czas temu do nich dotarła i można kupić wszystkie zabawki świata, plecaki, torby, ubrania i wszystko to, co do życia jest potrzebne albo i nie.

Nie mniej, jednym z większych zaskoczeń był targ w Hat Yai. Poszliśmy na polowanie. Udało nam się złapać rambutany, sejaki, które wyglądają jak smocze jaja czy też powąchać dziwne zioła. Zaczęliśmy chodzić wokół stoisk i wychodząc już z wielkiej hali myślałam, że nic nie znajdziemy. Znaleźliśmy! Owoce egzotyczne! Duża tabliczka na dwóch kółkach i małym straganie wchodziła w moje oczy. Mając sejaki w torbie, które mają dla mnie posmak orzechów, byłam podekscytowana! No, jeśli ja nie mam w torbie owoców egzotycznych według tej definicji to, co jest na tym straganie? Od razu skierowaliśmy swoje kroki w tym kierunku. I przyznam, że stanęłam jak wryta. Faktycznie. Były tam owoce egzotyczne. Jabłka, śliwki promieniujące na kilometr swoją idealnością. W Polsce takie owoce można kupić w sklepie z owadem w tle. Były też czereśnie. Jedyne 90 złotych za 1 kilogram! Truskawki! Istne szaleństwo! Sprzedawca od razu zaczął nas namawiać na zakup, ale byłam dosyć mocno zdezorientowana, lecz po chwili uświadomiłam sobie, że my za papaję w Polsce też zapłacimy wiele. I też będzie świecąca, bo zanim dojrzała to już została zerwana, aby jakoś dotrzeć do Europy. Pozostaliśmy przy sejaku i rambutanach tym razem.

Marokańskie targi pachną koźliną i kuminem. Kuminem w ziarnach i tym sproszkowanym, który, gdy mocniej zawieje, osiada na ubraniach. Kontrastuje z nim kurkuma, która słonecznie rozświetla pobliskie stragany. W takich miejscach w Maroku można przyjść na pokaz mody. Ten prawdziwy. I nie mówię o Marrakeszu, bo on jest typowo turystyczny i stał się miejscem, z którego uciekliśmy. Był tak bardzo dla nas nieautentyczny. Mówię o Fezie, o tych dalszych uliczkach. O Warzazat, które jest położone na jednym z krańców świata. To tutaj kobiety i mężczyźni chodzą ubrani w tradycyjne stroje. Ich kolorowe ubrania falują w delikatnych podmuchach wiatru. Można by pomyśleć, że są niepraktyczne, ale wspaniale chronią przed upałem i palącym słońcem. Momentami są piękne. Z ogromną ilością kryształków ponaszywanych wokół rękawów, z ozdobnymi lamówkami i haftami, które zdobią i mienią się w każdej chwili. To tutaj pachnie ciężkimi perfumami, komponowanymi na bazie olejków. Tutaj przemykają ludzie, za którymi wzbija się w niebo kurz, a ich twarze są schowane w czeluściach materiałów. To tutaj jest najbardziej kolorowa porcelana, a w Fezie można kupić najpiękniejsze, duże talerze, miseczki, które będą służyć przez lata. I to jest właśnie to miejsce, w którym należy się targować, bo bez targowania nie jest się poważnie traktowanym, a poza tym – bez targowania nie byłoby frajdy.

Na targach i straganach pachnie nie tylko ziołami i przyprawami, ale atmosferą, która panuje w danym miejscu. Można ją wyczuć i jest wręcz namacalna.

A jakie jest Twoje ulubione miejsce na świecie?