Miejsce w którym mogłabym zamieszkać. Lizbona.

Mam wiele marzeń, o których przelotnie myślę. Wiele z nich jeszcze nie zakiełkowało w moich snach i nadal ich nie znam, ale kiedyś przyjdą do mnie. Powiedzą mi, co chcę zrobić w życiu, ale pokażą swoją dwoistą naturę. Nie pokażą mi jak mam je zdobyć by być szczęśliwą na wieki. Gorzej. Jak już się spełnią to pojawiać będą się następne i następne… Ta kolejka nigdy się nie skróci. Będzie się wydłużać niczym wąż do końca mojego życia. Nie będzie litościwa. Każdego dnia przy łyku kawy, zamiataniu podłogi, a nawet wtedy, gdy deszcz będzie padać za oknami, marzenia będą do mnie przychodzić. Jednym z nich to zamieszkanie w Lizbonie. Choć na chwilę, choć na momencik. Byłam tam już trzy razy! Przejazdem w stronę południa Portugalii w maju zeszłego roku, gdy spędziliśmy w tym nadoceanicznym kraju wspaniałe dwa tygodnie. I nawet dwa tygodnie temu, gdy Lizbona była naszym przerywnikiem i wstępem do eksplorowania Sao Miguel. Skoro chciałabym tam zamieszkać to wynika z tego, że mi się tam bardzo podobało, a miejsce to traktuję jak małe dziecko lizaka. Jak skarb. Podobało mi się, a nawet bardzo, ale nie bójmy się patetycznych słów! Ja się zakochałam! Nie tylko w Lizbonie, ale w kraju, który winem spływa, pachnie serami, kusi wybrzeżem i sympatycznymi ludźmi, a wieczorami pozwala wgryzać się w kwaśne cytryny. Tylko co mnie tak uwiodło w Lizbonie?

Na każdym kroku jest kogut. Kiczowaty z czerwoną grzywą i upstrzony niczym papuga z najlepszego pisma o modzie. Mieni się żółcią na skrzydłach z dodatkiem zieleni, grzbiet potrafi mieć niebieski, przy czym cały jest upstrzony w kropki. Czasami jest tylko głowa, ale najczęściej pojawia się w całej okazałości na wystawach sklepów „wszystko za 2 euro!”. Jest symbolem Portugalii, więc Lizbony też pilnuje w każdym kącie i zaułku. Czy pieje? Naprawdę nie wiem. Wygląda jak papuga, więc może po papuziemu śpiewa? Całe szczęście kogut to nie jedyna atrakcja.

W Lizbonie czy ma się czas czy się go nie ma – trafi się na Praca do Comercio. Ogromny plac, który z trzech stron sąsiaduje z lądem, a z jednej z rzeką. To tam zobaczyłam porozstawianych kuglarzy, śpiewaków amatorów, a dwa tygodnie temu lodowisko, które nic sobie nie robiło z okrągłych 15 stopni w słońcu. Aż jedna dziewczyna, nastolatka o rozwianych włosach używała swoich sił do sunięcia po lodzie. Reszta – włącznie ze mną ze zdziwieniem patrzyła na to przedstawienie. Lodowisko w tym miejscu pasowało jak przysłowiowa pięść do oka. Tumany białego „kurzu” tylko potęgowały wrażenie absurdu. Jednak szybko to uczucie mija i pojawia się ponownie „klimaciarskość” tego miasta. Stolicy przez duże S.

Jednym z najważniejszych symboli, które w życiu zapamiętałam do tej pory jest tramwaj w Lizbonie. Wszyscy na niego czyhają. Jak wygłodniałe wilki. O białym, falującym na delikatnym wietrze futrze przy piekącym w oczy mrozie. Żółty tramwaj to zwierzyna, którą należy upolować. Nie raz, nie dwa, a wiele razy. Jesteśmy niczym wilk łakomi na świeże mięso. Zachowujemy się jak lis polarny, gdy przychodzi odpowiednia pora i rzucamy się w zmarznięty śnieg, by sięgnąć swojego. Chodziliśmy, robiliśmy zdjęcia, wychwalaliśmy na potęgę, a przynajmniej ja się głośno zachwycałam i szczebiotałam rzęsami na jego widok. Tak piękny i słodki, bo oblany lukrem. Lukrem lepkim, którą swą słodycz zawdzięcza historii. Jeździ przez najpiękniejsze zakątki miasta. Dumnie skrzypi na wąskich zakrętach obok Castelo de Jorge oraz Miradouro das Portas do Sol, a także Miradouro Sao Pedro de Alcantara, z którego można podziwiać dachy Alfamy. Przejeżdża obok Katedry Se de Lisboa, która jest głównym kościołem Lizbony i nie jest jednocześnie Se, a Katedrą Najświętszej Maryi Panny. Rzuca niedbale okiem na główny plac i dojeżdża do dzielnicy Belem. Jest króciutki, a w środku drewniany. Trzęsie w nim jak w radzieckim przybytku wątpliwej sławy, a drzwiczki skrzypią przy każdym zakręcie. Urody mu nie brakuje, a pełną urodę zyskałby, gdyby został odziany w czerwoną, wielką kokardę! Brzmi kiczowato, ale ten tramwaj daje się jeść łyżkami niczym słodka śmietanka i smakuje jak najlepsza, włoska beza. Sama przejażdżka to pełnia szczęścia i odrobina podróży w czasie by znów być dzieckiem z watą cukrową na patyku.

Małe, żółte skrzypiące pociągi to dopełnienie krajobrazu zamku. Powolny spacer po podzamczu to czysta przyjemność. Podziwiać można z takiego spaceru zamek św. Jerzego, który góruje nad całą Lizboną, a wieczorami sprowadza wszystkie duchy świata. Niezwykle romantyczny do tego stopnia, że niektóre ściany ze strojem graffiti stają się akceptowalne, a nawet ładne. Wspanialsze jest to, że można odważyć się na spacer w szpilkach, ale mimo ogromnego uporu ciężko zostać lekką i zwiewną królewną w zakrętasach i dziurach chodnikowych, które łapią w swoje objęcia co odważniejsze kobiety na każdym kroku.

Całe szczęście, że żółte tramwaje dojeżdżają pod progi dzielnicy Belem. Po drodze mijają dołem most, który jest jednym z ważniejszych punktów na mapie stolicy Portugalii. Most Vasco do Gamy. Z nikąd nazwa mostu się nie wzięła. Nie od dzisiaj wiadomo, że Portugalczycy to zatwardziali w bojach marynarze, którym nie straszne były obce lądy, sztormy i choroby. Vasco urodził się w rejonie Alentejo, który ja osobiście chwalę sobie za wspaniałe wino. Jako pierwszy poprowadził drogą morską ludzi, którzy dotarli do Indii, więc najokazalszy w Europie Ponte jest odpowiednim ukoronowaniem jego uporu w dążeniu do celu. Belem, bo o tej dzielnicy mowa. To tam można poczuć nadmorskiego wilka we własnej skórze. To tam można wsłuchać się w entuzjastyczne dźwięki przeróżnych melodii pod wieżą Belem. Obok znajduje się niewielki park z rozłożystymi drzewami, które w upalny dzień rozłożą swoje ramiona nad Tobą. Torre de Belem. Brzmi dumnie od czasów króla Jana II aż do dzisiaj. Prezentuje się okazale i to tutaj kończy się rzeka Tag, a zaczyna przestwór oceanu. I to jest właśnie to miejsce, w którym Portugalczycy iście brawurowo i z dokładnością do milimetrów parkują swoje auta. Przechodząc nad ulicą w stronę miasta po drodze witamy się z Klasztorem Hieronimitów. Wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a wybudowany dzięki monetom zarobionym z handlu przyprawami. I jeśli już w temacie kuchni jesteśmy to grzechem byłoby nie wspomnieć o babeczkach Pasteis de Belem. Grzechem byłoby nie pójść do najsłynniejszego miejsca, w którym wypiekają te małe cuda. Pasteis de Belem: R. Belém 84-92, 1300-085 Lisboa to miejsce, w którym te babeczki nazywają się Belem. Oczywiście w każdym innym miejscu można je spotkać, ale nazywać się będą Pasteis de Nata. Najsłodsze pod słońcem niczym dojrzałe, czerwone pomarańcze, ale nie przytłaczające. O cieście chrupiącym, ale nie wilgotnym. O środku, który swoją strukturą powala, ponieważ jest idealnie miękki, a z wierzchu przypieczony. Posypuje się taką babeczkę cukrem pudrem i cynamonem, a nawet jeśli spadnie Ci na chodnik to pokusa jej zjedzenia jest zbyt duża. Dla mnie była zbyt duża. Mimo tego, iż moja babeczka spadła na wydeptany przez Lizbończyków i zwiedzających chodnik, ciągle była fantastyczna. Ot co!

Azulejos! Wszędzie Azulejos! A na azulejos słoneczny tramwaj o numerze 28, podzamcze i Torre de Belem. Czerwone dachy Alfamy oraz kolorystyczny nieład i nieporządek. Są urocze i krzykliwe. Do kupienia na każdym stoisku. Na budynkach zaś te najpiękniejsze. Dumne i klasyczne wzory, które widziały niejedno i jeszcze nie jedno przeżyją. Praktycznie na każdym budynku usytuowane, informują chociażby o numerze domu, mieszkania. Ja swojej jeszcze nie mam. Raz nie mogłam się zdecydować. Po drugie to nie wiedziałam gdzie ja ją przykleję? A na samym końcu o niej zapomniałam po to, aby wróciła do mnie jak bumerang myśl o zakupach płytki. Tak. Wrócę do Portugalii albo nawet i do Lizbony. Podejdę do tego Jegomościa, co je sprzedaje na rogu i w końcu wybiorę sobie jakąś. Taką najładniejszą, a jak nie będę mogła się zdecydować to wezmę nawet i trzy, a później całą kuchnię nimi wykleję! Jak się będę przeprowadzać to je skuję, spakuję do plecaka i polecą ze mną nawet do Wietnamu.

Lizbona to też windy. Elevador de Lavra to najstarsza z nich. Jest tak samo urocza, jak tramwaje. Nie zawsze traktowana jako punkt, w którym należy się znaleźć, co ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony nikomu nieznana, z drugiej zawsze znajdzie się w niej miejsce dla zmęczonych nóg. Do znalezienia i odbycia podróży niedaleko Rua Sao Jose. Są jeszcze inne znajome: Bica, Justa, a nawet Gloria. Do obejrzenia są też: kościół Łaski czy kościół św. Rocha. Całość należałoby popić winem z regionu Douro i zagryźć rybką z puszki. Poprawić kawałkiem aromatycznego sera i przekładać nogę za nogą, ślad za śladem dalej. Nawet spacerowanie po odległych punktach, które nie są atrakcyjne turystycznie mnie przyprawiły o euforię i radość. I ja tam wrócę kiedyś, aby pomieszkać. I w końcu kupię sobie azulejos!