Zimowa Odessa

Dla mnie w tej chwili Odessa to perła postkomunistycznego, radzieckiego ustroju. Cieszę się, że mieliśmy szansę ją odwiedzić w lutym, ale mam wrażenie, że nie chciałabym tam wracać. Jednak, warto się tam pojawić, chociaż raz, żeby choć na chwilę poczuć atmosferę tego miasta.

Spędziliśmy tam około 8 godzin z 13 Traveler. Wylecieliśmy z Poznania wczesnym rankiem, a wróciliśmy do Wrocławia popołudniu. Następnie krótkie oczekiwanie na autobus w bardzo miłym towarzystwie i powrót do Poznania ok. 2 w nocy. Miała być to chwila oddechu, sposób na odświeżenie i tak właśnie było. Dzięki aplikacji Bolt dostaliśmy się do centrum Odessy, a popołudniu wróciliśmy łącznie za 190 UAH, czyli niecałe 30 zł, a była nas trójka. I ten sposób przedostania się do miasta polecam, bo był szybki i bezproblemowy. Łączny koszt wyjazdu z biletami lotniczymi, biletami autobusowymi, jedzeniem oraz z transportem to ok. 185 PLN za jedną osobę.

Po Odessie można się poruszać marszrutkami, tramwajami, autobusami, taksówkami, kolejkami elektrycznymi, ale najlepszym sposobem chyba będzie spacerowanie. Miasto nie jest aż tak duże, a z przyjemnością nam się je zwiedzało na pieszo. Wszystkie główne atrakcje są położone bardzo blisko siebie, a dodatkowo można zajrzeć w kilka bardzo ciekawych zaułków. Nie mieliśmy szczegółowego planu na zwiedzanie, naszym celem był spacer i relaks.

Wysiedliśmy przy samej Filharmonii, której budynek zachwyca. Jest majestatyczny i czuć, że historia odcisnęła na nim swoje ręce. Tuż obok znajduje się sporo drzew, które w lutym może i wyglądają smutno to jednak myślę, że w miesiącach wiosennych i letnich ożywiają ulicę. Z przyjemnością spacerowaliśmy obok Synagogi Brodzkiej, Muzeum Puszkina czy Odeskiego Muzeum Sztuki Wschodu i Zachodu, jednak miałam wrażenie, że miasto jest podupadłe. Myślę, że pora roku mogła wiele odebrać z urody temu miejscu i słoneczny dzień niewiele pomógł.

Następnie skierowaliśmy się w stronę schodów Potiomkinowskich oraz statuy gubernatora generalnego, księcia Richelieu. Widać z tego miejsca port w Odessie, ale jednocześnie za nami znajdowała się typowo turystyczna dzielnica tego miasta. Kramików z wszelakiego rodzaju bibelotami, pierdółkami, magnesami i mydłami nie było końca. Cały wystawiony towar był kolorowy, intensywnie i mocno rzucał się w oczy. Pozostało nam nic innego, jak zmierzać w kierunku pomnika Katarzyny II i szukania miejsca na jakieś śniadanie. Marzyła nam się kawa i dobre pikle albo ukraińskie kiszonki. Może bliny lub pielmieni, a wydarzyło się coś zupełnie innego. Wstąpiliśmy do niewielkiej knajpki, która była ciemna w środku i jeszcze pusta. Była to knajpka rybacka https://www.instagram.com/fish_quiche/ (Переулок Маяковского 1, 65000 Odessa), w której Pani zaproponowała nam wyborną, pieczoną paprykę z białym serem oraz kisz rybny. W zasadzie jest to miejsce do przycupnięcia, więc pojawiły się i bułeczki drożdżowe, i inne smakołyki, lecz zamiast kawy zaproponowano nam chrzanówkę. Cóż było zrobić, nie odmówiliśmy, a wiedzieć Wam trzeba, że ukraińska chrzanówka do przeżycie godne królów. Wrażenia są niezapomniane i intensywne.

Spokojnym spacerem zaczęliśmy zmierzać w stronę bazaru Privoz, a w między czasie mieliśmy szansę poczuć zwykłą, codzienną atmosferę tego miasta, której jednym z elementów są stare wołgi. U nas się już ich nie widuje, a trzeba przyznać, że każda jedna, która ma kilogramy rdzy na sobie przypomina o zamierzchłych czasach. Tym oto sposobem dotarliśmy na targ i działo się tam wszystko. Ludzie handlowali, sprzedawali, zachęcali do kupna poprzez spróbowanie, a że jest to miejscowość nadmorska to i surowej, i wędzonej i suszonej ryby nie mogło zabraknąć. Kto nieprzyzwyczajony to będzie kręcić nosem, ale moim zdaniem jest to bardzo lokalne i fantastyczne miejsce. Dużo tam krzyku, radości i przekupstwa. Nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła zapasu naturalnie wędzonych dymem drzewnym gruszek, bo pamiętam ten smak w barszczu ukraińskim, który zjadłam w Kijowie i tam też po raz pierwszy w te gruszki się zaopatrzyłam. Pachną cudownie i wyglądają, jak najdroższe kamienie szlachetne. Są nieco lepkie, czarne i dodają charakteru każdej potrawie. Cudo! Ponadto, kiszonki, które tam były powystawiane przyprawiały o zawrót głowy. Kiszone ogórki (złoto, nie ogórki), kapusta, buraki, arbuzy, jabłka i wszystkie inne możliwe owoce i warzywa pachniały pięknie. Toteż wyszłam z woreczkiem, w którym miałam kiszone, zielone pomidory, kiszone ogórki oraz kiszoną kapustę. Podjadałam to po drodze w stronę Morza Czarnego, a moi współtowarzysze za bardzo nie rozumieli mojej fascynacji. Ich strata.

Skierowaliśmy się w stronę żółtego kamienia po drodze mogąc podziwiać starą kolejkę, która ostała się po radzieckim ustroju. Kiedyś była pewnie sukcesem ówczesnej władzy, a obecnie straszy i nie zachęca. Tak czy inaczej, działa i można poczuć nadmorski klimat ubiegłego ustroju politycznego. Z tego punktu spokojnym marszem skierowaliśmy się ku wodzie, a następnie idąc brzegiem w stronę centrum. Sympatyczne było to, że mieszkańcy wyszli na spacer, część z nich spijała kawy w pobliskich kawiarniach, a nawet znalazł się poszukiwacz skarbów. Słońce lekko grzało, cisza i spokój.

I od tego momentu zaczęliśmy patrzeć na zegarki, bo czasu do odlotu było może ok. 2 godzin, a po takim swawolnym zwiedzaniu mieliśmy ochotę jeszcze na obiad. I ciastko. Trafiliśmy do restauracji Kachka (Lidersivs'kyi Blvd, 17, Odessa). Była to przytulna knajpka, której wystrój był typowo ukraiński. Bardzo miła obsługa i przyjemne zapachy. To nam wystarczyło do zamówienia dwóch rodzajów pielmieni, pielmieni zapiekanych w kociołku oraz herbaty i kawy. I była to chwila, w której się zorientowaliśmy, że czasu mamy jednak nie za wiele, więc na hurra zamawialiśmy bolta i braliśmy ciasto na wynos. Zdążyliśmy na lotnisko i w poczekalni zajadaliśmy się genialnym miodownikiem oraz drugim ciastem z kremem. Cóż począć, 8 godzin to niewiele na poznanie od podszewki danego miejsca, ale daje możliwość odświeżenia, a zmiana środowiska od czasu do czasu jest potrzebna.