Weekend na Ukrainie – atrakcje Lwowa cz. 2

Lwów to miasto, w którym celebruje się kolejne filiżanki kawy, słodkiej czekolady, ale nie herbaty. To miejsce, które należy poczuć i wtopić się, jak w zaczarowaną krainę. Bardzo ciężko jest je opisać, ale bardzo łatwo można wsiąknąć w stare uliczki i doznać swojskiego klimatu. Odkrywanie Lwowa to także odkrywanie samego siebie, gdy tylko się zgubimy w mniejszych uliczkach i drobnych zaułkach.

Jeden z piękniejszych budynków, który z zewnątrz wygląda bardzo reprezentatywnie, natomiast w środku urzeka i zachwyca. Mowa o Lwowskim Narodowym Akademickim Teatrze Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej. Bilety na spektakle wydają się wręcz śmiesznie tanie i uważam, że nie trzeba koniecznie rezerwować ich poprzez stronę internetową ). Najtańsze bilety zaczynają się już od kilku złotych (ok. 7 zł/1 os.), a miejsca, co oczywiste, są usytuowane po samych bokach. Nie, sceny nie widać. Czasami jej nie widać, nawet jeśli zacznie się wychylać z balkonu, ale… Jeśli to nie jest oblegany spektakl to się nie martw i zastosuj strategię Ukraińców. W trakcie lub na pierwszej przerwie umiejętnie zmień miejsce i ciesz się tym, co zobaczysz.

My wybraliśmy się na „Natałkę Połtawkę”, czyli operę w 3 aktach będącą sztuką teatralną Iwana Kotlarewskiego. Nasz wybór padł akurat na Natałkę z tego względu, że jest to opera, która „zapoczątkowała nowoczesny okres w rozwoju ukraińskiej dramaturgii”. Dlaczego? Otóż Natałka jest wiejską dziewczyną zakochaną w Petrze, sierocie, która mieszkała w domu ojca Natałki. Petra był traktowany jak parobek i w zamian za dach nad głową pracował w obejściu. Gdy miłość Petra i Natałki wychodzi na jaw, ojciec Natałki gniewa się i przepędza gdzie pieprz rośnie jej wybranka. Konsekwencją tego czynu jest podróż Petry za granice kraju, by zarobić na utrzymanie siebie i swojej ukochanej. Wkrótce przepada bez żadnych wieści. Po wyjeździe Petry ojciec Natałki niespodziewanie umiera, a Natałka wraz z matką, Horpyną zostają same. Cierpią biedę i zmagają się z trudami dnia codziennego w okolicach Połtawy. Natałka ma wielu adoratorów w tym czasie, gdyż jest piękna, powabna i inteligentna, a także rozważna. W jej życiu pojawia się nagle woźny Teterwakowski, który jest bardzo majętnym człowiekiem i próbuje nakłonić główną bohaterkę na zamążpójście. Natałka początkowo odmawia, lecz mimo tęsknoty za Petrą, jej nadzieja na powtórne spotkanie miłości jej życia bezpowrotnie gaśnie. Mimo tego, że Natałka wytrwale czeka i wygląda swojego ukochanego, dopiero pod ciężarem łez swojej matki godzi się na ślub z Teterwakowskim. Po oficjalnych, wszem i wobec ogłoszonych zaręczynach niespodziewanie, prawie znikąd pojawia się Petro. Dochodzi do ogromnych komplikacji, a Teterwakowski grozi Natałce nawet sądem i więzieniem, jeśli ta nie dotrzyma obietnicy ślubu. W związku z zaistniałą sytuacją Petro chce oddać wszystkie swoje zarobione pieniądze Natałce, by była szczęśliwa. Jednakże dziewczyna odtrąca jego propozycję i informuje, że jej nieszczęścia nie pokryją żadne pieniądze, a ponadto prędzej umrze, niż wyjdzie za woźnego. Teterwakowski dziwi się, lecz akceptuje odmowę narzeczonej. Życzy szczęścia Natałce i Petro na nowej, szczęśliwej drodze życia.

I choć sama opera była ujmująca to jednak wnętrze budynku wywarło na mnie ogromne wrażenie. Ogromna przestrzeń ze wspaniałą akustyką to duży atut. Ponadto, bogato zdobione balkony to jeden z filarów opery lwowskiej, lecz nic nie przykuło tak mojej uwagi, jak żyrandol. Ogromny, piękny, bogato zdobiony, mieniący się w każdej sekundzie. Widok nie do opisania! Rewelacyjna gra świateł i cieni przez bardzo dobre oświetlenie. Dodatkowo, po każdym spektaklu można się rozejrzeć tu i ówdzie, jednak spotkało nas małe rozczarowanie. Otóż bardzo szybko budynek opery został zamknięty, a wszyscy goście wyproszeni w bardzo delikatny, acz zrozumiały sposób: zostały zgaszone światła. I wydawać by się mogło, że do opery należy przyjść ubranym bardzo elegancko. Tak powinno być, ale niektórzy mieli na sobie luźne spodnie, koszulki, często przewijały się charakterystyczne koszule ze wzorami ukraińskimi damskie i męskie. Owszem, były też Panie ubrane w suknie balowe i to na nie najprzyjemniej się patrzyło.

Lwów jest miastem nostalgicznym, a to chociażby przez pchle targi. Jeden w większych znajduje się przy ulicach Teatralnej i Lesi Ukrainky, inny przy ulicy Pidvalna. Znajdziemy tam stare płyty, książki, biżuterię z kamieniami szlachetnymi, hełmy, chusty, komiksy, zegary i zegarki, i wszystko to, czego się spodziewamy i nie spodziewamy na takim targu. Dosyć osobliwe są również lwowskie podwórka, przy czym to najbardziej znane to podwórko zabawek. Pluszowe miśki, psy, koty, plastikowe lalki tworzą coś na wzór przerażającego otoczenia, które w zasadzie odpycha, a nie przyciąga. Jest tak nietypowe, że w zasadzie każdy szuka tego podwórka. Jest ono nieogrodzone, a na samej ziemi leży pluszowy pies, który wita nas od progu. Niektóre zabawki są umyślnie porozrzucane, inne celowo poustawiane. Łączy je – moim zdaniem – osamotnienie i brud. Dla mnie był to smutny widok, lecz jest to miejsce zostawiania sobie wiadomości przez nastolatków, np. na lustrze. Inne podwórka są już przyjemniejsze w odbiorze, czasami można napotkać porozwieszane obrazy wśród pnących się winorośli.

Należy wspomnieć o Cmentarzu Łyczakowskim. To tutaj spoczywa wielu Polaków i jest to pewnego rodzaju wystawa sztuki sakralnej. Wiele z obecnych tutaj grobów bądź sarkofagów jest bogato zdobiona, a przy nich stoją rzeźby. Na pomniki z Cmentarza Łyczakowskiego można patrzeć godzinami, ponieważ ich autorzy zadbali o najdrobniejsze szczegóły. I można dostrzec pięknie ułożone włosy, falujące tkaniny i emocje na postaciach, które otulają kamienne płyty. Momentami postaci wydają się wręcz żywe i przypadkowo zastygły przy grobach. Bardzo często upływający czas zatarł napisy na nagrobkach, ale co jakiś czas można odnaleźć groby, które są odrestaurowywane, m.in. przy współpracy z polskim Ministerstwem Kultury. Bardzo często jeden nagrobek przechowuje w sobie historię rodu i pochowanych jest tam kilka osób, a daty narodzin sięgają XIX wieku. Na cmentarzu Łyczakowskim spoczywa polski Lwów. Naprzeciwko głównego wejścia usytuowano kilka grobowców znanych rodzin lwowskich, a w tym Baczewskich oraz Morawskich. Pochowany jest tutaj prezydent miasta Michał Michalski, prof. Piotr Chmielowski, twórca polskiej terminologii gimnastycznej oraz współtwórca programu i systemu sokolego, Antoni Maciej Durski. W oddali, po lewej stronie można odnaleźć autorkę m.in. „O Janku Wędrowniczku”, „Co słonko widziało”, „Dym” czy też „Nasza szkapa”, czyli Marię Konopnicką. Popiersie nagrobne wykonała Luna Drexlerówna, a na cokole Marysi wyryto fragment wiersza „Na cmentarzu”:

„(…) Proście wy Boga o takie mogiły,
Które łez nie chcą, ni skarg, ni żałości,
Lecz dają sercom moc czynu, zdrój siły
Na dzień przyszłości (…)”

I choć cmentarzy nie traktuję, jak punktów turystycznych tak miło było mi podejść do grobu Marysi i pomyśleć, że w dzieciństwie to właśnie jej utwory artystyczne czytałam. O grobach żołnierzy celowo nie wspominam.

Lwów to miasto, w którym usytuowany jest również pomnik Adama Mickiewicza (za którym osobiście nie przepadam), mnóstwo kościołów, cerkwi z interesującymi zdobieniami, a także kamienica wenecka.

Proponuję Ci, abyś we Lwowie znalazł/ła swoje ulubione miejsce na kawę, swój ulubiony budynek, byś się tam zgubił/ła i krążył/ła wokół, bo jest to miasto, w którym można kilkakrotnie odnaleźć coś zupełnie innego w tym samym miejscu.