Weekend na Ukrainie: atrakcje Lwowa cz. 1

Miasto z historią i duszą. Miasto, które ma w sobie sporo polskiej historii, która do dnia dzisiejszego jest widoczna na ulicach pod postacią starych napisów. Sami byliśmy zaskoczeni, że ciekawie i miło można spędzić w nim aż trzy dni. Trzy dni zwiedzania, podziwiania, odkrywania zaskakujących zakątków oraz jedzenia. To zaczynamy!

Lwów to przede wszystkim stare miasto, w którym nie można się nudzić. W 1998 roku starówka we Lwowie została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO ze względu na wybite połączenie artystycznych i architektonicznych tradycji Europy środkowo-wschodniej. W samym centrum znajduje się malowniczy rynek z odrestaurowanymi kamienicami oraz lwowską radą miejską. Już przy samym rynku znajduje się kopalnia kawy, w której można zobaczyć, w jaki sposób ziarna kawy są wypalane, ale koniecznie należy wejść w podziemia. Proponuję to zrobić w tygodniu, a nie w weekend, ponieważ są duże kolejki. Piwnica pod kopalnią kawy skrywa w sobie kawiarnię, do której można się dostać zakładając na swoją głowę kask. Jest to największa kawiarnia we Lwowie całkowicie poświęcona historii kawy we Lwowie. To Jerzy Kulczycki od roku 1683 przyniósł do tego miasta kulturę picia kawy z Wiednia. Miejsce kultowe, mocno uczęszczane, klimatyczne, ale zdecydowanie polecam je odwiedzić w tygodniu, a nie w weekend.

 

Równie znanymi są Dom Legend oraz Manufaktura Czekolady. Dom Legend to miejsce chroniące wszystkie lwowskie legendy, a na straży tego budynku stoi smok. To, co mnie najbardziej ujęło to niesamowita atmosfera panująca w obu budynkach. Na domie Legend znajduje się samochód. Dokładniej ujmując jest to trabant, który charakterystycznie się kołysze i każdy może do niego wejść. I co z tego, że jest zawieszony nad ziemią i dachem innej kamienicy? Nic z tego. Buja się w pogodę i w niepogodę. Tańczy niczym cały budynek, a ludzie, którzy odważą się i wsiądą do niego, falują razem z nim. Świetne jest to, że na samej górze są tarasy, na których można coś zjeść, wypić lokalne piwo. Za sam spacer w górę i w dół można się tam udać, bo tumult innych ludzi, podniesione głosy i gwar to wszystko to, co rekomenduje te miejsca. Z ich dachów widać coś w formie panoramy miasta, a wieczorową porą Lwów urzeka.

We Lwowie należy się przejść dzielnicą ormiańską, przy której znajduje się katedra ormiańska. Tak klimatyczna, tak wyciszająca i tak niepasująca do wszędobylskiego hałasu, że to aż niemożliwe. Miejsce to jest kojące, subtelne i polecam wyczekać momentu, w którym będzie się samym. Stanąć pod ścianą i rozejrzeć się. Jak na taką katedrę ma niewiele ozdób w sobie, relikwii i blasku, ale ma w sobie ducha czasów. Warto chwilę tam posiedzieć i poczekać, aż wycieczka z turystami pójdzie w siną dal. I gdy myślę o tej katedrze od razu wspominam wizytę w gruzińskich budynkach sakralnych, które miały w sobie… Spokój. Tak. Tak wygląda, tak się czuje spokój.

I wracając do zgiełku, ale i do historii – tym razem polskiej – należy przejść się zaułkiem? Przesmykiem? To nawet ulica nie jest, a mowa o Krzywej Lipie. Miejscu, w którym widać zadrapania na murach, które kryją w sobie polskie napisy. I tak napotkać można szewca, lakiery, a nawet ówczesną reklamę maszyn do pisania. Niby nic, ale ciekawy jest to fenomen. Co jakiś czas spacerując mniejszymi uliczkami można też napotkać starsze panie, które dziergają. I tak tworzą serwety i serwetki, obrusy, nakrycia stołków i taboretów. Niechcący, za każdym razem przykuwają mój wzrok. W przeciwieństwie do tych na miejscowym rynku nie nagabują i nie wciskają. Raczej to Ty musisz wyrazić zainteresowanie ich pracą. A na ryneczku? A tak to dzieje się wszystko! Koszulki we wzory są ukraińskie, ale nie tylko te wyszywane, ale i produkowane masowo. Korale i koraliki. Obrazy, a obok nich pierścionki i pierścienie. Buty z owcy, drewniane ozdóbki. I ogromne uczucia do wodza z Moskwy. Bo i papier toaletowy się znajdzie. I wycieraczka do butów. I jest to niejako smutne, bo to, co stało się z Krymem, gdy cały świat patrzył na to przez palce, jest ciągle żywe. W pamięci i w przekonaniach, więc naczelny zza granicy z Białorusią nie jest lubiany, a jest to łagodne określenie. I takie artefakty wtapiają się w ogólną prezencję ryneczku.

I jeśli sił i czasu Ci nie zabraknie to idź na dworzec główny we Lwowie. Miał być szałowy, ale moim zdaniem nieco mu brakuje. Jednakże, atmosfera, która tam panuje jest wręcz rozbrajająca. Ludzie się przepychają, pchają, niosą dzieci, torby i jedzenie. Tumult i chaos, w którym panuje nikły porządek. To tutaj zaczyna się Ukraina nieudawana, a wokół napotkać można samych przyjezdnych. Rzut beretem, bo jakieś 10 minut marszu z dworca głównego znajduje się kościół św. Elżbiety. I choć jest przestronny i nieco pusty to warto zapłacić panu po lewej stronie przy schodach 10 hrywien by wspiąć się na wieżę. I choć schody trzeszczą, trzęsą się, okręcają w kółko kilkanaście razy, co powoduje lekką dezorientację to na samej górze wieży jest… Prawie bajka. Widać z niej dworzec główny, na którym ludzie mieszają się jak mrówki i to właśnie tutaj można zaobserwować porządek w chaosie. Taras widokowy na wieży dostępny jest w całej swojej okazałości i można podziwiać również te mniej popularne zakątki Lwowa.

I skoro mowa o panoramie to należy udać się na Kopiec Unii Lubelskiej. Droga jest przyjemna, wiodą na szczyt setki schodów, ale dla widoku Lwowa warto się tam wybrać. Nie mniej, zawiodłam się w trakcie drogi, choć nie wiem czy jest to dobre określenie. Raczej dostałam obuchem w łeb. Zrobiło mi się przykro. Nawet bardzo, bo nie spodziewałam się, że szajs w postaci polskiego disco polo będzie grał wrednie i nachalnie z mijanego w pobliżu kiosku, który sprzedawał wodę, kawę, herbatę i słodycze z całym dziadowskim badziewiem. Nie, to nie było śmieszne. To było straszne. Z samego kopca ukazuje się panorama Lwowa i dopiero wtedy widać, jak wielkie jest to miasto. W upalny dzień warto się tam pojawić, by wiatr mógł delikatnie potargać włosy. By popatrzeć z dumą na flagę Ukrainy – naszego sąsiada. By wystawić buzię i na słońce, i pomyśleć – dobrze, że tu jestem.