Weekend na Ukrainie: przewodnik kulinarny po Lwowie!

Lwów to nie tylko atrakcje, zabytki, dziwne, ale i urokliwe miejsca. Lwów położony jest na Ukrainie, a to oznacza, że jest tam po prostu taniej. Jeśli jest taniej to i taki zwykły student zajść może do najlepszej, lwowskiej restauracji!
Poniżej nasze małe odkrycia, które zachwyciły nas i porwały, ale dwa miejsca to istne petardy!

Cabinet

Zakochałam się. Przepadłam, jak kamień w wodę. Odleciałam do baśniowej krainy, w której nie ma dnia codziennego, a rzeczywistość delikatnie, acz zdecydowanie odchodzi w zapomnienie. Tak cudownego miejsca z tak wspaniałą, magiczną atmosferą jeszcze nie widziałam, a… Może nie widziałam w ogóle? Z zewnątrz wygląda lekko zachęcająco, ponieważ przed kawiarnią postawionych jest kilka kwiatów. Wejście do przeniesienie do innego świata, ale dwa światy oddzielone są od siebie ciężką kotarą. W środku panuje atmosfera podekscytowania, ale jest też romantycznie. Zamawiamy dwa ciastka i kawy. Kawy nie wyróżniają się niczym szczególnym. Ot, cappuccino z dobrze spienionym mlekiem. Moje ciastko ma smak pistacjowy, ale też mam wrażenie, że forma przerosła treść. Jest nabite, strasznie są namieszane w nim smaki, ale o dziwo to wszystko ze sobą współgra. Problem jest inny – wszystko pachnie sztucznie i nie wiem, kiedy ostatni raz to ciastko widziało coś naturalnego. Coś prawdziwego i nieudziwnionego. Z drugim ciastkiem jest podobnie, bo ile pachnie i smakuje orzechami to orzechów mogło nie widzieć. I to nas nie porywa, ale z ciekawości zaglądamy do małych, ukrytych komnat. Pani kelnerka z czystą sympatią pokazuje nam wszystkie zakamarki, a są dwa i to całkiem pokaźne. Dwa prywatne pokoje, które można wynająć. W welurze, w ciepłych kolorach, urzekające. Wszystkiego dopełnia baśniowa muzyka, a soundtrack z Harrego Pottera – wierzcie mi – nie jest tylko dla dzieci. Szmer papug to wisienka na torcie i wcale klatki z ptakami nie są passé. To jest PE-TAR-DA!

Vynnychenko 12
fb: https://www.facebook.com/cabinet.lviv/

Hinkalya

Kochamy Gruzinów, ich góry, ale za jedzeniem w Gruzji przepadliśmy! Pachnące chinkali, chaczapuri, pchali, charczo, liobo… Gruzja pachnie kolendrą, a na talerzach leży wszystko to, co Gruzini mają najlepsze. Tak przynajmniej było w tym pięknym kraju. We Lwowie można znaleźć Chinkalnię, a w zasadzie dwie lokalizacje. Na pewno nie jest to to samo, co w kaukaskiej krainie, ale na przekąskę w ciągu dnia wystarczy. Chinkali nie porywają, jest mało zupy w środku, ale były chęci aby zachować w nich smak. Odżachuri zachwyca intensywnością smaków, zapachem. Całość jest bardzo dobrze doprawiona i nie brakuje tam pieprzu. Ziemniaki nie są rozpadające się, mięso jest mięciutkie, a papryka idealnie współgra z resztą. Duży minus za podanie dania z natką pietruszki, a nie z kolendrą… Lepsze chinkali jedliśmy przy samym rynku w International Varenyky Fund, w których było więcej rosołu i były bardziej aromatyczne. Pielmieni miały doskonałe ciasto, ale nadzienia było bardzo malutko, było bez smaku i wyrazu (Plac Katedralny 3).

fb: https://www.facebook.com/khinkalnya
www: http://www.hinkalnya.com.ua/

Hendelyk Craft Beer Bar

Na piwo po drodze w trakcie zwiedzania? Żaden problem. Nieco na uboczu, ale nadal w centrum i nie tak głośne miejsce, jak Teatr Piwa umieszczony na samym rynku. Do tego urządzone w unikatowym steampunk’owym stylu. Na kijach przynajmniej 10 kraftowych piw z okolicy albo z szerszej części Ukrainy. Piwo jagodowe to coś wspaniałego. Nie jest słodkie, ale orzeźwiające, a jagody są mocno wyczuwalne! Do tego piwo zielone, czyli takie, które jest kwaśne? Orzeźwiające? Po prostu inne, ale na duży upał nada się idealnie. Mnóstwo piw ciężkich, a w moją pamięć zapadają piwa: ryżowe, miodowe. Najlepiej wziąć set 8 piw po 200 ml i we dwie osoby spróbować po trochu każdego. Do tego przekąski i ser w panierce, który jest świetny! Jeśli znajdziecie w menu ser w panierce smażony na tłuszczu to weźcie jedną porcję – jest doskonały i do piwa nadaje się idealnie. Wygląda jak totalny bałagan na talerzu, ale jego słoność idealnie komponuje się z chmielem.

Virmens’ka 2
fb: https://www.facebook.com/HendelykBeerCraft/

Śniadania w Baczewskim

Okupione sławą i wdziękiem. Płacimy na wejściu 120 hrywien za jedną osobę (ok. 16.50 zł) i jemy śniadanie w cudownym miejscu. To tutaj na żywo słuchamy muzyki, którą wygrywa dla nas pianista, a papugi mu wtórują. Jest zielono, całość jest obsadzona kwiatami i zacisznie mimo wszędobylskiego gwaru. Do wyboru są różności. Jajecznica? Omlet? Naleśniki? Żaden problem! Choć jajecznica okazała się w zasadzie jajkami sadzonymi, które od spodu były przypalone. Sałatki, pieczywo, wszelkiego rodzaju pasty a do tego do wyboru napoje: albo kawa albo herbata oraz kieliszek szampana albo kieliszek wódki. Baczewskiej, oczywiście. My zdecydowaliśmy się na kieliszki z szampanem, ale – tak między nami – to był szampan z dna butelki, z dna kotła, a może i nawet z pobliskiego spożywczaka. Myślę, że wódka w tym wypadku mogłaby być lepszym wyborem (to przecież normalne, przecież śniadanko musi się przegryźć…). Można jeszcze podejść i spróbować naleśników z serem, z czekoladą i to właśnie je proponuję wybrać na deser, ponieważ ciasta/ciastka podawane w Baczewskim na śniadaniu nie zachwycają.

Nie zachwyca nas również nasz rodak, a ciężko o tym nie napisać. Zachlany, śmierdzący, bełkoczący bzdury, który na koniec puentuje takim oto zdaniem w stronę swojej żony: „Kochanie, jak mi powiedziałaś, że tu dają kieliszek szampana do śniadania to nie było opcji, żebyśmy nie przyszli!”. Nóż się w ręku otwiera, a Pani żona robi się czerwona, jak burak (chociaż buraki, jako warzywa kocham). Chłopie, mam nadzieję, że kiedyś to zobaczysz, przeczytasz i może poczujesz wstyd. Jeśli nie wytrzeźwiałeś to nie idź do tak pięknego miejsca i nie psuj atmosfery. Po prostu.

Warto przyjść wcześniej, np. ok. 8 rano, ponieważ później możecie postać w kolejkach.

Shevska 8
www: http://kumpelgroup.com/pl/restauracje/restauracja-baczewskich/
fb: https://www.facebook.com/BaczewskiRestauracja/

Chaikhana Samarkand

Zdarzyło nam się już gotować pilaw z prawdziwego zdarzenia, a to dlatego, że nasza znajoma pochodzi z Uzbekistanu. Pilaw był na baraninie z tak cudownymi przyprawami, że od samego wspomnienia w tej chwili się rozpływam. Był idealny, więc gdy zobaczyliśmy, że na mapie Lwowa widnieje nazwa Samarkand, a w dodatku można tam coś zjeść to od razu tam polecieliśmy. I przyznam, że był to jeden z głównych punktów wycieczki. Nieco schowana restauracja, ponieważ jej drzwi nie są ustawione od głównej drogi, a z boku i to na dole, bo trzeba nieco zejść po schodach. Po prawej stronie jest sala stylizowana na uzbecki wygląd z kolorowymi kloszami, a na ścianach namalowany jest meczet oraz mauzolea samarkandzkie. Można również wyjść na górę, gdzie jest nieco przewiewniej, a na ścianach pozawieszane są wyszywane tkaniny. Na przywitanie (to jest zestawienie z trzech dni) zamawiamy zupy: shurpa, mastava, lagman. Dwie pierwsze z nich to istna poezja. Pikantne, gotowane na baranim mięsie i kościach z ogromną dobrocią w środku. Pachną świeżo roztartym pieprzem, kuminem, są dosolone i zbalansowane warzywami. Do nich domawiamy po poleceniu przez Panią kelnerkę chlebki. Co ciekawe, wypiekane w specjalnym piecu, ale w środku znajdują się orzechy włoskie. Jakie to jest dobre! Tutaj przepadłam po raz pierwszy. Pilaw samarkandzki podawany z ciecierzycą, mięciutką baraniną, marchewką, ryżem, który jest nierozgotowany i czosnkiem, którego mi mało powala na kolana. Pachnie intensywnie i wręcz uzależnia. W tym daniu wszystko było doskonałe, ale jeden ząbek czosnku na porcję to zdecydowanie za mało. Nie pogardziłabym całą główką! I tutaj przepadłam po raz drugi, a trzeba przyznać, że najedzeni byliśmy już po kokardy… Lavash, jako przekąska to coś, do czego trzeba zamówić piwo. My wybraliśmy lwowskie piwo niefiltrowane i właśnie to Wam polecamy. Lavash sam w sobie ma słonawy ser oraz pomidory. Obsypany kolendrą jest jak małe uniesienie. Niby taka kanapka na ciepło, ale zachwyca! Lagmany też są dobre, ale to nie jest jednak to, co my lubimy. Czegoś w nich zabrakło.

Trzeciego dnia przyszliśmy się najeść na zapas, zupełnie jak w Gruzji. Powiedzieliśmy, że w nocy już wylatujemy, więc i pilaw, i lavash były obowiązkowe. Na „do widzenia” zamówiłam jeden kawałek baklavy, ponieważ wyglądał bardzo zachęcająco. Dostaliśmy od restauracji po jednym w gratisie. Przepadłam absolutnie. Czegoś tak orzechowego, tak słodkiego i dobrego jeszcze nie jadłam (słodkie i za słodkie rzeczy już próbowałam, ale z reguły je odkładałam po jednym kęsie). Zbita, mokra, bardzo intensywna w smaku. My stamtąd nie wychodziliśmy. My się toczyliśmy. Szczerze polecam, bo była to nasza druga PE-TAR-DA!

p.s. Jeśli Was zapytają to zawsze wybierajcie kolendrę. Nie pietruszkę, nie bazylię. Kolendrę.

Pekarska 28
menu: https://chaykhana-samarkand.jimdo.com/%D0%BC%D0%B5%D0%BD%D1%8E/

Lewy Brzeg przy Operze Lwowskiej

Rzeka, której nie ma. Płynęła przez Lwów, ale zniknęła, ale pojawiło się miejsce. Lewy Brzeg. Lokal w piwnicy Opery Lwowskiej z prawej strony budynku patrząc od frontu. W środku spacerujemy kładkami i możemy podziwiać zdjęcia rzeki Pełtew. W środku światło jest przygaszone, a od wejścia widzimy, że w akwariach pływają raki. Nie krewetki, mule, homary, a też nasze – raki, które wracają powoli do łask i co jakiś czas można znaleźć w menu restauracyjnych szyjki rakowe, zupy. Kelnerzy są przebrani i m.in. dzięki nim przenosimy się do ubiegłego wieku. Miejsce warte odwiedzenia chociażby dla wypicia samej kawy. My trafiliśmy przypadkiem i polecamy.

Svobody Ave 28

Drunken Cherry

Kolejka za dnia, kolejka w nocy, o wschodzie i o zachodzie słońca. Gdzie? Na rynku. Za czym? Za wiśniówką w Drunken Cherry. Wszyscy kupują wiśniówkę na kieliszki, ochroniarze pilnują, aby kieliszków nie wynosić. Można powiedzieć, że jest to jakaś forma spędzania czasu, ale i urozmaicenia podczas spacerowania. Bo któż odmówiłby sobie solidnego kielicha słodkiej wiśnióweczki z wiśniami na przegryzkę? No kto? A jak Wam będzie mało to można sobie nawet i butelkę kupić! A co!

Pl. Rynok 11
www: http://www.fest.lviv.ua/uk/restaurants/PyanaVyshnya/

Śniadania

Tutaj prócz Baczewskich nie polecę nic szczególnego. Idź i popatrz, gdzie siedzą lokalni mieszkańcy, dosiądź się i zjedz. Ta metoda działa zawsze.

Ponadto

Jest też Kopalnia Kawy, Lampa Naftowa, Pracownia Czekolady oraz Dom Legend, lecz te miejsca potraktowaliśmy jak atrakcje turystyczne, a nie jadalnie.

Lwów można zjeść, można przepaść w kilku miejscach. Mieliśmy jeszcze zaznaczone inne punkty na mapie, ale Chaikhana Samarkand nas tak zachwyciła, że wracaliśmy tam trzy dni z rzędu. Może następnym razem spróbujemy innych smaków? Chociaż z pewnością, jako do pierwszego miejsca pójdę do Samarkandy.

p.s. To nie znaczy, że nie próbowaliśmy pierogów, tj. pielmieni czy wareników, ale nie znaleźliśmy miejsca, które szczerze moglibyśmy polecić.