Trolltunga – wymagający Język Trolla.

Nie od dziś wiadomo, że do Norwegii nie lata się po zakupy, jak do Mediolanu czy Paryża. To jest właśnie ten kraj, w którym butelka wody kosztuje ok. 20 zł, a w zasadzie przeciętnego studenta nie stać na obiad w restauracji. I nie tylko norweskie standardy mam na myśli.

Jednakże Norwegia to dzikość, piękno i zapierające dech w piersiach widoki. Byliśmy tam dwa lata temu w Sandnes, rok temu wspinaliśmy się na Preikestolen i Kjerag w towarzystwie dzikich owiec. W tym roku również, przez przypadek pojawiły się tanie bilety do Norwegii – do Bergen. Spędziliśmy tam całe trzy dni. Cel od początku w ogóle nie był jasny, ale jak to bywa podczas uprawiania kombinatoryki stosowanej – padło na Trolltungę. Czy kolejny raz kupiłabym bilety do Norwegii nawet bez planu działania? Oczywiście, że tak. Mogłabym nie mieć nic na koncie, a wręcz nawet ujemną kwotę, ale coś byśmy wykombinowali. Wiesz dlaczego? Dlatego, że jest to dotąd jedyne miejsce, do którego chcę wracać. Taki mały wycinek Europy, który pogodą nie zachęca, a ceny w sklepach zbijają z pantałyku nie chce mnie odstraszyć. Dzisiaj to napiszę wszem i wobec – zakochałam się w Norwegii. Do bólu, który wybija swoje piętno na mnie przez noszenie plecaka z namiotem, śpiworem i materacem, czasami zmęczeniem i gryzącym potem, ale tam jest pięknie! I za tę piękność, cudowność ja kocham Norwegię. Może być zimniej, cieplej, może mi padać na głowę nawet śnieg, ale ja tam będę wracać, więc wróć ze mną i Ty.

Zakup biletów to w tej chwili wyczyn nie jest – wchodzisz na stronę przewoźnika lub pośrednika, kupujesz za małe pieniądze, a później przenosisz się do innego świata. Tym razem pierwsze wyzwanie polegało na odnalezieniu butli z gazem, pozostawionej przez forumowicza fly4free nieopodal lotniska. Przekopując się przez chwasty pozwoliliśmy sobie użyczyć jednej butli, która miała nam gwarantować kaszę, makaron i sos z paczki w formie zjadliwej (z tego, co mi wiadomo to w reklamówce nadal znajdują się nadużyte butle z gazem naprzeciwko lotniska, więc gdybyś potrzebował to korzystaj i informuj o tym innych). Po krótkiej chwili euforii i zadowolenia – bo przecież przebiegłymi lisami byliśmy! – okazało się, że mnie się zagubił marker do pisania nazw miejscowości, do których chcieliśmy jechać, a słoneczko, które ze sobą zabraliśmy ni w ząb nie chciało tańczyć namiętnej salsy ze zdobyczną butlą z gazem…

Mieliśmy to szczęście, że pod pachę zabraliśmy ze sobą dwóch znajomych, którzy nauczyli się spać razem pod namiotem, ale ta historia pojawi się za chwilę. Mieli oni również zapasowy marker, który stał się naszym oczkiem w głowie i rzeczą, która pozwoli nam przetrwać. Pierwszy autostop to przystanek pod sklepem sportowym, w którym nabyliśmy odpowiednią nakładkę do butli z gazem za 200 koron norweskich. Z mapą, którą niecnie, podstępnie i w biały dzień zabraliśmy z punktu informacji na lotnisku, ruszyliśmy w stronę Trolltungi. Nasza trasa prowadziła z lotniska, usilnie chcieliśmy ominąć Bergen. Zamiar był, aby pokonać Tysse, przebić się promem do Jondal, skierować się na Oddę, następnie Tyssedal by tam rozpocząć wędrówkę najsłynniejszymi schodami w Norwegii na Język Trolla. Plan wydawał się łatwy i niewymuszony. Zaskoczył nas niesamowicie, gdy po 10 minutach łapania autostopa w okolicach Tysse zatrzymał się przed naszymi nosami samochód – Tesla Model 5. Zdziwienie było ogromne, gdyż zawsze, gdy próbujemy złapać kogoś, kto podaruje nam kilka kilometrów i trochę benzyny to spotykamy ludzi, którzy mają średniej, przeciętnej lub złej klasy samochody, które klimatyzację posiadają w formie dziur od rdzy. 

- Łukasz, on się dla nas zatrzymał?
- Nie wiem? (auto stoi, czeka…)
- Może podejdź?
- A może Ty podejdź? 

W końcu to mężczyzna okazał się głównodowodzącym po chwili zwątpienia. Okazało się, że oto natrafiła się okazja na poznanie mężczyzny ok. 35 lat, który z chęcią nas podrzuci do kolejnego miasta. Skóra, pełna elektronika, wszechwładny luksus w samochodzie i normalny człowiek za kierownicą. Do tej pory zdarzyła nam się tylko raz taka sytuacja. Z uśmiechem na twarzy pożegnaliśmy się, życzyliśmy mu dużo wytrwałości, bo właśnie urodziła mu się córeczka. Oczywiście – jak to w Norwegii bywa – autostop to nie problem, a jego jakość to mercedesy, samochody elektryczne, więc oto w ten sposób dotarliśmy na prom do Jondal. Nie było ciepło. Mówiąc wprost – było chłodno, z nieba siąpił deszcz, a słońce nie chciało nas uraczyć swoim towarzystwem.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zostałam zaszczycona obecnością rasowego Klakiera, który był niezwykle interesującym stworzeniem z własnymi poglądami na świat. Na promie od razu dopadliśmy do naszych zapasów żywieniowych, młócąc je naszymi żuwaczkami z namiętnością. I to był ten moment, w którym obca kobieta, na oko pięćdziesięcioparoletnia, przerwała mi moją małą radość. Zapytała, co ja tu robię? Jak to co? Chcę się dostać na Trolltungę! Odpowiedziałam żywo, ale i z pewną podejrzliwością. A przez Oddę? Tak, przez Oddę. Na co słyszę, że to wspaniale, że przez Oddę! Świetnie! Dlaczego? Bo ona i jej współtowarzysze z autobusu widzieli nas podczas stopowania, zobaczyli, że wchodzimy na prom, więc mogą nas zabrać. I ona tu, w tej chwili serdecznie nas zaprasza do autobusu, w którym wygodnie sobie usiądziemy, ogrzejemy się i dojedziemy z nimi do Oddy. Oczywiście, że skorzystaliśmy z takiej oferty! Zdarzyła nam się niczym spadająca gwiazda z nieba na początku września w pochmurny dzień. Wsiedliśmy do autobusu, w którym leniwie siedziało ok. 20 osób przynajmniej dwa razy starszych od nas. Z uśmiechami na twarzy nas przywitali i to by było tyle. Zostaliśmy zapewnieni, że za nic nie płacimy i przez tę chwilę z nimi pozostaje nam relaksowanie się. Oczywiście skończyło się na drzemce, po uprzednim przywitaniu nas przez kierowcę: „Welcome new people on board! Fasten your seat belts, please.” I pojechaliśmy. Rozstaliśmy się w Oddzie, po czym skierowaliśmy się w stronę Tyssedal. Odbiliśmy na drogę prowadzącą na szlak na Język Trolla. Powoli zaczynało zmierzchać, więc nie pozostało nam nic innego, jak rozbić namiot. Znaleźliśmy zatoczkę przy drodze, którą wykorzystaliśmy jaką małą polanę – z jednej strony droga, z drugiej przepaść. Miejsce przez nas całkowicie zaakceptowane, na którym rozłożyliśmy nasz ekwipunek. Nasz dzień zaliczyliśmy do udanych, bo jakby nie patrzeć, przejechaliśmy lwią część dystansu.

Naszym współtowarzyszom poszło znacznie gorzej, a i rycerskie morale spadły do minimum. Udało im się przejechać jedynie ok. 1/3 trasy, co nie zapowiadało szczęśliwego końca. Postanowili rozbić namiot po czym grzecznie pójść spać bez ciepłego jedzenia, bo w końcu to my – prowodyrzy całej wyprawy, z odpowiedzialnością taszczyliśmy ze sobą butlę z gazem i garnek. Zimno było niesamowicie, co potwierdzają obie grupy tej wyprawy, ale my mamy już pewną wprawę w walce z chłodem. Pierwsze, co robimy to łączenie śpiworów. Prosta zasada, że co dwa piece to nie jeden sprawdza się w takiej sytuacji rewelacyjnie. Jest cieplej w śpiworze, nie odmarzają nam stopy, a nerki czują się jak w niebie. Ciepłe ubranie, bielizna termiczna plus czapka na głowie to podstawa sukcesu i braku anginy. Nie wiedzieli o tym nasi znajomi. Były to dwa samce alfa, które nijak nie wyobrażały sobie dzielenia ze sobą tak intymnej strefy, co jednocześnie jest zrozumiałe. Ponoć kryzys przyszedł do nich już po północy, gdy czuli, a w zasadzie nie czuli kilku części ciała. Należy te części utożsamiać z stopami, łydkami, nerkami, plecami, rękoma,… Po długiej, męskiej i honorowej walce nastał dla nich czas pojednania i postanowili oni, chowając swą dumę – każdą z osobna, połączyć swoje śpiwory. Udało im się to na 10 minut przed planowym budzikiem, więc ciepłoty nie zaznali, ale już wiedzieli jak postąpić nocy kolejnej. I tu taka mała uwaga – jest Ci zimno i źle. Masz spać w namiocie, a noc nie będzie należeć do najłaskawszych. Czy masz spać z dziewczyną, chłopakiem czy najwierniejszym towarzyszem człowieka – psem, przyjmij tego drugiego pod kołdrę, bo nic nie stracisz, a zyskasz ciepło i najprawdopodobniej uda Ci się uniknąć choroby.

Nas powitało słońce i chłodny poranek, wokół unosiła się mgła, która delikatnie rozmywała barwy otaczającego nas świata. Stąpając po naszym małym zaułku przy drodze prowadzącej na trasę w kierunku Trolltungi pod nogami pryskała rosa, która zebrała się w nocy. Powietrze było rześkie, w oddali szumiała rzeka. Ręce zmarznięte, ale chętne do pomocy. Zabraliśmy ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy, resztę porzucając w krzakach przy skałach i maskując liśćmi. Pod szlak i słynne schody podrzucili nas Polacy, których budżet był zgoła odmienny od naszego. Podróżowali po Norwegii wynajętym autem, a w planach mieli jeszcze zobaczyć Preikestolen. Po krótkim rekonesansie terenu, podjęliśmy decyzję, że nie będziemy się wspinać schodami tylko wybierzemy szlak. Z resztą drogę tę wybierali wszyscy, którzy chcieli poczuć ból nóg, zakwasy i wystawić swoją cierpliwość na prawdziwą bitwę.

Pierwsza godzina marszu nie należała do najprzyjemniejszych. Ścieżka prowadziła prawie pionowo w górę na szczyt fiordu. Była błotnista i śliska. Bardzo podchwytliwa i z przyjemnością posadziła mnie na swej drodze w błocie. Czułam, jak się ze mnie naśmiewa, ale trafiła na twardego zawodnika. Bo przecież czym jest wylądowanie własną pupą w bagnie? Iść można dalej, a, że nawet pies nie chciałby się ze mną w tym momencie witać to trudno. Innym problemem były tłumy, które z samego rana chciały atakować Język Trolla. Człowiek na człowieku, człowieka poganiał i naganiał. Mnóstwo dzieci, staruszków, osób w średnim wieku, a nawet kilka psiaków. Takie mieliśmy towarzystwo przez pierwszą godzinę z kilkoma minutami i to ten odcinek był najgorszym w dniu wspinaczki. Następnie wyszliśmy z przerzedzonego wichurami lasu na pierwsze wzniesienie – niższy fiord. Nastrój iście bajkowy, w którym nie jeden Hobbit chciałby zamieszkać. Żywa i ostra zieleń mchu, biała i niebieska woda, przezroczysta do samego dnia i zimna niczym najmroźniejszy, zimowy wiatr. W oddali migotała stacja meteorologiczna i kilka innych domków. To był moment około 40 minut spaceru po plateau po terenie grząskim i z małymi, podchwytliwymi sztuczkami w postaci ukrytych pośród bujnej trawy, bagnami. Ścieżka była przygotowana, a przyjemnością było mijanie drewnianych kładek, które po każdym położeniu stopy z mlaśnięciem oznajmiały swoją obecność. Hobbiton. W wersji norweskiej. Dlatego zimny, ale przeuroczy. I to tutaj napotkaliśmy jakże pokrzepiającą tablicę – Trolltunga „jedyne” 10 km. Co to jest? Przecież mamy cały dzień, wystarczy tam wejść, zrobić zdjęcie i zejść. Ot co.

Kolejnym krokiem było podejście pod wyższy fiord, które zajęło nam dobrą godzinę. Rozpływający się śnieg, znowu błoto, śliskie kamienie, bardzo zimny i porywisty wiatr. Sama przyjemność. To był ten moment, gdy błoto zaczęło odpadać z moich spodni, więc jednocześnie humor mi się poprawiał coraz bardziej. Drobne, pomocne gałęzie wystawiały do nas krzaki, które postanowiły zamieszkać w tych rejonach. Każde chwycenie malutkiego konara czasami pozwalało się podciągnąć i brnąć w całą podróż dalej. Po wejściu na szczyt, okazało się, że tym plateau będziemy podążać do samego końca. Krajobraz był jeszcze bardziej bajkowy. Promienie słoneczne, które odbijały się od śniegu powoli spływającego kroplami wody, oślepiały i wbijały dosyć mocno swoje szpikulce w gałki oczne. Pojawiły się pierwsze jeziorka, będące efektem deszczów, śniegu i niecnych zamiarów Matki Natury. Trasa nadal była błotnista, śliska, poprzedzierana kamieniami różnej maści. Od tych najmniejszych, których istnienia się nie zauważa po te, które należy ominąć, poklepać po plecach i życzyć miłego dnia. Tak nam mijały kolejne metry. Witaliśmy się i żegnaliśmy się z tablicami, które odliczały 8 km, 7 km, 6 km… Przy 5 km do celu poczułam zmęczenie, ponieważ jeszcze 5 km przed nami. Cały, bardzo wymagający spacer wynagradzało nam otoczenie. Już po pierwszej godzinie marszu było luźniej, a teraz zrobiło się miejsce na przestrzeń życiową. Wiatr nam nie był straszny. W jednej, z malutkich dolinek postanowiliśmy zaopatrzyć się w herbatę. To my byliśmy zdobywcami, którzy posiadali gazik, garnek, a nawet namiastkę posmaku herbacianego w malutkich torebeczkach. Niczym kozice umościliśmy się za malutkim kamieniem, który osłonił nas od zimnych podmuchów i z nieskrywaną przyjemnością, zaczęliśmy pitrasić napój mocy. Tej dobrej mocy, która ma działanie rozgrzewające, ale jednocześnie pokrzepiające. Nagle naszym oczom ukazały się dwie inne kozice – nasi towarzysze podróży, którzy w pewnym momencie myśleli, aby zawrócić i się poddać. Bardziej niż na nas, ucieszyli się na widok gorącej herbaty, ale uznaliśmy, że należy im to wybaczyć. Byli zdesperowani. Po kilku głębszych ruszyliśmy dalej. Spacer w tempie prawie truchtu trwał dalej, mijaliśmy innych, ale inni też mijali nas. Kolejne minuty, godziny upływały na żwawym zwiedzaniu norweskich fiordów. Wiedzieliśmy, że niedługo osiągniemy nasz cel. Trasa zaczęła się korkować, tempo marszu spadło. Wydawało mi się, że już za chwilę, gdy minę kolejne wzniesienie, dotrzemy do Trolltungi. Kilka razy się rozczarowałam, ale w końcu zaczęliśmy podchodzić do punktu krytycznego.

Niczym kozice umościliśmy się za malutkim kamieniem, który osłonił nas od zimnych podmuchów i z nieskrywaną przyjemnością, zaczęliśmy pitrasić napój mocy. Tej dobrej mocy, która ma działanie rozgrzewające, ale jednocześnie pokrzepiające. Nagle naszym oczom ukazały się dwie inne kozice – nasi towarzysze podróży, którzy w pewnym momencie myśleli, aby zawrócić i się poddać. Bardziej niż na nas, ucieszyli się na widok gorącej herbaty, ale uznaliśmy, że należy im to wybaczyć. Byli zdesperowani. Po kilku głębszych ruszyliśmy dalej. Spacer w tempie prawie truchtu trwał dalej, mijaliśmy innych, ale inni też mijali nas. Kolejne minuty, godziny upływały na żwawym zwiedzaniu norweskich fiordów. Wiedzieliśmy, że niedługo osiągniemy nasz cel. Trasa zaczęła się korkować, tempo marszu spadło. Wydawało mi się, że już za chwilę, gdy minę kolejne wzniesienie, dotrzemy do Trolltungi. Kilka razy się rozczarowałam, ale w końcu zaczęliśmy podchodzić do punktu krytycznego.

 
Z pozoru nic wielkiego. Najpierw widać przepaść – jak na te warunki to nic nowego, prawda? Każdy fiord jest stromy. Każdy fiord kończy się również wodą w kolorze kobaltu. Najszlachetniejszego kobaltu, który mieni się wszystkimi odcieniami i błyszczy niczym brylant. Dopiero po kilku krokach pojawia się Język Trolla. Wyciągnięty zuchwale nad wodę, chciałby ją chłeptać, ale jest za wysoko. Bagatela 1000 metrów. Wydaje się, że za chwilę spadnie, ale tak się nie dzieje. Należy pamiętać, że w Norwegii na cuda natury wchodzi się z odpowiedzialnością i na własną rękę, ale ludzie są zuchwali. Jedynie rozsądek podpowiada, że nie należy na „hura” wchodzić na obślizgły jęzor, gdyż faktycznie mógłby się wtedy napić wody. Powstaje kolejka, w której czeka się od 20 minut (szczęściarze) nawet do 90 minut. Ta miała długość na ok. 40-50 minut, więc aż tak strasznie nie było. A jak faktycznie wygląda Język Trolla? Nie zaskoczę, pisząc, że jak na zdjęciach i, że zdjęcia tego nie oddają. Jest bardzo zuchwale wysunięty poza krawędź, patrzy na całą okolicę. Tuż za nim jest malutki języczek, który jest niedoceniany, ale również pięknie się prezentuje. Króciutki, dużo mniejszy, ale zgrabny.
 
 

I po co się idzie na Język Trolla? Po zdjęcie i po to, by móc powiedzieć „ja tu byłem”. Tak by się mogło wydawać, ale prawda jest zupełnie inna. Idzie się po przeżycia, radość i dziką satysfakcję. Najdzikszą z możliwych. Trzeba mieć przy sobie porządne buty, spodnie, ciepłą kurtkę, bluzę i zapas energii oraz zawziętości, bo droga jest podchwytliwa i bardzo wymagająca. Tak, jak wymagająca jest pierwsza godzina, tak staje się ona jednocześnie najgorszą, ostatnią. Tą samą trasą się schodzi, a po kilkugodzinnym wysiłku zejście jest najtrudniejsze, bo błoto nie wysycha tak szybko. Kamienie nadal są śliskie, a organizm zmęczony. Tak czy inaczej – warto. Dla tych widoków, dla 10 godzin marszu i satysfakcji.

Reszta to już dla nasz nie pierwszyzna. Delikatne problemy z autostopem, mijane wodospady, przeprawianie się promem pomiędzy fiordami. Dla nas nic nowego, ale jest to częścią naszej wyprawy. Tak samo, jak jej częścią stało się Bergen ze swoimi kolorowymi domkami umieszczonymi tuż przy porcie. Były małe, słodkie i wprost do schrupania. Z ogromnym zadowoleniem można odpoczywać w ich towarzystwie i wdychać wszechogarniający chłód. Pozostałe części, jak powrót na lotnisko, później do domu to nic ciekawego, ale jeśli będziesz mieć kiedyś okazję to wybierz się na Język Trolla. Nawet bez okazji tam pojedź i zobacz go na własne oczy.