Wilno/Troki. Co słychać u wschodnich sąsiadów?

Po 8 godzinach spędzonych w PolskimBusie już wiedzieliśmy z czym przyjdzie nam się zmierzyć, więc 14 h jazdy nie było straszne dla nas. Tym bardziej, że SimpleExpress i dobra cena biletu z Poznania nas przekonały. Komfort większy niż w PB – więcej miejsca na nogi (a w zasadzie: w ogóle miejsce na nogi!), internet, możliwość oglądania filmów (Madagaskar 3 zaliczony!), ładna toaleta to same zalety. Prócz tego, że po 14 godzinach jazdy podczas wysiadania prawie nie zmarłam śmiercią tragiczną, ponieważ zapomniałam jak się chodzi i potrzebowałam kilku minut na powrót krążenia w wybranych partiach ciała to wszystko przebiegło pomyślnie.

Wilno, czyli stolica naszych wschodnich sąsiadów – na pierwszy rzut oka miasto biedniejsze, ale takie, w którym widać chęć rozwoju. Nie można zapomnieć, że trochę później po nas zaczęli się podnosić po ZSRR – w styczniu 1991 roku rozpętały się zamieszki, czołgi pojawiły się na ulicach. Knurkami są lity dzielące się na 100 centów; jest ciut drożej, ale tragedii nie ma (1 PLN ≈ 0.83 LTL).

Zatem pytanie brzmi: dlaczego warto przyjechać do Wilna?

Wilno to przede wszystkim zadbana Starówka, czyli klasyk. Jeśli klasyk to warto zobaczyć to, co opisywał nam mości pan Mickiewicz Adam (patriota zza granicy…). Mimo tego, że dla nas było to jedynie miejsce, z którego taniej mogliśmy dolecieć do … (to następnym razem) to miło było popatrzeć na Plac Katedralny, z którego można wyjść na Wzgórze Gedymina, na którym to znajduje się Zamek Górny. Góra niewysoka, ale pozwala na rzucenie okiem na panoramę Wilna – bardzo ładnie widać dzielnicę z zabytkami, natomiast po drugiej stronie Wilii budują się biurowce/drapacze chmur, które dodają nuty nowoczesności temu miejscu.

Plac Katedralny dniem i nocą.

O ile ma się ochotę i zapał to można zrobić trasę, która w 6 - 8 godzin pozwoli obejrzeć miasto, natomiast poznanie Wilna wymaga zajrzenia w każde podwórko i postawieniu stopy na każdym dziedzińcu. Poematy zapewne powstały o Ostrej Bramie z kaplicą Matki Boskiej Ostrobramskiej, Uniwersytecie Wileńskim, kościele św. Anny, św. Ducha, św. Kazimierza, wzgórzu Trzech Krzyży (z 1613 roku, których władze rosyjskie nie pozwoliły odbudować po zawaleniu z 1869 r. i dopiero w roku 1916 podczas okupacji niemieckiej wydano zgodę na postawienie nowych; na Trijų kryžių  umęczono 7 franciszkanów, a 3 z nich zawieszono na krzyżach). W punkcie informacji otrzymamy łatwą i dobrze przygotowaną mapę, z którą na pewno nie zginiemy.

Wilno to przede wszystkim miasto kontrastów, to miejsce, które bardzo mnie zaskoczyło i nie można patrzeć na nie tylko przez pryzmat zabytków. Udało nam się znaleźć nocleg u Polki (przesympatyczna kobieta), która nadała nam trochę kierunku. Prowadzi ona hotelik na Šnipiškès (zdjęcia poniżej). To, co nas uderzyło na Śnipiszkach to na pierwszy rzut oka dzielnica biznesowa, rozwijająca się, tętniąca życiem. I tak oczywiście jest przy samym brzegu Wilji, a co więcej – znajduje się tam wieżowiec Europa, czyli najwyższy budynek na terenie Litwy i Krajów Bałtyckich. Co znajdziemy za nimi? Naprzeciwko Starówki? Wszechświat równoległy! Dzielnica zmienia się diametralnie – pojawiają się stare chatki, drewniane, niektóre się rozpadają. Pierwszy raz widziałam tak ogromny kontrast między tym, co nowe i stare. Dzielnica biedniejsza, jeśli nie dosłownie: uboga. W stolicy znajdziemy kury i kaczki na podwórkach czy dzieci kąpiące się w wannie w upał (tak, na trawniku). Szczekające psy i zupełnie inne podejście do życia. Czy jest jeszcze inne miasto, które tak bardzo jest „podzielone”?

Czasami bywa tak, że jesteśmy głodni. Przyzwyczajeni jesteśmy powoli do marketów/dyskontów, które oferują w zasadzie wszystko prócz czyszczenia toalety. Na Śnipiszkach można wybrać się do droższego sklepu w centrum handlowym (znajdującym się w wieżowcu widocznym na zdjęciu), ale można również odwiedzić targ, na którym uprawia się wszelaki handel wszystkimi możliwymi towarami. Jest biednie, ale ludzie sobie radzą. Starsze panie sprzedają biały ser ręcznie wyrabiany, śmietany z gospodarstw, jajka, kwiaty zebrane na polu, ogórki. Można zaopatrzyć się w najnowsze "krzyki mody" i zakupić zwiewne suknie, koronkowe pantalony, kalesony, mandarynki, chleb, mięso – absolutnie wszystko! Zastanawiałam się tylko w jaki sposób odnajdują się osoby starsze w rzeczywistości wileńskiej? Naprzeciwko biurowce tętniące rutyną i garniturami, a tutaj? Zbiorowisko wielu ludzi, którzy starają się sprzedać cokolwiek. Miejsce warte zobaczenia, gdyż można zobaczyć inną stolicę Wilna, ale również powodujące pewną nostalgię (skojarzyłam to z targiem w brzydkim mieście, z którego chcąc, nie chcąc pochodzę, a wyglądało ono podobnie, ale 20 lat temu!). Smutną rzeczą jest, że Litwa przyjmuje euro i łatwo zgadnąć, której części miasta łatwiej będzie handlować. Ale od kiedy to władza miałaby dbać o przeciętnego człowieka…

 

Zaułek Literacki to miejsce godne polecenia. Mała, odrestaurowana uliczka ze ścianami pokrytymi wstawkami nawiązującymi do polskich poetów (i nie tylko). Jak Czesław Miłosz ("Gdzie wschodzi słońce i kiedy zapada") napisał:

„Uliczka, prawie na wprost uniwersytetu,
Rzeczywiście nazywała się tak: Zaułek Literacki…
Pod sklepieniem na prawo
Schody pachnące farbą i tam mieszkam.”

To również miejsce, w którym Adaś po powrocie z Kowna zamieszkał u swego przyjaciela Kazimierza Piaseckiego pisząc II i IV część Dziadów (1823 rok). W ogóle dużo tutaj autora Pana Tadeusza, czyli ostatniego zjazdu na Litwie (uważam, że to mu akurat wyszło).

Dodatkowo w samiuteńkim centrum miasta wisi tablica:

"W tym domu wybitny polski wydawca i księgarz Józef Zawadzki (1781-1838) założył drukarnię w 1805 r. i księgarnię w 1816 r. Tu w czerwcu 1822 r. po raz pierwszy drukiem wydano poezje Adama Mickiewicza "Ballady i romanse" ”.

      

W Wilnie znajdziemy także Zarzecze, które w 1997 roku proklamowano jako autonomiczną Republikę Zarzecza. Jeśli ktoś ma ochotę na świętowanie Dnia Niepodległości to proszę się tam wybrać 1 kwietnia (nie żartuję). Nazywana jedną z bardziej urokliwych dzielnic miasta na wjeździe w środku Wilna przywita nas znakami, a trzeba pamiętać, że obowiązuje tam inna konstytucja i prawo. Do republiki prowadzą romantyczne uliczki z mostami obwieszonymi kłódkami, a Užupis znany jest jako miejsce artystów i bezdomnych. Niekiedy porównywana do paryskiego Montmartre’u (ja się podobieństwa nie doszukałam, ale można źle patrzyłam?), gdzie ustawiono na 8.5 m kolumnie rzeźbę Anioła Zarzecza, który symbolizuje związek nieba z ziemią. Żeby nie było! Republika posiada prezydenta, flagę, nawet naznaczonego biskupa, ambasadora w Moskwie, aż 2 parafie i (uwaga!) dwunastoosobową armię. Rząd znajduje się w knajpce Zarzecze, a aby turystom było łatwiej to konstytucję* wyryto na murze w kilku językach.

Wilno absolutnie nie jest nudne!

I na sam koniec przyszła pora po kontrastowym mieście na relaks w Trokach. Miasto oddalone od stolicy o 25 kilometrów połączone zarówno koleją, jak i autobusami. Niestety legitymacja studencka nie jest honorowana, więc przyszło nam płacić pełną stawkę w postaci 6 litów, za to jednak dowiedzieliśmy się, że 25 lat to czasu aż nadto by zmodernizować kolej do przyzwoitości. Szkoda jednak żeby tego doświadczyć trzeba przekroczyć granicę…

Zamek przypomina nieco nasz Malbork, a wiemy, że Malbork jest ładny- budowany był w tym samym okresie i jego przeznaczenie miało identyczny kierunek, ale zwrot przeciwny. Litwinom jakoś wyprawy Krzyżowców nie przypadły do gustu. Zamek zbudowany został przez księcia Witolda i wiele razy był przez krzyżowców oblegany. Problem pojawił się dopiero po 1410 roku, kiedy Zakon zaczął tracić pozycję, zamek stracił swoje znaczenie wojskowe. Obecnie jest ciągle odrestaurowywany przy czym jest to również miejsce, w którym odbywają się rekonstrukcje historyczne poświęcone średniowieczu. Udało nam się na jego terenie zjeść kartacze, czyli duże kluchy z mięsem, a dzień tam spędzony był iście sympatyczny. Opcja powrotu do hoteliku spadła nam do minimum, ponieważ stop zadziałał bezproblemowo.