Perła Dunaju. Jak dziś prezentuje się Budapeszt?

Budapeszt był podobno najbardziej rozwijającym się miastem za czasów Związku Radzieckiego. To tam miały się odbywać największe imprezy kulturalne, a jednocześnie miało ono wydźwięk wielkości i bogactwa. Taką wersję usłyszałam od mojej mamy i należało te informacje dobrze/na własnej skórze sprawdzić. Czy Budapeszt po ponad 20 latach jest nadal pięknym miastem? Czy warto zwiedzać metropolię, która powstała po złączeniu aż 23 okolicznych miejscowości?

Umożliwił nam to WizzAir, oferując przeloty poniżej 50 zł. Szybka decyzja, 5 osób chętnych, bilety kupione, gdy za oknem jeszcze głęboka zima. Spojrzenie na lokalizację lotniska – jest dobrze, lokalny autobus E200, sprawdzamy ceny przejazdów i znów miła niespodzianka. Bilet grupowy do 5 osób na 24 godziny za 3100 Ft (dzisiaj 3300 Ft). Rewelacja! Zaraz, zaraz, ale czym można jeździć? Metro, tramwaj, trolejbus, autobus, kolejką zębatą, statkami, a nawet koleją. Jakby znowu była gwiazdka.

Budapeszt mieści się nad Dunajem, czyli drugiej, co do długości – po Wołdze – rzece w Europie. Woda oczywiście za czysta i pachnąca w takim miejscu nie jest, a także nie zachęca do kąpieli, ale nie tylko podróżujemy po to, aby swoje „cztery litery” moczyć. ;) Natomiast, jeśli szukasz mocnych wrażeń to serdecznie polecam ichnie metro – przeniesiesz się w czasoprzestrzeni jak i my, jeśli wylądujesz wystarczająco późno. Budapeszt ma najstarsze metro w Europie kontynentalnej, zbudowane pod koniec XIX wieku. Po wejściu do rozklekotanego wagonika wypaćkanego z każdej strony poczułam się jak w kiczowatym horrorze. Ludzie byli smętni, nikt ze sobą nie rozmawiał, z sufitu zerkała na nas lampa oświetlając nas żółtawym światłem (taka jak w starych holendrach w Poznaniu), a w środku hulały podmuchy wiatru. Początek wyprawy był iście intrygujący!

Dotarliśmy do hostelu, który wyniósł nas 23 zł za osobę. Po krótkim, wieczornym spacerze i świadomości, że po raz drugi (dopiero!) podróżujemy „na własną rękę” postanowiliśmy się wyspać, a poznawanie tego miejsca organoleptycznie rozpocząć dnia kolejnego od samego rana.

Budapeszt to oczywiście  wzgórze Gellerta, z którego rozpościera się panorama na stolicę Węgier i pierwszy punkt wycieczkowy. Może to tylko nasze skrzywienie, a może więcej ludzi to ma, ale jak widzimy jakieś wzniesienie to pierwsza myśl jest „jak tam się dostać?”. I nieważne czy jest to góra, wzniesienie, wieżowiec czy 600 metrowy klif, trzeba wejść i kropka! Wchodziliśmy ok. 40 min., a trasa nie należy do najtrudniejszych, ale powstaje pytanie czy warto tam się tarabanić?

Góra Gellerta to wzgórze o wysokości 235 metrów – niby niewiele, ale zawsze coś. Ponoć to na tym wzniesieniu zamordowany został biskup Gellert. Sprawcami tego czynu mieli być poganie, którzy – jak mówi ta legenda – upuścili go ze szczytu w drewnianej beczce. Legenda legendą, a pomysłowość pomysłowością i nie można jej niechrześcijanom odebrać. Gorzej – mieszkańcy Budapesztu wspominają, że to właśnie na tej górze zbierały się czarownice, które odprawiały sabat. Tak czy inaczej – za dnia ta góra tak tragicznie nie wyglądała, choć o jej urodzie nie można się za wiele rozpisywać. ;) Przed wejściem na górę warto zahaczyć o Skalną Kaplicę – kościół wyryty (dosłownie!) w skale! Zamiast ozdobnych mozaik i witraży – skała i skromne oświetlenie. Do wejścia zachęcać Cię będzie kuta brama wprawiona w górę.

Statua Wolności oraz pomnik Gellerta.

Po dotarciu na wzgórze ukazał się naszym oczom Pomnik Wolności (Szabadság – szobor), który przypomina o wszystkich poległych za Węgry. Góra Gellerta to również Cytadela, czyli znakomity punkt widokowy. Podziwialiśmy chwilkę jeszcze panoramę miasta, delektując się promieniami słońca na spragnionej skórze. Wszak to koniec lutego był, u nas mroźnie i wietrznie, a tutaj 15 stopni i okulary słoneczne na nosie. Później przenieśliśmy się na tarasy królewskie znajdujące się po tej samej stronie rzeki. Po 30 minutach spaceru nasze nogi stąpały już po wybrukowanym zamku, który bardzo ładnie został odrestaurowany.

Najstarszym miejscem w Perle Dunaju jest wzgórze Zamkowe, na którym umiejscowiony jest Zamek Królewski. Całe wzgórze jest jednym wielkim deptakiem, gdzie warto spędzić trochę czasu. Fontanny, pomniki, wybrukowane drogi, szereg deptaków z kwietnikami sprawiają wrażenie, że, czujemy się jak w starym mieście. Nic bardziej mylnego, stare miasto znajduje się po drugiej stronie rzeki, i takie rozwiązanie sprawia, że do Budapesztu naprawdę warto się wyrwać. Ale warto wiedzieć, że nie tylko zabytki znajdują się na powierzchni. W stolicy Węgier pod całym kompleksem Zamkowym znajdują się groty i jaskinie, które dostały miano Labiryntu. Przez całą burzliwą historię służyły, jako piwnice, schrony, lochy czy magazyny. Dzisiaj udostępnione są turystom i można podziwiać 1,5 km tras w blasku pochodni.

Kościół Macieja, oficjalnie Najświętszej Maryi Panny.

Perła Dunaju to plac Zamkowy, który prezentuje się fenomenalnie – szczególnie, gdy spacerujemy i podziwiamy go wieczorem. Miasto posiada wiele zabytków: Zamek Królewski Var, Parlament, Kościół Macieja, Most Łańcuchowy, wieżę świętej Magdaleny i wiele innych budynków, które są niezwykle malownicze i ujmujące. Całe szczęście Węgrzy dbają o zabytki i je odrestaurowują, a wokół krzątają się osoby, które w miarę panują nad ładem i porządkiem. Na plac Zamkowy można się dostać bezpośrednio z mostu łańcuchowego, za pomocą kolejki zębatej, na którą bilety są już zawarte w cenie komunikacji miejskiej. My jednak po przejściu ze wzgórza Gellerta mieliśmy do zwiedzenia całą część zamkową i nie bardzo było nam po drodze zjeżdżać od razu po przyjściu.Na zdjęciu powyżej niestety nie jest to nasz hostel, a szkoda, bo klimat był fantastyczny. Tak właśnie sobie wyobrażam wieżę, którą zamieszkuje księżniczka. Widok nieziemski z okien, wszystko w białym marmurze i nawet smok był! I to żywy! Co prawda nieco mniejszy, ale i tak budzący respekt. Na terenie Baszty Rybackiej można spotkać osoby, które paradują z myszołowem (pani myszołów) oraz czymś większym (nie jestem ornitologiem tylko fizykiem, ale piękno i dostojeństwo docenić potrafię;), pierzastym. Nie pochwalam trzymania zwierząt na uwięzi, tym bardziej, jeżeli jest to stworzenie dzikie. Są małe wyjątki takie, jak pomoc podczas polowań bądź ostrzeżenie przed zagrożeniem – wtedy istnieje możliwość małej zażyłości.

Mimo wszystko nie mogłam się opanować – westchnienia oraz „ochy” i „achy” wzięły górę! Dostałam prezent w postaci dostąpienia majestatu ptaków z bliska. Przyznam, że w momencie, gdy Pan (ze zdjęcia) podniósł tę ostoję dostojeństwa nad moją głowę to wzrok miał taki, jakby chciał mi narobić na moje pióra. Obyło się na szczęście bez „wybryków”. ;)

Od strony Budy z Baszty Rybackiej rozpościera się wspaniały widok na Parlament położony w dzielnicy Peszt. Istnieje legenda, która głosi o tym, dlaczego budynek Parlamentu z daleka pachnie rozmachem, bogactwem i przepychem. Za czasów Austro-Węgier, kiedy to Węgry były tym drugim narodem, spychanym na bok, postanowiły wybudować centrum dowodzenia piękniejsze, ładniejsze niż to w Wiedniu. I się im udało!

Ponadto – istnieje ciekawa zależność w piśmie, mowie (sama nie jestem pewna?) węgierskiej. Słyszymy tych ludzi, jako bulgoczących i nieco warczących na raz z subtelną domieszką charkania, lecz mają ciekawą przypadłość. U nas jest seks, u nich szeksz, i ponownie u nas solarium, a u nich szolarium. To samo tyczy się sera – szera czy też „salon” i szalon. Taka ciekawostka, którą nie wiem jak poprawnie zapisać, ale sprawiła nam wiele radości. Wyobraźcie sobie taką wymowę u nas.. Można jeszcze na to spojrzeć z innej strony - Czesi śmieją się z naszego słownictwa i mają absolutną rację - też mamy inne, mniej lub bardziej wyszukane wyrazy. Zawsze można podpuścić daną osobę i poprosić o wypowiedzenie:
"W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie"!

 

 

 

 

"Węgier Polaka rad gości i słucha,
w nowym znajomym zawsze znajdzie drucha"


Dziewczyna z Egenu,
Janos Agry