Nicea jest dosyć nudna…

Stolica Lazurowego Wybrzeża zapowiadała się bardzo dobrze. Miało być dużo lawendy i fiołków, nie tylko do wąchania, ale również do jedzenia. Mnóstwo mydła, piękne zabytki, wzgórze, plaża i bogactwo. To jednak nie wystarcza, nie w tym miejscu.

„Cosmopolitan” to bardzo dobre określenie dla Nicei. Spotka się tutaj niemalże każdego w najdalej oddalonych od centrum miasta zakątkach. Usłyszy się wiele języków, sformułowań, ale to miejsce nie ma duszy. Jest duszne, duszne od turystów. Oddycha nimi i pożera je na śniadanie, obiad i kolację, a następnie z ich wywaru przygotowuje drinki. Tętni ich tumultem kroków, ma w sobie nieco niedbałości, którą okazuje poprzez kostkę brukową. Rzadko, ale to rzadko widać w niej przejawy normalności takie, jak wywieszone pranie za oknem. W porównaniu do włoskich miast i miasteczek zabrakło mi tej czarującej aury, w której mogłabym się zakochać niepostrzeżenie by później w Poznaniu wspominać ją z czułością i tęsknotą, ale tak nie jest. Nie tęsknię, nie chcę wracać w to konkretne miejsce i nie wiem, czym to może być spowodowane? Tym, że byłam tam za długo? Tym, że było tam wszystko? Ludźmi? Niceę warto zobaczyć, spróbować poczuć poprzez dotyk starych murów, ale ckliwa nie będę w jej ocenie.*

Główną atrakcją jest rozpinające w centrum swoje ramiona Stare Miasto, naszpikowane względnie wąskimi uliczkami ze straganami, na których pląsają wszelakiego rodzaju towary: mydła, chusty, ubrania, bibeloty, kurzołapy i inne zdecydowanie mniej potrzebne do życia twory. Można się tam zgubić bezproblemowo, gdy posiada się tak wielki mankament, jak brak wbudowanej w głowę nawigacji. I wtedy miasto zyskuje nieco uroku mimo tego, że co jakiś czas uliczki się powtarzają. To tam właśnie króluje lawenda pod postacią każdą. Czasami o kicz zahacza, czasami jest tak wielkim kiczem, że ciężko na to patrzeć, ale jakby nie było: jest to symbol tego rejonu. Całe szczęście, lawenda i fiołki bronią się w lodach. W lodach cudownych, kremowych i rozpływających się w ustach. Nie za słodkich, co bardzo ważne, ale kwiatowych, lecz nie mdłych. Naprawdę niezłe lody w tych smakach znajdziecie w Gelateria Azzurro (1 Rue Sainte-Reparate, 06300 Nice), przy której warto poczekać w kolejce, bo wyglądają tak: LINK. Godne polecenia są również lody pistacjowe i niech Was nie zwiedzie ich byle jaki zielonkawy kolor. Nie są wykonane na na marketowej paście, lecz na pistacjach, masie ukręconej z orzechów przez tamtejszych specjalistów. Są równie pyszne, ale już nie tak zaskakujące, jak te wyżej wymienione. W między czasie podskoczyłam do Chez Juliette (1 Rue Rossetti, 06300 Nice), serwującą kuchnię prowansalską i będącą całkiem w porządku, choć nie wybitną.

Aby spojrzeć na miasto z góry, zatopić swój wzrok w uciekającym morzu, należy wejść na Wzgórze Zamkowe. Cała wyprawa od dołu do samej góry zajmie Ci 10-20 minut wolnym spacerem z wykonaniem kilku, kilkunastu zdjęć. Trasa jest prosta, w ogóle niewymagająca, ale za to pozwala na opuszczenie miejskiego hałasu. To tam można podziwiać sztuczny wodospad, zbudowany pod koniec XIX wieku, panoramę Nicei, ruiny katedry w centralnym punkcie parku. Wzniesienie ma zaledwie 92 m.n.p.m., więc można je potraktować, jako subtelną rozrywkę. Znajdują się na nim również dwa cmentarze: żydowski oraz katolicki. Wzgórze dzieli Niceę na dwie części. Zachodnią ze Starym Miastem w tle oraz wschodnią, portową, do której przypływają luksusowe statki oraz statki rejsowe. Dróg na wzgórze jest wiele, ale w trakcie upału można gdzieś na ławce przycupnąć i rozkoszować się wszędobylskim cieniem, który daje schronienie. Wokół słychać śpiew ptaków, drzewa szumią, a dzieciaki grają w piłkę. Bardzo to było sympatyczne miejsce. Zejść można do portu lub do Promenady Anglików, która rozpościera się aż na 7 km. Nigdy jej całej nie przeszłam, była dla mnie zbyt oczywista i zawsze wolałam zagłębić się w centrum miasta. Ma w sobie drogę rowerową, biegaczy obok i widok na kamienistą plażę. Palmy pousadzane wokół, ale zabrakło jej tej dziarskości, którą można znaleźć w Barcelonie przy plaży, gdzie znajdziemy i grajków, i osoby sprzedające haszysz, pijące wodę, zagryzające kanapki i tapasy. Zwyczajnie nie zrobiła na mnie wrażenia.

Plac Garibaldiego w Nicei to już inna bajka. Utkany małymi kawiarenkami i restauracjami z poprzetykanymi gdzieniegdzie sprzedawcami kwiatów. To tutaj widać oddech tego nadmorskiego miasta, bo jest on nieco schowany, ale wbrew pozorom dostępny dla każdego. Powstał on, jako powitanie dla króla samej Sardynii, Wiktora Amadeusza III z Turynu i tak samo, jak jego królewską mość, wita każdego. Jest nieco tajemniczy mimo tego, że skąpany w słońcu. Strzeże go pomnik Giuseppe Garibaldiego, ustawionego nad fontanną. Giuseppe był Włochem, marynarzem potępiającym papiestwo i Wielkim Mistrzem Masońskim. Niedaleko znajduje się kaplica Grobu Świętego, ale czy to kościoły, kaplice czy inne sanktuaria to mają one coś niepowtarzalnego w sobie. Nie są napchane dobrodziejstwami, są eleganckie, chłodne i dają uczucie wytchnienia. Nie powodują u człowieka poczucia maleńkości, lecz zachęcają do wizyty poprzez swoje charakterystyczne, jasne kolory i piękne witraże. Są spokojne i trwają w swoim śnie, nie patrząc na dramaty i szczęścia, rozgrywające się wokół nich. Ich grubych, wielkich bloków nie da się ruszyć, można je dotknąć, podziwiać i zwyczajnie wejść do środka, zobaczyć, co w sobie skrywają. Ponadto, na Placu Garibaldiego po chwili zastanowienia, coś nie pasuje, coś się nie zgadza. Przechodząc to w jedną to w drugą stronę to przeświadczenie narasta do momentu, gdy jest bardzo niepokojące. Nie daje pełnego oddechu, bo ciągle można patrzeć na odrestaurowane kamienice. Są piękne, imponujące i zadbane, ale… Wszystkie ich ozdoby są namalowane! To nie są realne kształty, które widzimy pędząc starym miastem w Warszawie albo przechodząc przez poznańskie Jeżyce. Tamte ozdobniki są naszym wyobrażeniem, a w rzeczywistości nie rzucają cienia na fasady. Jest to taka ciekawostka, którą odkryłam dopiero po kilku przejściach tego placu w każdą stronę, po prostu zabrakło mi cienia.

Kolejnym placem, bardziej okazałym i reprezentatywnym jest Plac Massena. Jest miejscem otwartym o sporej przestrzeni, ale skrywa w sobie wiele miejsca na ucieczkę mieszkańców po ciepłym dniu. Okraszony fontannami, trawnikami i rzeźbami spełnia swoją funkcję w 100%. Na placu stoi 7 kolumn i na każdej z nich znajduje się postać, która symbolizuje jeden z naszych kontynentów. Znajduje się tam również Fontanna Słońca, przy której usadzone zostały planety naszego układu gwiezdnego oraz posąg nagiego Apolla. Plac zabudowany został płytami, które tworzą wzór szachownicy, a od jego centralnej części odchodzi Promenada Paillon z rozmachem obsadzona kwiatami, krzakami, drzewami. Znajduje się w tej części również plac zabaw dla dzieci, z którego te chętnie korzystają. W Zatoce Aniołów można odnaleźć grecką boginię Nike, będącą uosobieniem zwycięstwa i to właśnie od niej, Nicea zaczerpnęła swoje dobre imię. Jest tutaj amfiteatr, Łuk Veneta, Lustro Wody czy też Promenada Sztuk. Wzdłuż Avenue Jean Medecin znajdziesz mnóstwo sklepów, ale tam jest ulokowana perła tej ulicy: Basilique Notre-Dame de l’Assomption. Przepiękna bazylika, która dodaje elegancji całej ulicy, a wieczorem jest cudnie podświetlona i cieszy oczy każdego przechodnia.

Wracając na drugą stronę wzgórza, to znajduje się tam stary port, w którym cumują i droższe łodzie i statki rybackie. Tam widać Niceę codzienną, bez zgiełku, z siatkami wypchanymi owocami morza i warzywami. To właśnie po tej części miasta znajduje się sklep z ponoć najlepszymi konfiturami w okolicy w Confiserie Florian (14 Quai Papacino, 06300 Nice). Wszystko tam kusi. Począwszy od cukierków, lizaków, konfitur i dżemów, a kończąc na herbatach, syropach, sokach i prezentach. Konfitura jaśminowa oraz fiołkowa są obłędne! Paskudnie słodkie, ale położone na chleb na zakwasie z twarogiem, przywodzą smak lata i błogość. To są słodycze do kupienia po to, by wspominać i poczuć ciepłe promienie słońca na skórze.

W różnych zakamarkach można natrafić na swojej drodze na sklepy z pamiątkami, biżuterią czy też z psami. Wielkościowo? Takimi do torebki, słodkimi pieskami, które można nabyć za bajońskie sumy. Zadziwiające, nowoczesne i nowobogackie, ale nie jedyne na świecie. W hotelu, w którym zostałam przez przypadek udało mi się porozmawiać z portierem. Był Włochem pracującym i dorabiającym w Nicei w trakcie sezonu. Swoją ukochaną poznał w Japonii i opowiadał, że związek ze stonowaną i grzeczną Japonką to nie lada wyzwanie dla głośnego, uśmiechniętego Włocha, ale sam stwierdził, że miłość nie zna barier. Później okazało się, że mieszka w Poznaniu. Koło naszej Sandry. W bloku obok. Jak nic, musieli się kiedyś minąć, bo on wiele rowerów widział w okolicy, gdy biegł w stronę Warty. Świat jest mały! Jednakże, wróćmy do Francji. Przyznał, że marzy o tym, aż mu się kontrakt skończy w stolicy Lazurowego Wybrzeża, bo Nicea jest dobra. Na dzień, dwa, a maksymalnie na tydzień. Nie dłużej i nie więcej! Mówił to, bijąc się pięścią w klatkę piersiową. Gdy zapytałam go o to, co jest powodem? I czy dobrze mu się tutaj mieszka? Odparł, że nie. Był na wielu kontraktach w kilku krajach i to właśnie tutaj jest najgorzej. Bo nie ma, co robić, nie ma wydarzeń, a ludzie są zamknięci w sobie. Słońce im ponoć nie pomaga w uśmiechaniu się, a przed turystami się bronią. Z wyjątkiem zakupów w sklepikach. Wtedy chętnie otwierają swoje włości dla wszelakiej maści podróżników. Francuzom brak dystansu do siebie, ponoć są zahukani i zacietrzewieni. Nie mają w sobie radości, a na zwykłe dzień dobry! Nie odpowiadają. Szkoda mi go było, ale w zasadzie ja też uroku emocji, radości i niepowtarzalności Nicei nie poczułam.

 *Albo zwyczajnie mam problem z Francją, bo Paryża nie cierpię straszliwie i być może kiedyś uda mi się odczarować dla mnie samej ten kraj, skąpany w szampanach, łódkach zbudowanych z bagietek z serowymi wiosłami.