Weekend w Chorwacji: Split

Niezwykłość Splitu polega na tym, że w jednym miejscu kryją się wszystkie rzeczy i miejsca charakterystyczne dla Chorwacji: roślinność, zabytki, zachody słońca na kamienistych plażach i atmosfera starego miasta, która pozwala na spacery pośród tubylców. A do tego wszystkiego można być jednocześnie nad morzem i w górach. Rewelacja!

Wjeżdżając do centrum Splitu już na samym początku nic nie zapowiadało się dobrze. Obrzeża chorwackich miast to zwykłe, przeciętne bloki mieszkaniowe, dzielnice przemysłowe i typowy harmider. Zero kolorów, ani zgiełku czy gwaru. Słychać było tylko samochody, krzyki i nijak nie można znaleźć w tych miejscach wytchnienia. Natomiast, po wjechaniu do właściwej, tej nas najbardziej interesującej części miasta, starówka zaczęła nam się kłaniać w pas. Z oddali było widać miejsce, na której znajduje się Pałac Dioklecjana czy też Katedra św. Dujama. I czas zaczął płynąć wolniej i jakby przyjemniej.

Już na samym wyjściu z autobusu przywitała nas przepiękna panorama miasta. Naprzeciwko, u stóp małego wzniesienia zobaczyliśmy jasne budynki przykryte niczym chustami, czerwonymi, ceglastymi dachami. Nieopodal nas były zamontowane pomosty – takie na słowo honoru, po których leniwe spacerowały mewy i nic sobie nie miały z naszej obecności. I trzeba im oddać, że widok wybrały sobie idealny popołudniowy relaks. Po przejściu przez deptak obwieszony wieloma, kwitnącymi kwiatami w końcu zgiełk ustał, a zalał nasze uszy gwar. Był to gwar starego miasta, w którym to kupcy próbują przechytrzyć siebie nawzajem i swoich klientów. Gwar, w którym każdy każdego zapraszał do skosztowania lokalnych specjałów, a w pobliskich uliczkach na każdym rogu sprzedawano te najlepsze i najsmaczniejsze lody w Splicie. Na każdym kroku były one najbardziej znakomite i prawdziwe. Całe szczęście, pachniało też kawą…

Split to przede wszystkim wspomniany wcześniej Pałac Dioklecjana i można rzec, że początki tego miasta to początki budowy tego (obecnie) zabytku. To tutaj koncentruje się całe życie miasta i to on jest główną destynacją podczas podróży w to miejsce. Stało się tak, że Cesarz Dioklecjan w 295 roku zdecydował obrać sobie to miejsce za punkt odpoczynku, relaksu i nabierania życiowych sił. Na jego rozkaz wybudowano pałac o powierzchni 30 tys. metrów kwadratowych, który w zasadzie otacza całe miasto. Na terenie pałacu jedną część zajmowały komnaty cesarza i jego najbliższych, a pozostała powierzchnia została przeznaczona dla służby. Jego jasność, różne odcienie bieli i szarości o zasługa cegły, wapienia i tufu. I w Splicie mawia się, że to musi być naprawdę piękne miasto, skoro sam Cesarz Dioklecjan wybudował w nim pałac. Najważniejszą świątynią jest świątynia Jowisza, która jest najbardziej okazała, a poznać ją można po tym, że wejścia do jej wnętrza strzeże do tej pory bezgłowy sfinks. Ponadto, w podziemiach starego miasta rozciągają się różnorakie kramy, które oferują obrazy, biżuterię, zastawy czy też jabłka, które migotały w blasku stłumionych świateł.

Najbardziej znana i chętnie uczęszczana jest też promenada przy samym brzegu morza, przy której znajdują się modne knajpki serwujące owoce morza i słodkie desery. Na samym początku promenady znajduje się mała replika miasta, która idealnie je odwzorowuje. Natomiast, po przejściu do końca promenady wzdłuż Adriatyku, można znaleźć elegancki austro-węgierski trg Republike, od którego można zacząć się gubić w wąskich uliczkach miasta. Miałam również wrażenie, że ta zabytkowa część jest nieco bardziej cicha, spokojna.

Wjeżdżając do Splitu, na samym początku uwagę zwraca na siebie Katedra św. Dujama, a właściwie licząca sobie 60 metrów biała, opalizująca w słońcu dzwonnica. Aby dostać się za mury miasta trzeba przejść przez jedną z trzech bram miejskich, co szczerze polecam. Wśród zakamarków i pozostałościach po murach należy popatrzeć na bramy, przez które wielcy ówczesnego świata wjeżdżali paradnie i z należytą czcią. Najbardziej urokliwa i jednocześnie chyba najlepiej zachowaną jest Brama Złota, która stanowiła główny trakt wiodący do Salony, czyli dawnej stolicy rzymskiej w rejonie Dalmacji. Ponadto, są jeszcze Brama Srebrna oraz Brama Żelazna. Pierwszą z nich można poznać po czterech oknach znajdujących się u góry, a tę drugą po wieży w stylu romańskim oraz po dzwonnicy. To właśnie przy Bramie Srebrnej spotkaliśmy Rzymian. Dwóch wojowników z przepasanymi mieczami, nałożonymi na głowy hełmami, płaszczami okalającymi ich ciała oraz sandałami obwiązanymi wokół ich łydek. Można pomyśleć, że trafiliśmy do starożytności, ale to, co ich wyróżniało to telefony komórkowe przy uszach, skarpetki w sandałach i pisk naszych dalekowschodnich pobratymców, którzy na widok przebranych panów podbiegali do nich i prosili o zdjęcia.

I z absurdów to nie koniec. Zielone płuca Splitu to nic innego, jak Park Marjan, będący nieodłączonym celem popołudniowych spacerów. I o tyle jest to absurd, że nasze języki – chorwacki i polski są niezwykle do siebie podobne. My mamy laczki, papcie, a Chorwaci w domach noszą papucie. Jedynie nasz/ich język jest absurdem w tym przypadku. Od centrum miasta jest to w zasadzie kilkanaście minut, aby dotrzeć do parku. Już na samym początku można zacząć się wspinać na wzgórze, aby zobaczyć port i samo centrum Splitu. Droga nie jest uciążliwa, a podczas niej spotkamy wielu Chorwatów, którzy będą uprawiać różne sporty, takie, jak bieganie, podciąganie, czy też ćwiczenia fitness. Nieobce są to tereny dla ich czworonogów, a trzeba przyznać, że park jest zadbany. Porośnięty sosnami i wieloma kwiatami wręcz zachęca do spędzenia tutaj czasu. Po drodze porozstawiane są ławki na punktach widokowych, a głównym miejscem wypadowym jest kawiarnia Vidilica (ponoć w sezonie również restauracja – pytałam pana z obsługi). To tutaj odbywają się m.in. sesje ślubne i romantyczne randki. Lecz warto pójść jeszcze wyżej aż dojdzie się na sam szczyt, gdzie położona jest malutka kapliczka, a wyżej pnie się dróżka, którą można dojść na najwyższy punkt widokowy, na którym powiewa czerwono-biało-niebieska flaga. Warto tam iść, bo widok Splitu na tle zachodzącego słońca jest malowniczy. I uważam, że w gorący dzień najlepiej jest się tam udać z samym Karlovačko. Z samego szczytu prócz centrum miasta widać również okoliczne wyspy i przepływające promy oraz te najmniejsze łódeczki, z których co więksi zapaleńcy próbują łowić ryby.

I Split to jeszcze jedna, ważna atrakcja, a mianowicie stopa. Stopa Grzegorza z Ninu. Mawia się, że ten, kto dotknie największego palca u lewej stopy Grzegorza z Ninu ten wróci do Chorwacji. Inna wersja głosi, że dotknięcie owej stopy przyniesie nam życie w zdrowiu i pełnym szczęściu. Żadnej z tych opowieści nie wierzę, ale nie byłabym sobą, gdybym nie pogłaskała tej stopy. Stopy figury, która z daleka przypomina maga, a nie poważnego biskupa, który bronił języka i pisma słowiańskiego. Nic na to nie poradzę. Pod odpowiednim kątem jest on dla mnie czystym przykładem czarownika, który ma zamiar zrobić coś niedobrego i nawet mocno nie przeszkadza mi krzyż na jego czapce.

Cóż można jeszcze rzec o Splicie? Tyle, że jest niewielkim, starym miastem z ogromną rozbudową wokół. I, że warto wybrać się na spacer po wąskich, zadbanych uliczkach miasta i delikatnie podglądać życie codzienne. Usiąść nad morzem i raczyć się ponoć najlepszym, chorwackim piwem, które orzeźwia i dodaje lekkiego animuszu. Warto pojechać do Splitu.