Autostopem do Soller i Valdemossy

Już za dwa tygodnie ponownie pojawię się na Majorce. Mam nadzieję, że wygrzeję się w słońcu, zjem soczyste pomarańcze i popatrzę na przystań w Palmie. Do tej pory z rozleniwieniem wspominam Soller i Valdemossę – dwie perełki śródziemnomorskiej Majorki.

Wyszliśmy na główną drogę prowadzącą w stronę Soller. Łapanie stopa było trudne. Hiszpanie patrzyli na nas dziwnie, ale w końcu udało nam się załapać na podróż z Panią Babcią. Pani ta miała ponad 70 lat, ale energii za dwoje dzieci. Rozgadana, mieszała język angielski z hiszpańskim dokładając na to taniec migowy. Specjalnie dla nas nie pojechała autostradą do Soller, lecz wiozła nas przez wzgórza i zakrętasy. Nadrobiliśmy kilka kilometrów, ale koniecznie chciała nam pokazać swoją wyspę. Wyspę, na której mieszka. Pod drodze mijaliśmy winnice i winoroślą poutykane na pagórkach oraz wzgórzach. Wokół nich skakały owce, choć więcej z nich leniwie leżało i ze znudzeniem patrzyło na mijające je samochody. I w ten sposób dotarliśmy do jednego z najpiękniejszych i najbardziej malowniczych miejsc na Majorce.

Soller od samego początku przywitało nas słonecznie i bardziej jesiennie niż zimowo. Na samym początku zobaczyliśmy pociąg ustawiony za barierkami na starych szynach. Był to skład zabytkowy będący jedną z głównych atrakcji. Z Palmy do doliny Val de Soller dojechać można właśnie taką zabytkową ciuchcią. Drewniana i brązowa swoją drogę pokonuje poprzez hiszpańskie, zamorskie ziemie. Ta linia kolejowa to nie jest ukłon w stronę turystów, lecz środek komunikacji niezbędny dla niektórych z lokalnych mieszkańców, bo to właśnie on pozwala na dotarcie do stolicy wyspy w ok. godzinę.

Soller samo w sobie to niewielkie miasteczko otoczone głównie przez uprawy cytryn i pomarańczy, gaje oliwne i winorośla. Kierując się od dworca w stronę centrum na swojej drodze napotkasz kościół, który fantastycznie komponuje się z malutkimi, zatłoczonymi uliczkami. Pełno tutaj kawiarenek, w których Hiszpanie palą papierosy i spijają czarną jak węgiel kawę. Odrestaurowane kamienice, zwisające pędy kwiatów czy zapach świeżo zebranych cytrusów to kwintesencja tego miejsca. Jeśli usiądziesz w pobliskiej kawiarni, zaczniesz raczyć się kawą, herbatą albo winem to z pewnością w którymś momencie mignie Ci przed oczami stary, zabytkowy tramwaj. Idąc w stronę morza można dotrzeć do Port de Soller. Malutkiego miasteczka portowego, do którego prowadzi linia tramwajowa, ale my starym sposobem postanowiliśmy złapać autostop. Nie było to trudne, a port to miejsce niezwykle urokliwe. Otoczony wzgórzami, gdzie na falującej wodzie niczym bombki na wietrze, małe łódeczki wirują w rytm morskich fal. Sceneria jest bajkowa, a spacer wzdłuż wybrzeża doprowadzi Cię na pagórek, z którego widać linię brzegową i wodę. Bezkresną wodę, za którą gdzieś w oddali znajduje się Europa. Bramy do zejścia do morza podczas naszego pobytu strzegł czarny kot z naddartym uchem, który pretensjonalnie i bezczelnie wchodził w kadry zdjęć. Jeśli go tam zobaczysz to nie zdziw się jego obojętną natarczywością.

Z Port de Soller pojechaliśmy w stronę Valdemossy, ale w pewnym momencie nasze i kierowcy drogi się rozeszły, a nam pozostało oczekiwanie na rozjeździe dróg. I było to bardzo miłe oczekiwanie, ponieważ w pewnym momencie usłyszeliśmy zwierzęta. Nie dziwne ani nie dzikie, ale przyjazne ludziom. Konie. I choć wielkim fanem ich nie jestem to potrafię docenić ich urodę. Na czele pochodu była pani, która z zaciekawieniem się z nami przywitała i życzyła powodzenia w dalszym zwiedzaniu. Najprawdopodobniej była to typowa, zimowa jazda konna wśród zielonych wzgórz. Aż zaczęłam im zazdrościć, ale moja zazdrość długo nie trwała, bo już po chwili jechaliśmy do kolejnego punktu wycieczki.

Valdemossa to miejscowość położona również wśród gór Sierra de Tramuntana. Co ciekawe, to tam swój epizod miał Fryderyk Chopin. Jeden z najsłynniejszych polskich kompozytorów poznał Georga Sanda 1836 roku w Paryżu. George Sand to nikt inny jak baronowa Dudevant Aurora Dupin. Ponoć wyróżniała ją bezpośrednia natura w obyciu z innymi ludźmi, których spotykała na kartach swojego losu oraz nietypowy sposób ubierania się. To w 1836 roku połączył ich burzliwy, bardzo miłosny związek, który trwał 10 lat. W tamtym momencie francuska powieściopisarka wychowywała dwoje swoich dzieci, syna i córkę z poprzedniego związku. W 1838 roku postanowiła spędzić zimę w łaskawszym dla niej klimacie, cieplejszym i bardziej znośnym, ponieważ jej trzynastoletni syn Maurice cierpiał na reumatyzm. Wybór padł na wyprawę zamorską aż na Majorkę, do której jako współtowarzysza zaprosiła Fryderyka Chopina. Można również przypuszczam, że powodem opuszczenia centrum Francji była chęć odpoczęcia od paryskiego blichtru i rozgłosu. Początek podróży był dla kochanków osobny. George Sand wraz z dziećmi oraz pokojówką opuściła Paryż 18 października 1838 roku. Chopin wraz z ministrem hiszpańskim Juanem Mendzibalem wyjechał z Francji 31 października 1838 roku. Baronowa Dudevant oraz już wtedy uznany kompozytor spotkali się w Barcelonie, gdzie spędzali czas na poznawaniu kultury hiszpańskiej oraz zwiedzaniu stolicy Katalonii. 7 listopada wyruszyli w podróż na Majorkę statkiem El Mallorquin, by finalnie dotrzeć do portu Palmy 8 listopada przed południem.

Pomimo zapewnień przyjaciół i znajomych z paryskiej arystokracji o gościnności mieszkańców Majorki kochankowie mieli problemy ze znalezieniem odpowiedniego lokum. Mimo napotkanych problemów kontynuowali zwiedzanie wyspy. Podczas pobytu zwiedzili m.in katedrę, którą George Sand tak opisała:

„Katedra „wznosząca się nad brzegiem morza robi wielkie wrażenie, lecz jedyną naprawdę godną szacunku rzeczą jest średniowieczny portal, określony przez Laurensa, jako najpiękniejszy przykład sztuki gotyckiej. Wnętrze katedry należy do najsurowszych i najbardziej mrocznych" (Sand 2006, s. 71).

Trudno się z baronową nie zgodzić, bo w zasadzie tak jest. Natomiast Fryderyk Chopin tak opisywał swoje doświadczenia: „Niebo jak turkus, morze jak lazur; góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie. W dzień słońce, wszyscy letnio chodzą, i gorąco; w nocy gitary i śpiewy po całych godzinach" (Sydow 1955, t. 1, s. 327). Również trzeba przyznać mu rację. Po pewnym czasie znaleźli dla siebie dom z bogato obsadzonymi ogrodami, w którym rozgościli się na dobre. Mieszkali również w Valdemossie od 15 grudnia 1838 roku. Chopin wraz z partnerką i jej dziećmi wraz z pokojówką Amelią osiedli w celach opuszczonego klasztoru kartuzów. Każda cela to były trzy pomieszczenia, które

„Były przestronne, elegancko sklepione i dobrze wywietrzone dzięki ażurowym rozetom o różnorodnych, bardzo ładnych wzorach. Oddzielone były od klasztoru mrocznym korytarzem, zamykanym potężnymi dębowymi drzwiami. Od południa wszystkie trzy izby wychodziły na ogródek, którego powierzchnia odpowiadała wielkości całej celi, oddzielony od sąsiednich działek murem na dziesięć stóp i wspierała się na solidnie zbudowanym tarasie nad małym gajem pomarańczy położonym na występie wzniesienia. Niższy taras porastała winorośl, kolejny migdałowce i palmy"  (Sand 2006, s. 147).

Pobyt na Majorce miał ogromny wpływ na dzieła, które kompozytor tworzył. Mimo szczerego i oddanego uczucia ze strony Georga Sand, pomimo otaczającej go egzotyki nieodkrytej jeszcze wyspy, Fryderyk popadał w długie okresy powątpiewania, które były bardzo depresyjne. Ponadto, zły nastrój potęgowała świadomość chorowania na gruźlicę, na którą był leczony (choć po jego śmierci przedstawiono kilka innych interpretacji jego stanu zdrowia). Nasilająca się choroba Chopina, a także depresyjny stan ducha kompozytora, zadecydowały o przyspieszeniu wyjazdu z klasztoru. 11 lutego 1839 roku Chopin i George Sand z dziećmi opuścili Valldemossę. Po wielu perypetiach para zakochanych udała się 14 lutego 1839 roku w podróż powrotną do Francji. Ponownie podróżowali statkiem El Mallorquin do Barcelony, a następnie w stronę Paryża.

Klasztor w Valdemossie był miejscem, w którym Chopin przeżył jedne z najintensywniejszych doznań w swoim życiu. Wiele utworów tam powstało, zostało dokończonych bądź zaczętych. W ogrodach otaczających klasztor można zobaczyć popiersie Fryderyka Chopina oraz dowiedzieć się więcej o tym, co nasz polski kompozytor tam osiągnął.

Ponadto, Valdemossa to piękne miejsce ze wspaniałymi widokami na turkusową wodę okalającą linię brzegową. To wąskie, urokliwe uliczki, na których ktoś z uporem maniaka poupychał schody, rowery i małe samochody. Czasami jakiś ptak przefrunie nam przed nosem, czasami dojdzie nas zapach gotowanego obiadu w domu obok, ale z pewnością jest to miejsce warte odwiedzenia. Gdy my byliśmy tam w grudniu to urok tego miasteczka polegał na ciszy, chłodnych powiewach wiatru i rozświetlających zaciemnione zakamarki promieniach słonecznych. Czego i Tobie życzymy.