Jak nie zwariować zimą? Grudniowy wypad na Majorkę!

Jest takie miejsce na ziemi. Położone jest na Majorce na jej północno-wschodnim terenie. Ma w sobie ogromny potencjał, ale nie każdemu chce się tam wybrać. Bo drogi kręte. Bo jechać trzeba. Bo w sezonie jest pełno turystów. A co się stanie, gdy pojedziesz tam poza sezonem?

Kojarzy się z błękitnymi falami Morza Śródziemnego, krystalicznie przejrzystym niebem i zapachem świeżo złowionych, a później ugrillowanych ryb. Jest jeden problem. Takie widoczki mamy przed oczami, kiedy spojrzymy na foldery reklamowe różnych, dziwnych biur podróży. Co jedna oferta to bardziej cudaczna, a w dodatku droga. Bo Majorka ma nam się kojarzyć luksusowo, a do tego ma być na niej mnóstwo nocnych klubów. Nic bardziej mylnego. Ta hiszpańska enklawa to przede wszystkim przepiękne wzgórza, klify i urwiska. Nieposkromiona moc natury wybija się tutaj na pierwszy plan, a ogromną przyjemnością jest zamoczenie stóp w morskiej wodzie.

W grudniu?! Tak, w grudniu. W grudniu na Majorce jest cudownie i cicho. Cicho, jak makiem zasiał. Nadal pachnie kawą podawaną w niewielkich kawiarniach, nadal Hiszpanie są pokręceni i żywo gestykulują, ale… Jest zima, więc swoje małe, urocze pieski ubierają w kurteczki i szaliczki, bo przecież pies przy +10 stopniach marznąć nie będzie! Lodziarnie są pozamykane, a na krzesłach przy restauracjach porozwieszane są koce dla łaknących lampki wina. Hiszpanki na swoje stopy przyodziewają kozaki i grubsze kurtki, ale przesadą byłoby powiedzieć, że są to puchowe okrycia wierzchnie. Co to to nie. Do tego niezbędne są okulary przeciwsłoneczne zakrywające pół twarzy, bo słońce bez umiaru oślepia. A Ty, kiedy widziałeś ostatni raz słońce w grudniu? Ja dzisiaj. Nie przebiło się całkowicie przez chmury. Walczyło mimo tego, że było bez szans już na samym starcie. I za to je lubię – nie poddaje się.

Wróćmy jednak do tej nieznośnej zimy, jakiej musieliśmy zażyć na Majorce. Łapanie stopa z Palmy nie wyszło nam rewelacyjnie. Staliśmy około godziny na wylocie z miasta. Nikt się nie zatrzymywał, kilka osób pokazało nam odmowne znaki, a wiele z nich ze szczerym zdziwieniem patrzyło na nas. Bez zrozumienia. Trafiliśmy na Panią, która co prawda języka angielskiego nie znała, ale z chęcią nas zabrała do centrum Alcudii. Dlaczego Alcudia? Mieliśmy przetarty szlak i wiedzieliśmy, że tam będzie pięknie. Wyjście do plaży z miasta zajęło nam dosłownie kilka minut. 30 metrów od linii brzegowej stały budynki. Wyglądały, jak opuszczone raz na zawsze zjawy, którym pozostało kruszeć na tym świecie. Wszystkie okna były pozamykane, łańcuchy przełożone przez bramy złowieszczo trzeszczały, a ogromne kłódki splatały wszystko w nierozerwalną całość. Wokół trawa odpoczywała po wyczerpującym lecie, a niedaleko młoda mama z dwójką dzieci starała się zapanować nad swoim żywym i zwariowanym życiem. Do wody prowadził nas drobny piasek, po którym chodzenie sprawiało nam czystą radość. Nasze stopy z lekką obawą na początku zaczęły się w niego zagłębiać coraz śmielej. Całość wyglądała jak opuszczona, turystyczna bajka. Prócz nas i dzieci z mamą kilkadziesiąt metrów dalej, nie było na plaży nikogo. Wiatr swobodnie i bardzo lekko wiał, a woda była idealnie przejrzysta. Sprawiała wrażenie turkusowej, czasami seledynowej, a w jej przestworzach pływały dziwne stworzenia.

To był moment, w którym pierwszy raz zobaczyłam ślimaka morskiego. To był również moment, w którym pierwszy raz w niego wdepnęłam i jak do dzisiaj jeszcze tej nikłej przyjemności nie powtórzyłam. I polecić nie mogę. Na początku miękki, później zamienia się w coś w rodzaju ciapy i nie jest to komfortowe uczucie. Historia podczas takiego zdarzenia ciągnie się, jak tanie i szemrane romansidło dla dorosłych. Zdecydowaliśmy się na kąpiel, bo przecież mieliśmy grudzień, byliśmy na rajskiej, europejskiej wyspie to dlaczego by nie spróbować? Nasze oczekiwania były zbyt wygórowane. Niestety. To jednak był grudzień. Plaża w Alcudii przywitała nas powiewem świeżości, ale to dzięki wodzie ocknęliśmy się ze snu. Woda była zimna. Może nie lodowata, jak to bywa u nas nad Bałtykiem w lecie. Była zimna. Tak zwyczajnie. Tak zwyczajnie pływały w niej niewielkie meduzy, które z rytmem fal podążały swoją ścieżką życiową. W subtelnym, brązowym odcieniu, delikatnie przezroczyste stworzenia krzywdy nam nie zrobiły. Chciały uciekać przed naszymi nogami, ale nie zdołały tego zrobić. Dzięki temu mogliśmy im się przyglądać do woli, a ich falowanie w rytm morskiego tańca było wspaniałym spektaklem.

Pięknym dla mnie zdarzeniem był chłopiec, zaledwie kilkuletni ubrany w niebieską koszulkę i ciemne spodenki. Spacerował po plaży z kawałkiem kija w rękach, na którego czubku utknął niewielką szmatkę. Grzebał nim w piasku, a nie było to łatwe. Widać było, że musi mieć ogromną determinację, bo niby był to zwykły kij, ale nie taki lekki. I z nieudawaną ciekawością patrzyłam na niego, jego mama również. A on chodził wokół, czasami z impetem wpadał do wody i próbował gonić i ślimaki, i meduzy. Był bardzo niezadowolony, gdy jego mama pokiwała na niego palcem, ale cóż miał począć? Przypuszczam, że swój kij zachowa na następną wyprawę na plażę. Alcudia położona niedaleko stromych klifów to miejsce warte odwiedzenia właśnie poza sezonem turystycznym. Choć w samym mieście absolutnie nic się nie dzieje w tym momencie i wygląda, jakby było wymarłe to podróż w to miejsce jest delikatnie magiczna. Sama droga z napotkanymi kierowcami, plażowanie i kąpiele czy hiszpańskie wino sprawiają, że taka wycieczka staje się niezapomnianym przeżyciem.

Jest jeszcze Xara Gate czy też stare miasto. Miejsce, które całkowicie wymarło. Byliśmy tam zupełnie sami, a stare mury straszyły. Niektóre z okien były otwarte, ale było ich tak niewiele… Pośród wąskich uliczek pałętały się liście, a w donicach powoli schły rośliny. Nie spotkaliśmy absolutnie nikogo w starym mieście, a wszystkie kawiarnie i restauracje były pozamykane. Całość była opuszczona. Dopiero poza murami starego miasta zobaczyliśmy normalne życie mieszkańców. Ale Alcudia to nie jedyny taki przypadek. Wstępnie mieliśmy nasz czas na Majorce spędzić w Magaluf, ale po kontakcie z osobą, która miała nam wynająć pokój nieco się zdziwiliśmy. Otrzymaliśmy informację, że niektóre miasta poza sezonem wakacyjnym w ogóle nie funkcjonują. Są puste, a my do Magaluf ostatecznie nie pojechaliśmy, bo nasz host nas nie przyjął. Jednak Playa de Alcudia w tym punkcie na mapie będzie moim miejscem. Miejscem, które wspominać będę jako cacko warte zobaczenia. A jak wygląda Majorka w styczniu? Nie wiem, ale już za miesiąc Ci o tym opowiem.