Barcelona, czyli trochę egzotyki na początek

Bilety do Barcelony „trafiły się” – z resztą jak zwykle – przypadkowo. Grunt to się nie poddawać, śledzić serwisy (zakładki), które udostępniają administratorzy stron wyszukujących tanich połączeń bądź „szperać” po wszystkich  możliwych terminach i kierunkach, które nam odpowiadają. W tym przypadku pomogło samozaparcie i odrobina szczęścia, które Łukasz posiada w nadmiarze. ;)

Dobrze po 20 (i kilku przygodach z małym, płaczącym pasażerem) stanęliśmy na lotnisku w Barcelonie El Prat. Ciepły podmuch wiatru, uśmiechnięci opaleni ludzie to coś, co pomogło nam stanąć na nogi po wylocie z lodowatej Warszawy (uciekaliśmy przed -15ºC!). Miejsce idealne na skosztowanie łyka egzotyki…

„- Yyy…
- Widzę.
- Palmy!
- No…”

Reakcja nie do podrobienia i bezproblemowo udało nam się załadować z tobołkami i lekką wałówką do autobusu linii 46 kursującego średnio co 15 minut do Plaza Espana (czas przejazdu: ok. 30 min.). Na bilet nie straciliśmy majątku (ok. 2 EUR), który zdobyliśmy u kierowcy. Więcej nie planowaliśmy wydawać, natomiast jeśli ktoś ma ochotę to zawsze może zainwestować w Aerobus 2, który bezpośrednio Was zawiezie do Plaza Catalunya (centrum miasta) i zuboży Waszą kieszeń o jakieś 6 EUR.

Po dotarciu do naszego hostelu Paraiso Travellers Hostel rozpakowaliśmy tobołki i z miłym zaskoczeniem ruszyliśmy dalej. Hostel czysty, z kuchnią i możliwością gotowania, trzema łazienkami z gorącą wodą i łóżkami z ikei to standard aż ponad to, czego wymagaliśmy. Za 1 osobę za noc zapłaciliśmy (6€/noc)  i była to cena bardzo dobra w stosunku do dogodnej lokalizacji (Ronda de Sant Pau).

Z samego rana wyruszyliśmy na podbój tego gorącego miasta! Styczeń w kalendarzu, a tu zamiast wróbli – kolorowe, rozwrzeszczane, ćwierkające papugi. Na pewno nie można powiedzieć, że się bały – dodam tylko, że bezczelnie konkurowały w poszukiwaniu ptasiego żarcia z gołębiami. Tylko przez chwilę przebiegło mi przez myśl, że celowo ustawiają swoje kupry, aby mi zrobić „przyjemność”, ale one są przecież takie ładniutkie…

Zamiast wróbli – zielone papugi.

 Tuż po zdobyciu wybrzeża, kanapce przywiezionej z Polski i łyku wody skierowaliśmy się z największej i głównej ulicy Barcelony – La Rambli – w stronę Muzeum Morskiego, a następnie na wzgórze Montjuic. Fontanna Montjuic była niestety „nieczynna”, bo „zamknięte”. Po drodze spotkaliśmy starszych panów, którzy w milczeniu oddawali się grze w kule. Chłopaki 70+ miały i wigor, i zacięcie. Pétangue – bo tak ta gra się zwie – to tradycyjna gra francuska polegająca na rzucaniu z wyznaczonego okręgu metalowymi bulami (każda miała inicjały właściciela) w kierunku małej, drewnianej lub plastikowej kulki (średnica ok. 30 mm) nazywanej cochonnet, co po naszemu brzmi: prosiaczek. Generalnie każda partia składa się z kilku rozgrywek, a rozgrywka polega na dorzuceniu własnej kuli jak najbliżej prosiaczka. Można obrać również taktykę polegającą na wybiciu kul przeciwników z otoczenia tejże świnki, ale co kto lubi…

Zimowe kurtki? A po co to komu, lepiej słoneczne okulary!!

Pétangue, czyli rozrywka starszych panów.

W 1992 roku po raz pierwszy w Hiszpanii w Barcelonie właśnie odbyły się letnie igrzyska olimpijskie. Cała impreza miała miejsce w Estadi Olimpic Lluis Companys przy Plaça de Nèmesi Ponsati. Widok nieziemski, stadion zadbany, ale… Pierwszy raz w życiu widziałam tak piękny stadion! Jasny! Zadbany! (to jest chyba słowo klucz) Przestrzenny z mnóstwem wody dookoła! Tak, bierzmy z Hiszpanów przykład.

Jeszcze raz stadion, tym razem z odleglejszej perspektywy.

Na Camp Nou nie dotarliśmy, więc zamiast miejsca rozgrywek FC Barcelony wrzucamy zdjęcie przygrzanego słońcem kota. Dygresja: koty w Barcelonie w ogóle były jakieś ospałe, bez energii, bez gonitwy za myszkami; wyglądały jakby były pod wpływem. :P Słońce, zielono, świergot ptaków, kwietniki dywanowe i pomarańcze na drzewach. Zupełnie człowiek zapomina, że mamy styczeń. Skosztowanie pomarańcza w błyskawiczny sposób potrafi jednak przywrócić poczucie czasu. Nadal pozostajemy na półkuli północnej i pomarańcza nie mogą być dojrzałe. Takiego kwaśnego owocu nigdy nie próbowałam, ale witaminy to podstawa!

Praktycznie na każdym kroku napotkacie oazę ciepła i słońca. I pamiętajcie - naprawdę warto wybrać się do Barcelony w styczniu, gdy u nas wieje, jest zimno, a temperatura sięga nawet dna termometru. To właśnie tutaj bez problemów będziecie mogli się wygrzać, doładować endorfinki i jakoś przetrwać zimę w Polsce. ;)

Uważam, że kościół typu gotyckiego Santa Maria del Mar to jedna z największych atrakcji turystycznych Barcelony, taki haczyk na turystę, który działa i wykonany został w 100% poprawnie! Czy ktoś z Was widział hasające kaczki, kury jedwabiste i gęsi po kościele? Czy widzieliście kwakające stwory robiące kupę, grzebiące w ziemi i pluskające się w fontannie, w której (być może) wielu męczenników zmywało swe codzienne trudy? Ja widziałam i nie wiem, czy jakaś świątynia na chwilę obecną mnie jeszcze zaskoczy. W tle nawy z świętymi obrazkami, ołtarzami i wizerunkami Jezusa + krzyże, a w środku brak dachu, świeże powietrze i zapach pierza. Serdecznie zapraszamy do kościoła św. Eulalii – tam na pewno przyjmą Was do swojego gniazda, a jak się Wam uda to zawsze można potrzymać gęś po uprzednim złapaniu jej za pióra. Miejsce niesamowite wywołujące „ochy” i „achy”, i w zupełności tak jest. :) Dodatkowo będziecie mieć szansę podziwiać przepiękną grę światła.

Antoni Plàcid Guillem i Cornet, czyli słynny Gaudi, który miał nierówno pod sufitem. Chorowity za młodu, lecz z wielkim uporem i… Wegetarianizmem w tle. Podobno wyglądał na człowieka pogrążonego we własnym świecie, ale artyści „tak mają”. W 1883 roku przejął zlecenie budowy świątyni pokutnej Temple Expiatori de la Sagrada Familia, czyli Kościoła Świętej Rodziny. W miarę postępu prac coraz bardziej, coraz mocniej zmieniał projekt i koncepcję Francisco Villara. Po 1914 roku całkowicie poświęcił się projektowaniu i wykonawstwu świątyni, a także powiedzieć miał, że oddaje się kościołowi „może nie ostatniemu zbudowanemu, lecz zapewne z pierwszej, nowej generacji”. Spał, jadł i mył się na terenie budowy, a po śmierci zgodnie ze swoim życzeniem został w niej pochowany. Zanim 10 czerwca 1926 roku świat pożegnał Antoniego potrąconego przez tramwaj zdążył on jeszcze ukończyć „Kamieniołom”, czyli La Padrera. Ochrzczony tą nazwą przez mieszkańców budynek powstał podczas pracy nad Parkiem Guell, kiedy to Gaudi poczuł zew natury. Casa Mila to aktualnie położona w centrum miasta potężna konstrukcja, która przypominać ma pianę na grzbietach fal, a ekscentryczne wzory balkonów – wodorosty (wykonane przez Josepa Marię Jujola). W całym budynku nie ma ani jednego kąta prostego, ani jednej ściany nośnej, a całość jest upstrzona mozaikami, co silnie przyciąga uwagę. Obecnie znajdują się w tym miejscu obrzydliwe, rozhasane i głośne sklepy z markową odzieżą i innymi, drogimi rzeczami.

Tak czy inaczej – o Sagradę Familię nie zahaczyliśmy, bo jeśli ma to być tanie podróżowanie to ciężko pozbyć się z kieszeni ok. 20 €. Wystarczająca była rozlazła po całym dniu kanapka z żółtym serem i podziwianie naprawdę okazałej budowli, której wieże zakończone są okrągłymi kulami przypominającymi ziemniaki/pomarańcze/mandarynki, etc.

Wieczorna przechadzka po mieście, ludzie na ulicach, bardzo dużo osób biega (zdrowie w wielkim mieście mimo wszystko!), stare miasto pięknie oświetlone, a na każdym wzgórzu świecące punkty się mienią. Nad południową częścią miasta góruje żółty zameczek niczym z Disney’a. Jeszcze nie wiemy co to, ale na pewno chcemy tam być! Plan na jutrzejszy dzień rysuje się błyskawicznie i … O tym i wielkim targu mięsnym, a także o efektach diety cud po zjedzeniu słodkich ziemniaczków w następnym odcinku!