Bajkowa opowieść – Brugia.

Kiedy wychodzimy z domu z plecakiem pełnym wrażeń, czas zaczyna płynąć zupełnie inaczej. Zatrzymuje się albo bardzo powoli podskakuje niczym pijany zając, rzucając nami w coraz to nowe miejsca. Bardzo nie lubię pakować sobie plecaka, bo wiem, że będę musiała go ze sobą wszędzie taszczyć. Nie mniej, zarazem sprawia mi to ogromną przyjemność, bo jestem świadoma, że znowu znajdę coś ładnego, coś, co mi się spodoba i z sentymentem będę wracać do swoich wspomnień. Tym razem miała być to wielkomiejska i bardzo nowoczesna Bruksela, ale na szczęście nasz misterny plan spalił na panewce i znaleźliśmy się w Brugii.

Brugia to miasto niepozorne z zewnątrz, a w środku kipiące niczym gotująca się zupa od emocji, energii i porywistego wiatru. Już po wyjściu z dworca kolejowego łatwo można trafić do samego centrum. Wystarczy niespiesznie, we własnym tempie stawiać stopy – jedna za drugą za innymi, którzy znają ten rejon i się w nim orientują. Po pięciu minutach, przekroczeniu murów miasta zaczyna się bajka.

(…) Dawno, dawno temu za górami, za lasami i za siedmioma rzekami, w niedalekiej odległości od wielkiej wody położona była Brugia. Miasto magiczne, romantyczne i sentymentalne. Wystarczyło przekroczyć progi murów miasta by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Malutkie, niewysokie kamieniczki to początek tej opowieści. Upstrzone były kolorowymi okiennicami nieco małymi, jak nasz wzrost, ale urokliwymi. Czasami w oknie pojawił się jakiś kot, który z mruknięciem oka odprowadzał nas swoimi ślepiami. Często w tych oknach spotykaliśmy rośliny, które od niechcenia i podmuchów ciepłego powietrza z grzejników machały nam na pożegnanie. Każde z okien było kolorowe, odmalowane i mimo niepogody zachęcałoby choć na chwilę zatrzymać na nim wzrok.

Ścieżki starego miasta były wybrukowane, przez co lśniły od kropli deszczu, które z rozmachem rozbryzgiwały się na nich. Co chwilę z każdego niemal zakątka spozierały na nas sklepy. Sklepy – pułapki. Pułapki na lepszy humor, samopoczucie, ale też wyrzuty sumienia. W witrynach znajdowały się praliny, trufle, czekoladki, czekolady i ogromne bloki czekoladowe. Praliny były malutkie. Każda jedna miała na sobie zachowane detale i pyszniła się swoim wyglądem. W środku skrywały smaki, które bezpośrednio prowadziły do nieba. Trufle, zwarte i gotowe do pożarcia miały nierówną strukturę. Oprószone kakao, wiórkami czekolady czy też wiórkami kokosowymi dzielnie się trzymały. Czekoladki to zupełnie inna bajka. Od najmniejszych i największych, po najpiękniejsze i najbrzydsze. Wybór ogromny! W kształcie serca, gwiazdki, psa i kota, a nawet łosia. W kształcie drzew, krzewów i domów. W stylu bajecznym, kolorowym, jak również eleganckim i wytwornym z jadalnym złotem. Niebo dla podniebienia, uczta dla oczu i wspaniały zapach czekolady. Tym płynie Brugia w malutkich sklepikach. Tych mniejszych, nie tych przy samym centrum starego miasta. Z okien patrzą na nas również hafty. Smutnymi, psimi oczami zaczepiają nas buldogi angielskie, zające i lisy. Jest to swego rodzaju sztuka, a także symbol charakterystyczny tego regionu, który jest poważny, ale na pewno niestonowany. Poduszka z tak dobranym wyszyciem najpewniej sprawdziłaby się w pokoju Alicji z Krainy Czarów.

Stoi na środku. Jest wielka i wspaniale zadbana. Wieża. Beffroi. Strzegła miasta przed najeźdźcami, a do dzisiaj prezentuje się majestatyczne i w pełnej krasie – z powagą. Nieopodal dzielnica Mark oraz Brug z ogromnym placem, na którym wszyscy podobni są do małych dzieci. Słychać szum rozmów, który przypomina gaworzenie bobasów. Dźwięk się rozchodzi w akompaniamencie dorożek i stukotu podków o bruk. Konie są przystrojone w czerwone lampasy, karoce w koronki, a ludzie w uśmiechy. Jest naprawdę, naprawdę bajkowo i magicznie. Nie pamięta się o tym, że jest to pora roku deszczowa i chłodna, że wiele wiatr, a niedługo zacznie się ściemniać.

Spacer wąskimi uliczkami doprowadzi tylko do jednego spotkania. Będzie to rozmowa, w której przypomnimy sobie jak mąka była kiedyś produkowana. Na uboczu, poza murami miast stoją wiatraki. Już z ochotą nie obracają swoich skrzydeł. Nawet powiem, że są bardzo leniwe. Niebywale rozespane i żaden wiatr nie daje im życia pod skrzydła, ale prezentują się okazale. Na wzgórzach tuż za murami miasta. Za murami, które aby przekroczyć, należy przejść przez bramę. Bramę miasta okutą w stal, ale bez brakującego ani jednego kamienia. Kierując się w stronę centrum niemożliwym jest nie zauważenie ratusza. Szary budynek z wieloma oknami, z dachem koloru kobaltowego, który skrywa w sobie pijalnię wody, kawy i piwa. Nawet psy leniwie przesiadują w środku, czekając, aż ich ukochani ludzie dokończą bardzo ważne rozmowy. Jest tam też muzeum i informacja, która w razie niepowodzenia wskaże właściwą drogę. Na wszystko to ukradkiem spozierają budki, w których znajdują się przekąski oraz produkty rzemieślnictwa regionalnego.

Zza każdego zaułka czyhają coraz to nowe budynki. Katedra św. Zbawiciela to jedna z tych najsłynniejszych. Strzelista, prawie sięga nieba, ale… Chyba nie dorównuje urokowi Gracht, który w zasadzie jest słowem nieprzetłumaczalnym, ale… Jest to kanał przy jednym z kościołów. Sowicie obrośnięty zieleniną wszelaką z cudownym, wąziutkim kanałem i mostem, który nasuwa romantyczne ujęcia z filmu o miłości. I tak zaiste jest, w końcu Brugia to miasto bajkowe. Po zmroku wygląda fenomenalnie! Podświetlony od strony wody chłodnym światłem przyjemnie kontrastuje z żywą zielenią drzew oraz ciepłem wieży, która delikatnie skrada się za nim. Z roku na rok jest coraz bliżej. Co chwilę, przechadzając się małymi, tak samo wdzięcznymi uliczkami, napotykamy grajków. Siedzą na małych, zdezelowanych taboretach i grają o tym, o czym potrafią najlepiej opowiadać. Niby niewidoczni i niezauważalni. Niby nikt na nich uwagi nie zwraca, nie zaszczyca muśnięciem wzroku, ale wszyscy wiedzą, że grajkowie tam są. Trzymają w garści skrzypce, gitary i piekielne akordeony. Wygrywają swoje życie i swoje melodie, które brzęczą w monetach rzucanych na bruk przed ich nogi. Właśnie w tych konkretnych miejscach, gdzie być powinni, dopełniają kompletności krajobrazu. (…)

Cała Brugia to jedność – uliczki, kanały, mosty i katedry. To bajka, która dzieje się „na żywo” w każdej chwili. Dla nas była bardzo przyjemnym przypadkiem. Garść najważniejszych informacji:

Wylądowaliśmy na lotnisku w Brukseli, ale nasi znajomi polecili nam właśnie Brugię. Trafiliśmy na promocję weekendową (-50% za podróż pomiędzy piątkiem od godziny 19 do niedzieli do godziny 19) – za ok. 15 EUR kupiliśmy przejazdy kolejami belgijskimi, które umożliwiły nam dojazd do Flamandzkiej Wenecji w niecałe dwie godziny z przesiadkami. Wsiedliśmy w pociąg na stacji Zaventem oddalonej od lotniska o około 20-30 minut marszu. Wyraźnie należy zaznaczyć stację początkową i końcową, a liczba przesiadek jest nielimitowana –bilety tutaj. Przez to – niczego nieświadomi – ominęliśmy alarm terrorystyczny ogłoszony tegoż dnia w Brukseli. Dowiedzieliśmy się o zaistniałej sytuacji po fakcie, gdy wracaliśmy na lotnisko, a pan konduktor pogratulował nam wyboru naszego miejsca destynacji. Miejscami godnymi polecenia są: Bazylika Krwi Świętej, Ratusz, Wieża Belfry, Kościół Najświętszej Marii Panny, Katedra św. Salwatora. Brugia to przede wszystkim malownicze miasteczko z ogromną siecią kanałów wodnych. Średniowieczne miasto, które na nowo zostało odkryte przez Anglików w XIX wieku. Urokliwa architektura, porządek na ulicach/uliczkach, wiele zabytkowych budynków to smaczny kąsek dla amatorów bajkowych miejsc. Brugia jest bardzo turystyczna, ale każdy znajdzie coś dla siebie. Z pewnością stworzy swoją własną bajkę.