Im dalej w… Ocean tym piękniej.

Niemożliwe? Dla nas niemożliwe nie istnieje! Spójrzmy na mapę poniżej… Azory. Gdzie w sumie leżą Azory? Pierwsze skojarzenie: pośrodku niczego. Mniej więcej 1500 km od Lizbony i ok. 2000 km od Ameryki Północnej. Daleko? Dla nas wystarczająco daleko tym bardziej, że znaleźliśmy naprawdę tanie połączenie na Sao Miguel. Zakup biletu do Ponta Delgada to był czysty wybryk natury. Ważne, że ruszymy się z domu i będzie to wystarczająco daleko (dla nas) abyśmy byli szczęśliwi. Nauczeni sprzed roku (Gran Canaria na dwa tygodnie to zdecydowanie za dużo czasu) – celowo zakupiliśmy bilety na dwa dni do Lizbony. Też były tanie, bo jednak nie darmowe, a stolica Portugalii bardzo nam się podobała. Także polecieliśmy na Azory! Nie wiedzieliśmy nic o tym, jaka pogoda nas tam spotka. Co będziemy jeść, gdzie będziemy spać i co zobaczymy.

Gdzie są Azory?

Co więcej… Przez przypadek dzień przed wylotem moim oczom ukazała się informacja: HURAGAN! Szaleje huragan! Na imię miał Alex, więc sama nazwa niewiele nam mówiła, ale napędziła nam strachu. Mamom też nie wypadało mówić: „Wiesz co mamo? Tak się zastanawiamy, jak się wybrać na Azory, bo… Tam huragan grasuje, a my mimo wszystko lecieć chcemy.” Ostatecznie mamy niczego się nie dowiedziały przed wylotem, więc pozostało nam jedynie zabrać namiot. Na wszelki wypadek.

Plan wyglądał tak: startujemy z Berlina, lecimy do Londynu i tam czekamy 3 godziny, po czym pakujemy się na samolot do Ponta Delgada. Tam spędzamy noc, o 5 rano wylatujemy do Lizbony i kolejnego dnia wracamy na Sao Miguel. Pierwsza nasza noc na Azorach to coś wspaniałego: +15 stopni Celsjusza, bezwietrznie i czyste niebo. Tak czyste, tak bardzo przejrzyste, że mogliśmy zaglądać w oczy gwiazdom. Najlepszy hotel na świecie z najwyższym standardem. Do tego stopnia było przyjemnie, że znaleźliśmy sobie nasz krzaczek pod lotniskiem i bez rozbijania namiotu położyliśmy się spać na materacach. W nocy nastąpiło oberwanie chmury, ale trwało tylko dwie, może trzy minuty, więc w ogóle niezrażeni o poranku porzuciliśmy nasz sprzęt koło lotniska i ruszyliśmy do Lizbony. Wcześniej miało miejsce pewne zamieszanie, po którym udało mi się odzyskać zostawiony w samolocie aparat, a przy okazji poznać przesympatycznych panów policjantów, którzy akurat odbywali swoją służbę na lotnisku. Będąc jedną noc byliśmy zachwyceni klimatem, który był bardzo wilgotny, a przelatująca nad naszymi głowami sowa tylko utwierdziła nas w przekonaniu, że należy tu wrócić. Jakież było nasze rozczarowanie…

 

I żadnego huraganu nie było. Dla wyspiarzy to były lekkie podmuchy wiatru. Owszem, gdzieniegdzie drzewa leżały niczym krowy na pastwiskach z korzeniami wywiniętymi w górę. Tu i ówdzie obsunęła się ziemia, ale żeby od razu nazywać te podmuchy wiatru huraganem? Nie, absolutnie… Po nocy spędzonej w namiocie, podczas której budził nas deszcz, porywy wiatru i muczenie krów ruszyliśmy do Ponta Delgada. Kropiło, mżyło. Określenie jest bez znaczenia. Było po prostu brzydko. Wejście do miasta od strony portu lotniczego nie budziło nas chęci do odkrywania, podróżowania i zwiedzania. Przeszliśmy przez główną drogę kierując się w stronę portu. Mgła i unoszące się nad wały morskie fale. Mnóstwo tirów, które woziły towar ze statków. Deszcz. Nie brzmi jak wycieczka marzeń i nią nie była. Przeszliśmy przez centrum, natrafiliśmy na główny plac. Budynki wokół były białe z czarnymi detalami. Największe miasto na Sao Miguel odznacza się wąskimi ulicami, porozsiewanymi drzewami. Praktycznie nikogo nie spotkaliśmy prócz kilku dusz włóczących się dla nas bez celu. To tutaj podjęliśmy decyzję po druzgocącym załamaniu się, gdy czekoladki z jednego bardziej znanych dyskontów w Polsce nie pomogły. Nawet taki narkotyk, jak czekolada nam nie pomógł. Wypożyczyliśmy białe auto. Opla Corsę za 24 € za dzień, co jak na nas jest nietypowe i… Był to nasz pierwszy raz. Gdy podpisywaliśmy umowę ja już oczami wyobraźni widziałam, że wyśpię się w tym samochodzie, obok niego ugotuję obiad, a w dodatku dojedziemy nim wszędzie. Plan został założony i wykonany w 100%. Mieliśmy auto, wszystkie niezbędne rzeczy. Pozostało nam tylko wyruszyć.

 Ponad rok temu na Gran Canarii mieliśmy szansę oglądać plantację bananów. I niejedna bananiarnia nas zachwyciła. Pomyślisz sobie pewnie, że co to takie widzieć, jak rosną banany? Ja powiem na to, że mnie takie plantacje zachwycają. Niby nic, ale moje oczy się cieszą, że można obserwować rozwój egzotycznych owoców, które mamy na wyciągnięcie w każdym markecie w Polsce. Pierwszym miejscem, do którego się udaliśmy była ananasiarnia.

 Azulejo

Otwarta i pusta niczym najstraszniejsze miejsce na calutkiej ziemi. Przywitała nas pani, która zaprosiła nas do odwiedzania mini szklarni, które przedstawiały poszczególne rozwoje ananasa. Zaczyna się od kawałka zielonego listka, który jest już ukorzeniony. Wsadzamy takiego delikwenta w ziemię. Podlewamy i czekamy. Rośnie. Rośnie i rośnie. Proces ten zjada nieco czasu. Następnie ananasowe dziecko zamienia się w buńczucznego nastolatka. Powoli dorasta, rozwija swoje liście, a liście są nieco nieproporcjonalne do reszty. Kolejnym etapem jest wejście w stan młodzieńca. Młodego mężczyzny, który wypuszcza (przepraszam za niefortunne określenie) palemkę. Taki kikucik. Twardą łodyżkę. Tyle określeń mam wrażenie, że wystarczy na tę chwilę. Na końcu tejże mini palemki pojawia się zalążek. Na zalążku zaczyna zawijać się owoc. Owoc ananasa, który znowuż rośnie, rośnie i rośnie… Ananas prezentuje się, jako dorosły mężczyzna w momencie, gdy ananas będzie pokaźnych rozmiarów. I mimo tego, że opis ten jest nieco kłopotliwy to rzeczywistość oddaje w pełni. Nie tylko rzeczywistość ananasiarni, prawda? Taki ananas jest zrywany i sprzedawany. Aby owoc urósł dorodny należy się nim opiekować. Niezwykle ważnym jest wilgotność powietrza, jakość gleby, ale także zapobieganie szkodnikom. W tym celu pracownicy rozpalają stare liście ananasów w kotłach i nie wentylują szklarni. Jest to jednoczesne działanie na rzecz wybicia szkodników, jak również dbałość o wzrost roślin. Mieliśmy to szczęście, że pan, który wykonywał tę pracę nie wygonił nas, obrócił się bokiem i wszystko mogliśmy zobaczyć. Szklarnie są polewane wapnem, aby w trakcie lata słońce nie spaliło roślin. Na samym końcu, gdy się człowiek napatrzy, można spróbować nalewki ananasowej, proszku z ananasów, konfitury – oczywiście z ananasa, a nawet zakupić sadzonkę czy ananasowe mydło. Azory to jedyne miejsce w Europie, na którym występują plantacje ananasów. Ananas z Azorów to swoista atrakcja, którą należy odwiedzić. Jego cena jest wygórowana (3-4 € za kilogram), jest zdecydowanie mniejszy od swoich braci z Ameryki Południowej. Ananasom na Sao Miguel klimat sprzyja, a według mieszkańców Azorów przebija wszystkie inne ananasy na świecie pod każdym względem, więc niemożliwym jest nie odwiedzenie plantacji. Dodać należy, że ananas na Sao Miguel od dzieciątka do dorosłego mężczyzny dorasta ok. dwóch lat, a praca wokół niego jest codziennością.

         

Oglądałeś kiedykolwiek horror? Tak? A brałeś kiedykolwiek udział w horrorze? Nie? Jeśli nie to jedź na Azory. Niech pada i mży. Niech wieje okrutny, przenikliwy wiatr i niech strach opęta Twoją duszę. Zapomnij o pięknych widokach. Wejdź do samego świata chmur i szczytów. Zagub się i oddaj atmosferze. Wtedy dostaniesz szansę od losu. Napotkasz stary, opuszczony hotel, w którym śmierć zagląda każdemu w oczy. W którym krople wody smętnie i bez uczucia spływają po zdartych płatach tapet, które niegdyś błyszczały w świetle fleszy. Zatop się w swoim misternym odbiciu w kałuży, która służy, jako wodopój dla szczurów. Niech Twoją trwogę wywoła smętne drapanie ułamanej gałęzi o ścianę tam, gdzie szyb już nie ma. Wejdź wyżej. Na balkon. Podziwiaj zniszczone czasem ściany budynku, który jest położony nad punktem widokowym na Lagoa Verde. Straszne i dramatyczne widoki zobaczysz tylko azorską zimą, gdy dmie, chmury przechodzą przez Ciebie niczym duchy, a Ty nic nie widzisz. Budynek starego hotelu to horror sam w sobie, ale można znaleźć tutaj piękno. Piękno natury, która zawsze wygra. Powoli oplata ściany lianami, a teren wokół zarasta i zielenieje. To jest właśnie Haikyo, czyli czar ruin. Swojskiego rodzaju hobby, które polega na fotografowaniu rzeczy przemijających. Zakurzonych latami zapomnienia i osamotnienia. Zjawisko spotykane w Japonii, bo:

Haikyowcy to ludzie, którzy czują nie tylko indywidualną, lecz również gatunkową kruchość człowieczego losu. Po obejrzeniu paru haikyo rzeczywiście można nabrać pewności, że jesteśmy tylko tymczasowymi mieszkańcami Ziemi. Nie ma żadnych podstaw, by sądzić, że nie przeminiemy jak tyle innych stworzeń przed nami. Betonowe ruiny, przedmioty z metalu i plastiku, elektroniczne nośniki z tekstami, których nie będzie już miał kto przeczytać, trochę napromieniowanych śmieci. To właśnie po nas pozostanie. A więc bierzcie aparaty i fotografujcie ruiny w Warszawie, Wałbrzychy, Grudziądzu, Radomsku. Może kiedyś jakaś nowa mieszkanka ziemi, zielonoskóra i dzikooka, wygrzebie takie zdjęcie z haikyo, jakim stanie się cała nasza cywilizacja.Joanna Bator – Rekin z parku Yoyogi.

 
 
 
 
 
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Można się zachwycić, gdy wyjdzie się na ścieżkę, która prowadzi granią. Nie zobaczysz jednak Sete Cidades czy Lagoa Verde, ale poczujesz na własnej skórze moc natury. Wiatr, zimne krople deszczu i… Magia. Tam dzieje się magia, gdy nic nie widać. Nie widać przepaści po lewej stronie prócz wystających niczym z moczarów czubków drzew. Nie zobaczysz po prawej jezior, które w piękny, słoneczny dzień mienią się kolorami i ukazują swoje najpiękniejsze oblicze. Padający deszcz moczy potężne liście roślin, które czują się tutaj jak w niebie. Są w niebie. W chmurach. Wzrastają w niebywałym tempie by swoją wielkością i różnorodnością zakłopotać każdego, kto stanie im na drodze. Goszczą w swych progach ptaki najróżniejsze, których nie jesteśmy w stanie zobaczyć, bo gęstość mleka, które nas otacza jest niebywała. Widoczność sięga maksymalnie kilku metrów, ale… Czyż to nie jest piękne? Nawet zimą?
 
 
 
 
To nie był nasz najlepszy podróżniczy dzień, ale zmusił nas do refleksji, a to jest wartością samą w sobie. Po pierwsze wszystkie nasze poprzednie wyprawy były przepełnione ogromnym szczęściem atmosferycznym. Owszem, marzliśmy wielokrotnie, zmokliśmy, spaliliśmy się w 50 stopniowych upałach, a lawiny błotne i zamknięte drogi zmieniały nam plany. Mimo tego, zawsze coś dało się wymyślić! Druga refleksja przeczyła pierwszej. To nie niebywałe szczęście sprawiało, że poprzednie wypady były udane, ale nasza determinacja, żeby coś wymyślić i zniwelować powyższe nieprzyjemności. Po trzecie w końcu zrozumieliśmy, dlaczego ludzie biorą urlop w najlepszym sezonie pogodowym i jadą w miejsca sprawdzone, za co płacą mocno zawyżoną cenę. Urlop to moment w ciągu roku, kiedy człowiek nie chce wymyślać. Po tym krótkim czasie refleksji, przestaliśmy przeklinać wyspę, bo nie ona jest winna, że jest zimna, a skupiliśmy się, aby coś wymyślić – w końcu niemożliwe nie istnieje.