Azorska dzikość natury!

Jest gdzieś na Oceanie Atlantyckim kilka malutkich wysepek. Porozsiewanych niczym małe ziarenka maku. Trzeba się mocno naszukać, aby je zobaczyć, ale.. Warto. Naprawdę warto. Na każdym wzgórzu w zależności od nastroju siedzi beza. Puchata beza, która czasami od niechcenia zamerda ogonem. Powoli i z pełną koncentracją żuje trawę. Niekiedy uda jej się dorwać kwiatka. Wtedy znakomicie poprawia jej się humor i idzie usiąść na skraju klifu lub pola by polować na inne okazje. Co jakiś czas smętnie, bez wysiłku beza przekręci głowę i popatrzy na to, co dzieje się w oddali. Tam ludzie biegają z aparatami, narobią trochę szumu, ale na szczęście wiatr rozmywa ich głosy. Rzadko, bo rzadko, ale jednak beza potrafi podejść do przysłowiowego płota i się uśmiechnąć. Pogada z tymi ludźmi, co to tyle hałasu narobili, jeśli wydadzą jej się wystarczająco interesujący. Niczego jej nie brakuje. Klimat jest bardzo sympatyczny, a beza ma spore płuca do oddychania i czerpania wszystkiego, co najlepsze ze świeżego powietrza. Zawsze wyczuje smakowity kąsek, ale nie zawsze po niego sięgnie. Z czystego lenistwa. Poza tym, kto by się spieszył, gdy wiadomo, że o każdej porze dnia i nocy, a także w każdy dzień roku jakiś smakowity kąsek się znajdzie? Na pewno nie beza. Beza ma czas. Ma bardzo dużo czasu. Nie zawsze nawet schodzi z pola, bo, po co? Czasami człowiek ją przegoni za płot obok, doleje jej wody albo sypnie karmy do pojemnika. Mimo tego i tak najsmaczniejsza jest soczysta, chrupiąca i młoda trawa, która jest czystą poezją samą w sobie. Bardzo przyjemne jest machanie ogonem. Znowuż tak od niechcenia, bo jak to? Machać ogonem specjalnie? I patrzy beza swoimi ufnymi oczami na otaczającą ją przyrodę. Czuje na pysku powiew wiatru oceanicznego, zapach nieskazitelnej natury. Patrzy na swoje współtowarzyszki i dalej jest sobą. Jest krową, ale te krowy, które siedzą na zboczach soczyście zielonych wzgórz są jak bezy. Z daleka puchate i łaciate. Pousadzane jak bezy na torcie. Bardzo smakowitym torcie. Krowy na Sao Miguel mnie zachwyciły. Były szczęśliwe i raźnie przebierały kopytami, gdy już się na to zdecydowały. Ufne, a czasami nawet rozmowne. Dla samych łaciatych przyjaciółek warto się wybrać na Azory. Dla przykładu, na najmniejszej wyspie Corvo na ok. 430 mieszkańców przypada aż 1500 krów.

       

Ponadto, Sao Miguel przyrodą stoi. Do ptasiarzy się nie zaliczam, ale myślę, że każdy z nich znajdzie dla siebie zwierzę do fotografowania i podziwiania, za którym będzie się uganiać po całej wyspie o każdej porze dnia i nocy. To tutaj można „zapolować” na podziwianie gila azorskiego. Zza każdego zakamarka atakują wybujałe rośliny, które nie znają umiaru. I rosną. I rosną. I jeszcze rosną. I gdyby nie ludzie ręce to z wielką ochotą zarosłyby calutką wyspę. Wspinają się na murki, drzwiczki od szopy, a czasami popełniają misje samobójcze wystawiając swoje głowy na drogi. Naprawdę nie mają umiaru w tym, co robią, ale z drugiej strony trudno im się dziwić. Atmosfera jest fantastyczna na tego typu działania. Łagodny, podzwrotnikowy klimat, który utrzymuje na wyspie średnio 20°C to marzenie nie jednego z nas. Relatywnie wysoka wilgotność i… Voila! Można rosnąć po samo niebo nie bacząc na nic. Jeśli się postaramy to znajdziemy endemiczne okazy takie, jak krzew ostrokrzewu bądź wrzosy. Dodatkowym atutem dla natury na Sao Miguel jest sam fakt jestestwa tej wyspy. Sao Miguel to wulkaniczny krajobraz, który prezentuje się jak wycięty z najśmielszych snów o dzikich zakątkach naszego świata. Jest to Zielona Wyspa, w której królują dwa potężne wulkany oddzielone połaciami zielonych pastwisk nagle urywającymi się w czeluściach Oceanu, wzgórzami porośniętymi drzewami i krzewami, źródłami termalnymi i niskimi pasmami górskimi. Jest to bardzo mała kraina, w której gnieżdżą się jeziora powulkaniczne. Przypomina to nieco durszlak z większymi oczkami poprzecinany wulkanicznymi wyrostkami. Kilka z jezior znajduje się przy samym Sete Cidades i są to: Lagoa Verde, Lagoa de Santiago i w końcu Lagoa Azul. Przy tym ostatnim postanowiliśmy wybrać się na krótki spacer. To właśnie w tym miejscu poznaliśmy jedną z naszych nowych znajomych. Łaciatą i skorą do rozmowy. Śmiem twierdzić, że nawet się do nas uśmiechnęła na swój krowi, uroczy sposób. To tutaj mieliśmy okazję podziwiać kaczki, które w chwilę po skoku z zielonego pola znikały w czeluściach jeziora Azul za sprawą wszędobylskiej mgły.

Kolejnym naszym krokiem była podróż wzdłuż linii brzegowej z Sete Cidades w kierunku wschodnim północną częścią wyspy. Dla nas była to jedyna słuszna opcja, ponieważ drugiego dnia nastąpiło nieznaczne rozejście się chmur, ale tylko przy samej linii brzegowej. Kierowaliśmy się z Sete Cidades przez Pilar, Santa Barbara, CapelasRabo de Peixe, Ribeira Grande aż do Sao Bras. Mijaliśmy potężne klify, które z zamachem próbowały wdzierać się w Ocean. Od ich samego czubka ciągnęły się zielone łąki, na których trawa była lśniąca. Tak bardzo soczysta, że po nadepnięciu na kępę woda strzelała spod stóp. Ziemia miękka i nasiąknięta nocnym deszczem chętnie pochłaniała ślady naszych stóp. Porywisty wiatr wnika w każdy niedopięty kawałek ubrania, ale i tak jest pięknie. Powietrze jest czyste i z dużą siłą wnika do naszych płuc. Jest czym oddychać! Poniżej widać czarne niczym smoła połacie bazaltowe. Z tym kolorem kontrastują poustawiane w rządek na brzegu klifu wcześniej wspomniane krowy. Nieopodal konie zaznaczają swoją obecność poprzez parskanie i zamaszyste otrząsanie swoich grzyw. Wyraźnie zainteresowane naszą obecnością i niepłochliwe, próbują się z nami witać. Ich wyczesane ogony powiewają na wietrze.

W oddali rysuje się grubymi, czarnymi i brązowymi kreskami kościół, spod którego wydobywa się szum rozbijających się o brzeg fal. Budynek jest mały i skromny. Momentami zlewa się z kolorem nieba tworząc coś na kształt chmury. Trwa w tym miejscu mimo sztormów, huraganów i deszczu. Widać wyraźnie oddzieloną od reszty budynku dzwonnicę. Dach w kolorze zaschniętej krwi kontrastuje z otaczającym budynek błękitem. Środek jest skromny. Wręcz ascetyczny. Bez zbędnego szumu i poklasku. Pachnie wilgocią. Drewniane belki skrzypią przy każdym porywie wiatru. Z pozoru to miejsce jest nieprzyjazne. Ławy są skromne, wąskie i niezbyt wygodne. Ołtarz ograniczony do minimum, a na ścianach nie ma za wielu obrazów i ozdób. Po wyjściu na zewnątrz i przejściu jakichś dwudziestu kroków można dojść do kaplicy. Nad drzwiami wisi nierówno wymalowany rok budowy. Wejście na cmentarz to mała, skromna brama, która otwiera się ze skrzypieniem. Woła do nas coś w swoim języku, ale my nie rozumiemy. Cmentarz jest kolorowy. Na każdym nagrobku ktoś położył barwne, sztuczne kwiaty – wymysł XX wieku. Ich płatki nie powiewają na wietrze, ale to niczemu nie szkodzi. Liczy się pamięć. Prawie na każdej tablicy znajduje się zdjęcie zmarłego z uśmiechem. Trudno się samemu nie śmiać, gdy pięć metrów od nas muczy krowa, która z zainteresowaniem się nam przygląda ze swojego pola. Cmentarz w tym miejscu to malowniczo położone miejsce, w którym dogoni Was zaduma, a wspomnienia zaczną wyciskać łzy. Można powiedzieć, że to od wiatru przecież, bo strasznie tu dmie, ale to nieprawda. Smutek leniwie się tutaj przechadza, ale całość to przypomnienie tego, co minęło. Zabudowa portugalska na Sao Miguel jest prosta, a jak wiadomo – w prostocie tkwi siła. Budynki są praktycznie białe, nie licząc przybrudzeń pojawiających się znikąd. Na ich krawędziach falują czarne i brązowe kolory niczym lampasy na spodniach. Dachy są czerwone. Ceglaste, karmazynowe, rubinowe, szkarłatne, a nawet wiśniowe. Charakternie oddzielają się od lasów, pól, oceanu i nieba. Jest pięknie.

Jest tak bardzo sympatycznie, że nogi same nas ciągną by poznać smak wody. Zanurzyć się, choć na chwilę, radośnie pomachać palcami, nawet tym najmniejszym u lewej nogi. Z kolei największym u prawej nogi chętnie można by rozbijać fale. Chciałoby się popływać, pohasać w bezkresnej, błękitnej głębi, ale… Plaż nie ma za wielu. Co jakiś czas można napotkać czarne, wąskie pasy, które funkcjonują, jako przystanie dla łódek. Najwięcej przy plażach jest kamieni i mew, które biją się na skrzydła o jak najlepsze miejsce do obserwacji lokalnego życia. Raz za razem wystają z dna skały, które dumnie prężą swoje muskuły i zmagają się z wodą. Plaże na Sao Miguel są piękne. Pochodzenia wulkanicznego, bardziej kamieniste niż piaszczyste i możemy je znaleźć np. w Riberia Grande,Mosteiros, Pópulo Vinha da Areia i Ribeira Quente czy Amora, Viola oraz Lombo Gordo. Na pewno nie są to Złote Piaski. Oj nie… Całość to dzika strona natury, która jeszcze nie została ujarzmiona i mam nadzieję, że nie będzie.