Doba w Londynie. Dlaczego warto wyjeżdżać na 1 dzień.

Cały wypad rozpoczął się od porzucenia auta w okolicach Ławicy i lekkiego truchtu w celu zdążenia na samolot – było dobrze przed 7 rano. Lot niczego sobie – standardowo nic z niego nie pamiętam, ponieważ załącza mi się tryb spania. Po wylądowaniu wsiedliśmy w busik, na który wcześniej zakupiliśmy bilety (TUTAJ). Koszt przejazdu z Londynu Luton do centrum wyniósł 2 ₤ w jedną stronę – wylądowaliśmy na Baker street.

Sherloka Holms’a pełno na ulicach w postaci barów, bibliotek czy wystaw. Wszędzie wszędobylska fajka i czapeczka, ale dobry symbol to źródło świetnej reklamy miasta. Jednego, czego nie można snobistycznemu Londynowi odmówić to mnóstwo ptactwa różnego rodzaju. Żurawie, kaczki, łabędzie to element nieodłączny każdego parku. Udało nam się również uchwycić wyjątkową, niezwykłej urody wiewiórkę pałaszującą coś dobrego, ale wracając do zwiedzania…

Niezwykłej urody wiewiórka w James Park.

W Londynie można spotkać „sztukę” oddaną zwierzętom. Przykładem może być niebieska głowa konia postawiona przed Hyde Parkiem. Ciężko mi to zinterpretować po dziś dzień, ale była tak bardzo brzydka, że aż wstyd jest ją komukolwiek pokazywać…Sam Hyde Park nie zachwycił nas i nie uniósł na wyżyny liryczne. Ot – kawałek ziemi ze skoszoną trawą, gdzieniegdzie kwitnące drzewka, trochę ludzi z psami. Jako miejsce koncertów, wielkich imprez czy wieców przy słynnym rogu mówców, gdzie każdy może bezkarnie ogłaszać swoje poglądy (o ile nie obrażają Królowej) musi sprawdzać się znakomicie i stanowi doskonałe rozwiązanie dla mieszkańców. Każdemu blisko, ogromna przestrzeń (ponad 150 ha), wielkie jezioro, gdzie można uprawiać wszelkie sporty wodne lub po prostu posiedzieć. Londyńczycy mogą być tutaj aktywni na wszelakie sposoby, łącznie z jeździectwem konnym. W czasie Igrzysk Olimpijskich odbywały się w Hyde Parku zawody w triathlonie. Głośny koncert lub tłum kibiców\słuchaczy nikomu nie wadzi, bo do najbliższych zabudowań jest kawałek, a każdy może znaleźć dla siebie kawałek miejsca. Ale my nie jesteśmy Londyńczykami, tego dnia imprezy żadnej nie było, a róg mówców nikogo nie gościł, więc nie dane nam było rozkoszować się rozrywką przeznaczoną tylko dla autochtonów.

Dalsza wędrówka ulicami potężnego miasta niezniszczonego przez wojny z czasem przynosiła coraz więcej korzyści płynących ze zwiedzania. Na pewno można powiedzieć, że Londyn jest miastem, w którym przyjemnie jest się zgubić. Trafiają się bardzo ciche i malownicze kamieniczki w samym centrum miasta. Niestety wszystkie rozsiane są po całej metropolii, więc dokładne zapoznanie się z miastem wymaga dobrego przewodnika, albo po prostu należy zwiedzać z rdzennym Londyńczykiem. Z całą pewnością przegapiliśmy mnóstwo urokliwych miejsc, ale te które bardziej lub mniej celowo oglądaliśmy pozwalają nam zaliczyć ten wypad do udanych. Miasto jest również „zielone” z dosyć dużą ilością krzewów, drzew, kwiatów to zdecydowanie jest in plus.

Kolejnym etapem była wizyta w Muzeum Nauki, które posiadało tzw. interaktywną możliwość korzystania z różnych gadżetów. Sprawdzanie swojego IQ z grupą dziesięciolatków do najprzyjemniejszych nie należało, natomiast można było podziwiać i pobawić się rzeczami, które otrzymywać można za pomocą drukowania 3D. Podziwiać można również maszyny parowe skonstruowane przez Jamesa Watta, słynny parowóz o wymownej nazwie: Rakieta George’a Stephensona, czy prototypowe/pionierskie odbiorniki telewizyjne Johna Bairda. Istnieje możliwość określenia i zobaczenia świata za 30 lat, można polecieć na Marsa jednocześnie zmieniając płeć. Sporo tam też bliskiej nam fizyki, ale warto przekonać się o tym samemu, ponieważ wstęp jest darmowy.

Obok – rzut beretem, 2 minuty drogi dalej –znajduje się Muzeum Historii Naturalnej, z którego – z oszołomienia? – zdjęć w super świetnej jakości nie posiadamy. Znajduje się ono od strony Cromwell Road przy Exhibion Road. Kolekcja to ponad 70 milionów eksponatów w tym symulowane trzęsienie ziemi, a także T-Rex, który chciał nas pożreć i jak na swój wiek (żył ok. 68 milionów lat temu) ruchawy był niesamowicie. Wszystkiego można dotknąć, trochę popsuć, podziwiać różne dinozaury (a w zasadzie ich szczątki bądź repliki). Ciekawostką jest „plasterek” o średnicy 6 metrów wycięty z pnia sekwoi i umiejscowiony na samym szczycie muzeum. Wstęp do muzeum jest bezpłatny (TUTAJ)!

Muzeum jest naprawdę dobrze zorganizowane, a mnogość eksponatów przyciąga tłumy zwiedzających. O każdej porze dnia należy się spodziewać gwaru i zgiełku nietypowego dla muzeum. A wśród widzów są ludzie z całego świata, wszak Londyn przyciąga 30 milionów turystów rocznie! Zupełnie inną sprawą jest, że wycieczki szkolne także składają się z dzieci o różnych rysach twarzy i odcieniach skóry. Multikulturowość społeczeństwa jest tak duża, że jako turyści praktycznie nie wyróżnialiśmy się w ogóle. No, i plusem było, że każdy mówił po angielsku, co przy innych naszych wyprawach nie jest standardem.

Odlew szkieletu diplodoka w holu głównym Muzeum Historii Naturalnej.

Po rozmowie z dinozaurami i obejrzeniem repliki 1:1 wieloryba oraz słonia podążamy pod dom Królowej Elżbiety, którą każdy zna i tej pani nikomu przedstawiać nie trzeba. Trzeba jej oddać, że domek ma niczego sobie – w centrum dużego miasta z ogromnym placem. Po wyjściu/wyjeździe czy spojrzeniu z balkonu Królowa Elżbieta (wiecznie żywa, przeżyła już kilku prezydentów USA) podziwia z Pałacu Buckhingam pomnik Królowej Wiktorii Hanowerskiej. Przed pałacem zawsze stoi grupa przyjezdnych, którzy wykazują entuzjazm na każdy ruch po wewnętrznej stronie ogrodzenia. W sumie ciekawe jakie to uczucie otworzyć okno i zobaczyć, że nagle wszyscy powstają, uśmiechają się i wiwatują. Może w przyszłości warto zostać Królową bądź Królem? Niestety, nie mogliśmy się przekonać, jak głowa królewskiego rodu reaguje na poddanych, co gorsza nie udało nam się zobaczyć uroczystej zmiany warty. W okresie od sierpnia do kwietnia odbywa się co drugi dzień i nasze starania z góry skazane były na porażkę. To jest znak, że wypady jednodniowe nie mogą zapewnić pełnego zadowolenia i zawsze pozostaje jakiś niedosyt. Niemniej jednak, umundurowanych w czerwone uniformy i wielkie czapko-perułki strażników widzieliśmy.

Niedaleko pałacu znajduje się bardzo klimatyczny St. James Park, w którym spotkać można mnóstwo ptactwa (w tym żurawie i kolorowe kaczuchy), a także wiewiórki, które niekoniecznie boją się ludzi. Najważniejszym punktem jest most nad jeziorem, z którego roztacza się taki piękny widok. Z parku widoczne jest również diabelskie koło, London Eye, całość parku jak na parki królewskie przystało, bardzo zadbana, świeża i przyjemna dla zwiedzających i mieszkańców. St. James Park miał zdecydowanie większy klimat niż Hyde Park, być może dlatego, że cała flora i fauna skompensowana została na mniejszej powierzchni.

Głównym  punktem wycieczki jest oczywiście parlament w brawurowy sposób położony nad Tamizą. Wieża zegarowa znajdująca się przy parlamencie to wszystkim znany Big Ben. W 2012 roku nazwany Elizabeth Tower na cześć 60-lecia panowania królowej Elżbiety. Trzeba pamiętać, że rodzina królewska jest znana i bardzo lubiana wśród Anglików, co ma bezpośredni wydźwięk na ulicach, a także w pochlebnych słowach skierowanych w stronę księżnej Kate, księcia Williama oraz Karola, królowej Elżbiety czy najmłodszego potomka jeszcze w pieluchach. Niedaleko Opactwa Westminster znajduje się tablica pamiątkowa, która przypomina o wielkim, światowym ślubie Kate i Williama. Historia opactwa jest jednak zdecydowanie dłuższa, gdyż jest to najważniejszy kościół w Anglii i już prawie od 1000 lat jest miejscem koronacji królów i królowych na wyspach. Prawie 1000 lat, ponieważ pierwsza koronacja Wilhelma I Zdobywcy odbyła się w 1066 roku i nieprzerwanie od tego czasu odbywają się wszystkie koronacje właśnie tutaj. Wewnątrz można zobaczyć tron św. Edwarda na którym siadali przyszli władcy Imperium Brytyjskiego „nad którym słońce nie gasło”. W Opactwie pochowanych zostało także wielu wybitnych architektów, pisarze z Szekspirem na czele oraz bliższych nam uczonych: Netwon, Darwin, Kelvin czy Ruthenford w pełni zasłużyli na pochówek w tym miejscu.

Oczywiście w pierwszym napotkanym punkcie informacyjnym otrzymacie mapkę miasta i niezbędne informacje (ale macie je również TUTAJ). Wszystkie muzea funduje Królowa Elżbieta, więc są darmowe. Komunikacja miejska jest stosunkowo droga, np. istnieje możliwość zakupu tzw. Visitor Oyster card za 3 ₤ (TUTAJ). Wpłacamy na nią określoną kwotę, tj. 10, 15, 20, 30, 40 lub 50 ₤ i możemy poruszać się dzięki bus, Tube, tram, DLR, London Overground oraz NationalRail services in London (wszystkie niezbędne informacje znajdziecie w odnośniku).

Zielone wyspy nie powinny być kojarzone tylko z pracą i zarobkami. Anglicy dbają o swój kraj i chcą się pokazać (jeśli mowa o zwiedzaniu) z jak najlepszej strony.

Warto polecieć nawet na jeden dzień do Londynu!