O Dzieciach w Wietnamie

Gdy wychodzimy z lotniska, dzień nie zdążył jeszcze nas zastać, ale powietrze pachnie wodą i trawą. Gdy tylko zaczynamy rozglądać się kilka kilometrów za Hanoi w poszukiwaniu transportu do Sa Pa, moim oczom rzuca się obrazek, w którym matka gotuje to, co potrafi najlepiej, a dzieci jej pomagają. Trochę się bawią, trochę nie wiedzą, co mają zrobić, a trochę noszą garnki i czasami coś umyją. Są umorusane, ale tam umorusany jest cały świat, a kurz przelewa się niczym rzeka przez nas.

Wybraliśmy się na krótki trekking, a bardziej spacer po wzgórzach za Sa Pa. Była piękna pogoda, słońce świeciło, ale tym razem nie parzyło. Było łaskawe i znośne, a jego moc była umiarkowana. Przy drodze poniżej tarasów ryżowych pasły się krowy. Miały znudzone spojrzenia, a ich jedynym zajęciem było przeżuwanie trawy i mętne spozieranie na świat. Poganiał je mały chłopczyk, nieco zdziwiony naszą obecnością. Może się nawet przeraził, gdyż nie chciał do nas podejść, zatrzymał się i obserwował. W tym momencie nic na świecie się nie zmieniło, wiatr wiał tak, jak wcześniej to robił, a woda krążyła w obiegu ziemi, lecząc ją od niechcianych trucizn. Wieś w Wietnamie to ujmująca prostota, codzienne trudy i zmagania, a biorą w tym udział dzieci. Nic nowego, tak powiesz. Tak, to prawda, coś o tym wiem, bo sama żyłam na wsi i na niej się wychowywałam. Skórę mam twardą niczym płachta, a jednocześnie delikatną i podatną na uszkodzenia. Nie byłoby jej, gdyby nie wieś, gdyby nie wiele prac, które wykonywałam, ale dzieci w biednych krajach mają ją jeszcze grubszą. I nie mają ten szansy, którą ja miałam i wykorzystałam. To największa różnica.

Gdy wchodziliśmy po schodach wzdłuż tarasów ryżowych w Sa Pa, moją uwagę przykuły wystrojone dzieci. Wyglądały pięknie. Ich tradycyjne stroje splatały się w jednym uścisku ze spadającymi przez chwilę z nieba kroplami deszczu. Połyskiwały bajkowo w promieniach zachodzącego słońca po to, aby wabić każde wspomnienia. Spokojnie wspinając się na wzgórze, zauważyłam małą dziewczynkę. Oczy miała przymrużone, była zmęczona życiem, a miała zaledwie kilka lat. Skrywały one wielki smutek i nijakość. Były niby zasnute mgłą, ale piękne w spojrzeniu. Delikatnie zerkały zza koralików, ale bez żadnego obranego celu. Miała w ręku owoc, który jadła od niechcenia. Nie dlatego, że jej smakował, ale dlatego, że jeść trzeba. Patrząc na nią zrobiło mi się przykro. Jakiś czas temu na jednej z grup fotograficznych udostępniłam właśnie to zdjęcie, na które teraz patrzysz. Okazało się, że ktoś wcześniej widział tę dziewczynkę. Jej matka wciskała ją każdemu do zdjęcia, bo za zdjęcie należy się zapłata. Ludzie płacą, a dziewczynka nadal siedzi na schodach wystrojona.

Dzieci pomagają również w utrzymaniu domu. Sprzątają, zajmują się załatwianiem wszelakich sprawunków, a także pomagają w codziennym zarabianiu pieniędzy. Czasami zmywają naczynia, niekiedy podają jedzenie gościom, innym razem udzielają się w prowadzeniu pól ryżowych.

Potrafią być też tylko dziećmi i cieszyć się z codzienności. Niedaleko Ninh Binh zasuwały na rowerach po błocie, nie oglądając się na nic. Może z wyjątkiem nas, bo były zaciekawione. Widoczne było, że mają jakąś życiową misję, którą właśnie teraz muszą wypełnić. Większość z nich uczęszcza do szkół, pędząc na swoich skuterkach, a kokardy za nimi powiewają. Wylewają się, jak ryby z wodospadu, a ich cechą charakterystyczną są jednakowe barwy mundurków. Ich buzie są roześmiane, nie mają zmartwień, po prostu cieszą się. Dzień za dniem ich życie się zmienia tak, jak zmienia się ich miejsce zamieszkania. Po nich widać wzloty i upadki kraju, wojny, rozkwit i nijakość.

Dodam jeszcze, że gdy po raz pierwszy, bez żadnego dodatkowego komentarza pokazałam moim przyjaciołom i bliskim znajomym zdjęcie dziewczynki jedzącej przekąskę, ich zachwyty były niesamowite. Gdy opowiedziałam im o historii tego zdjęcia, wszystko prysło w mgnieniu oka. Spójrz jej w oczy.

Życie dzieci na świecie jest bardzo zróżnicowane.

Warto o tym pamiętać.