Ninh Binh, kulturalne zagłębie Wietnamu

Z Ha Long uciekliśmy do Ninh Binh, kolejnej mekki dla osób, które szukają kontaktu z naturą i jeszcze większej ilości pól ryżowych. Pól, a nie tarasów, ponieważ Ninh Binh położone jest ok. 100 km od Hanoi i gór tam zwyczajnie nie ma. Co najwyżej, delikatne wzniesienia i pagórki.

Droga z Ha Long do Ninh Binh to jazda małym busem z zawrotnymi prędkościami na zakrętach, ale w zasadzie lekka i przyjemna. Wystartowaliśmy o 6.00 rano i przed 10.00 byliśmy na miejscu. Dzień wcześniej Łukasz podreptał na dworzec w Ha Long, tam od razu chciano go wieźć do celu, ale podziękował i umówił nas na kolejny dzień. Na dworcach nie ma rozkładów jazdy, ale Wietnamczycy wszystko wiedzą, więc są chętni do pomocy. Ja w tym czasie pospacerowałam po sklepach, wróciłam na spokojnie do naszego hoteliku i czułam się wyjątkowo bezpiecznie, jak w całym Wietnamie. W Ninh Binh wynajęliśmy skutery w pierwszej, lepszej wypożyczalni, która była podwórkiem zawieszonym praniem z napisem „motorbike rent”. Bardzo jasny i czytelny sygnał, którego w tamtym momencie szukaliśmy. Podczas szukania noclegu nie byłabym sobą, gdybym się nie potargowała*. Hotel znaleźliśmy na jednej z głównych ulic tego miasta. Szybka akcja z parkowaniem i weszliśmy do recepcji. Ceny za nocleg nie zachęcały, bo widniała tam informacja, że za jeden nocleg dla dwóch osób na dwa dni należy zapłacić 800.000 VND, a hotel wyglądał naprawdę porządnie. Po krótkim przywitaniu i wymienieniu uśmiechów przyszła pora na moment kulminacyjny. Po pytaniu o cenę za nocleg i sugestię, że ceny na kartce są dla nas za wysokie padło pytanie: a ile chcecie zapłacić? W to mi graj! Uznałam, że uczciwą ceną poza sezonem to 500.000 VND za dwie osoby za dwie doby. Pani przekrzywiła głowę, uśmiechnęła się i odparła: 600.000 VND za dwie osoby za dwie doby będzie w porządku. I w ten oto sposób mieliśmy nasze spanie za ok. 100 zł w naprawdę ładnym, wysprzątanym hotelu, który sprawiał wrażenie w tym momencie opustoszałego, ale obie strony były zadowolone.

I tak naszą wycieczkę na skuterkach rozpoczęliśmy od kierunku na Tam Coc, wioski położonej na południowy zachód od Ninh Binh. Oczywiście, znajdują się tam pola ryżowe i nie byłabym sobą, gdybym nie napisała, że to właśnie wietnamska wieś mnie urzekła najbardziej, a rosnący ryż w ogóle mi się nie nudził. To tam, przedzieraliśmy się przez błoto wzdłuż rzeczki, po której pływały rozleniwione kaczki. To tam dzieci minęły nas na rowerach, dziwnie na nas spozierając, bo jak można inaczej patrzeć na białych, którzy spacerują po błocie i cieszą się z widoków naokoło? Może trochę kropiło, ale deszcz to nie problem w tak uroczych zakątkach. I tam kwitnie życie na wsi, w której niekiedy drogi są podmoknięte albo ich nie ma, pranie wesoło wisi na linkach i na drzewach, a obok pani zarzuca sieci w polu ryżowym z nadzieją na złapanie obiadu. I faktycznie, coś jej tam chlupotało, więc jakaś ryba się trafiła.

To jest to kulturalne zagłębie północnego Wietnamu, którego mieliśmy szansę doświadczyć. W każdym zaułku, w drodze, które nagle się urywała, byliśmy w stanie znaleźć przepięknie usytuowany cmentarz, kapliczki, świątynie, a nic piękniej nie wyglądało, jak grób położony na środku pola ryżowego. Nie jestem pewna, w jaki sposób obchodzi się ze zwłokami, ale możliwe jest, że babcia czy też dziadek oddali swe ostatnie siły witalne ryżowi. Nie oceniam. Ponadto, w świątyniach leniwie spędzają czas psy, które są tak zajęte rozmyślaniami na temat ich egzystencji, że nawet łbów nie podnoszą do głaskania. Wokół rosną drzewa chlebowca i bezproblemowo można dotykać te twory, które wyglądają jak wielkie smocze jaja zawieszone na cienkiej linii życia. Charakterystycznym jest spotykanie ozdobników w kształcie smoków, które głównie kojarzą nam się z Państwem Środka. Wietnam to miejsce, w którym smoki się budzą w świątyniach porozrzucanych po najmniej dostępnych zakątkach, na dachach, balustradach. Siedzą przyczajone, niekiedy mają groźne poza jakby broniły swoich terenów, a wydaje się, że są gotowe do ataku. Ciągle wierzy się, że przed tysiącami lat to pan smok i pani wróżka byli założycielami narodu wietnamskiego. Urodzili Wietnamczyków, płodząc istniejące obecnie społeczeństwo, którego potomkami jest królewski ród Hung. Pierwsi ludzie zaczęli uczyć pozostałych, jak uprawiać ryż i dlatego do świątyń przynosi się po dziś m.in. ciastka ryżowe w darach.

Z jeziora Thung Hang Cá wypływają wycieczki. Możecie wynająć kajaki lub łódź z przewodnikiem, my zdecydowaliśmy się na jazdę wzdłuż rzeki na naszych motorkach. Napotkacie tam wiele świątyń, grobów, przebiegające przez drogę kozy i konie. Czy jest coś piękniejszego niż takie zagubienie się w obcym kraju? Jest to miejsce magiczne, ale trzeba pamiętać, że mocno turystyczne. Sporo jest tam naszych ludzi, a każdy z nich, tak jak my, chce coś z Wietnamu uszczknąć dla siebie. Warto poczuć ten panujący wokół spokój, pooddychać mokrym powietrzem, rozejrzeć się i docenić piękno otaczającej nas natury. Niech będzie to świątynia usytuowana na totalnej dziczy, gdzie dostaniesz się małą, polną ścieżynką, wokół rośnie mnóstwo ryżu, kobieta łapie ryby na kolację, znad wody wystają potężne skały wapienne, a jeśli się dobrze przyjrzeć to z oddali majaczy jaskinia, do której warto zajrzeć. Tym właśnie są okolice Ninh Binh w czasie, gdy „szczyt sezonu” nie obowiązuje.

Wybraliśmy się również kolejnego dnia na północ do Gia Vân do parku krajobrazowego Van Long Wetland Nature Reserve. Pogoda specjalnie nie dopisywała, bo wiało i padało, ale mimo tego to miejsce również ma swój urok. To, co było dla nas najbardziej zaskakujące to kościół, który minęliśmy po drodze, ponieważ przypominał coś, co możemy zobaczyć w każdym polskim mieście, a nie na wsi w Wietnamie. Widok bardzo osobliwy i porównywalny do wrażenia, które spowodowane byłoby lądowaniem statku kosmicznego w centrum Poznania. Kompletnie ten budynek mi tam nie pasował i niemo się kłócił z otaczającą go rzeczywistością. Był jeszcze nieukończony, ale moim zdaniem w ogóle nie powinien się tam znaleźć. Wracając do przyjemniejszych tematów: ponownie widzieliśmy piękne pola ryżowe, przepiękne liście porastające jezioro w okolicach Núi Mèo Cào, które wyglądały jak żywy dywan oraz skały wapienne. Cudny jest ten park narodowy i jest to miejsce, do którego kiedyś chciałabym wrócić tak, jak do Ha Giang. Krótkie spacery, jazda wzdłuż jeziora, na powrocie fantastyczne jedzenie oraz woda kokosowa i obcowania z lokalnymi mieszkańcami to dla nas był idealny czas. Oczywiście, w Ninh Binh również można wynająć łódkę z przewodnikiem, który z Wami przepłynie najciekawsze zakątki, ale my momentami widzieliśmy jedynie ścianę deszczu.

Dotarliśmy również do Bái Đính Pagoda, miejsca pielgrzymek z oryginalną, buddyjską świątynią. Jest to potężny kompleks świątynny, w którym należy się nastawić na długie spacery i pokonywanie schodów, a cały teren, jaki zajmuje Bái Đính Pagoda to 700 hektarów, położona jest na wzgórzach Ba Rau w pobliżu rzeki Hoa Long. Miejsce jest niezwykle urokliwe, a skąpane w siąpiącym deszczu wydawało się magiczne. Po wejściu na teren świątynny od razu Waszym oczom ukaże się potężna i wysoka świątynia. W środku znajdziecie posąg Buddy, uśmiechniętego i szczęśliwego, na wzgórzu również, a całość przedstawia się klasycznie z zachowaniem tradycyjnych stylów architektonicznych. Wykonanie jest świetne, ale miejcie na uwadze, że cały kompleks powstał na przełomie lat 2003-2010 (główne świątynie) i w dalszym ciągu jest rozbudowywany (ścieżki, place, itd.). Oryginalna świątynia Bai Đính znajduje się u podnóża wzgórz ok. 800 metrów od nowej świątyni. Wspinając się po serii ponad 300 kamiennych stopni, ścieżka przechodzi pod ozdobną bramą. Sama świątynia znajduje się w szeregu małych jaskiń na zboczu góry i prócz buddyjskich bóstw czczone są tam również duchy gór. To, co wyróżnia ten kompleks to ogromne nasadzenia oraz rozbudowa i wyraźnie widać, że całość budowana jest z rozmachem. Mimo tego, spędziliśmy tam fantastyczny czas, a takie detale, jak kamienny żółw, pomniki żurawi stojących na żółwiach, różne odsłony Buddy czy też drzewo bonsai, na którym zainscenizowano życie świątynne, cieszą oczy.

Nie mniej, nie ujmując Ninh Binh to jest to miejsce fantastyczne i polubiłam się z nim za dostęp do natury oraz możliwość odkrywania różnych zakątków. Jest tam wiele nieodkrytych ścieżek, w które warto się zaplątać i zagubić, by zobaczyć chociażby przeskakujące przez drogę kozy, konie lub zadumać się w świątyni bądź przy grobach.

Polecam używać aplikacji Maps.me, ponieważ to z niej możecie korzystać bez internetu (mapy offline są dostępne po wcześniejszym ich pobraniu) i są zaznaczone w niej wszystkie świątynie i miejsca, o których wspominam wyżej. Zwyczajnie: te mapy są po prostu bardzo dobre.

 *Nigdy nie będę twierdzić, że targowanie w każdej możliwej sytuacji jest dobre. Po prostu trzeba wyczuć odpowiednią chwilę, jak w każdym biznesie.