Rajskie plaże Ha Long Bay!

Sam wyjazd z Ha Giang był łatwy i bezproblemowy. Tak, jak wspomniałam wcześniej: przy oddawaniu skuterów okazało się, że właściciel wypożyczalni zgubił dowód osobisty Łukasza. Zestresowani właściciele, zaproponowali, że kupią nam bilety do Ha Long, bo autobus zatrzymywał się przy ich wypożyczalni. Przyjęliśmy takie przeprosiny i w ten sposób Pani właścicielka zapłaciła za nas 480.000 VND (ok. 80 PLN). Trafiła nam się podróż autobusem z kuszetkami, co zapowiadało się fantastycznie! Do momentu, gdy do naszego pojazdu zaczęli wchodzić żołnierze. W wojsku chyba nie obowiązuje musztra kąpieli, a ja zbyt delikatna na zapachy nie jestem, ale ten odcinek naszej podróży był dosyć śmierdzący. Tak czy inaczej, o 5 rano kierowca nas obudził, wyrzucił w miejscowości Ha Long, bo o nas pamiętał i wiedział lepiej, gdzie my chcemy dojechać. Bardzo doceniam taką pomoc.

Zajechaliśmy na miejsce, ledwo przytomni, ale zarzuciliśmy na plecy nasze tobołki i poszliśmy na spacer. Stała się tam rzecz niezwykła. Było jeszcze ciemno, a wzdłuż jeziora Hồ Cái Dăm Wietnamczycy uprawiali sporty. Koło nas przebiegło kilka osób ubranych w profesjonalne ubrania z bidonami w rękach. Ponadto, minęli nas rowerzyści na rowerach szosowych, które mocno zwróciły moją uwagę. I w zasadzie jest to jedyna dobra pora na zaznanie sportu na świeżym powietrzu, ponieważ słońce nie zabija swoim gorącem i można jakoś oddychać. Sama promenada była taka, że wiele nadmorskich miejscowości w Polsce mogłoby jej pozazdrościć. I z drugiej strony jest to pokaźnych rozmiarów kontrast. Wietnam nie jest bogatym krajem, a tu taka promenada? Dziwne, dziwne, ale o tym będzie w następnym wpisie…

Tak czy inaczej, dotarliśmy do mekki turystycznej, w której smok wylądował, bo ta zatoka nazywana jest również Zatoką Lądującego Smoka. Jest to jedna z największych wizytówek Wietnamu, o której rozpisują się wszystkie przewodniki turystyczne i nikt tego miejsca nie chce przegapić. I tak: pierwszego dnia wynajęliśmy skuter, ale nie w wypożyczalni, lecz poszliśmy na spacer wzdłuż zatoki, natrafiliśmy na hotel pięciogwiazdkowy ze SPA, masażami i innymi cudami, w której przebywała wycieczka japońska. Panią recepcjonistkę poprosiliśmy o pomoc i w ten oto sposób pożyczyliśmy od jej znajomego nasz środek komunikacji. Był w stanie zdezelowanym, mieliśmy wrażenie, że zaraz się rozpadnie, a plan był taki: wyjechać z Ha Long i pojechać wzdłuż wybrzeża w stronę Cam Pha. I nie polecam tego rozwiązania, ponieważ całe wybrzeże jest zabudowane i absolutnie nie ma pięknych widoków na wystające skały wapienne mimo przeciskania się przez zatłoczone ulice. Owszem, wietnamski folklor panujący w ruchu ulicznym dał nam sporo szczęścia i dostarczył wielu emocji, ale zabrakło kontaktu z naturą. Gdy udało nam się przebić do jakichkolwiek widoków, znaleźliśmy przystań rybacką i to tam poczuliśmy po raz kolejny Wietnam. Przy stolikach siedzieli rybacy, pili piwo, oranżadę i podjadali smakołyki. Nieopodal, część z nich przesiadywała na swoich łodziach i łódkach, łakomie przeżuwając jedzenie i leniwie spoglądając wokół siebie. Czyścili swoje łodzie, układali na nich niezbędny sprzęt, a także przygotowywali je do nadchodzącej nocy, ponieważ część z tych łódek to domy, miejsce pracy i ich życia. Byli przy tym spokojni i czasami zdarzyło im się podnieść głos na psy, które szukały zaczepek. Woda była mętna, mętne było powietrze, które przesłaniało wystające z wody skały, ale atmosfera była niepodważalna. I po tej chwili wytchnienia wróciliśmy na szaleńcze drogi w kierunku Ha Long.

Samo Ha Long to część mniej uczęszczana przez turystów, swojska i druga część, w której znajdują się szaleństwa takie, jak karaoke, restauracje, bary, iluminacje świetlne oraz moc atrakcji dla turystów. Takie centrum Kołobrzegu w sezonie… I choć niezwykłe, bo swoim światłem rozświetla najczarniejszą przestrzeń nocy to również jest miejscem zabawy lokalnych mieszkańców. To właśnie tam kobiety noszą krótkie spódniczki, puszczają swoje włosy samopas i przywdziewają wysokie obcasy. Są komplementowane, uwodzone i mogą się pokazać od innej strony, nie tej codziennej. Jest to bardzo osobliwe poznanie Wietnamu właśnie w tej formie. Ha Long ma coś nietypowego w sobie po zmroku.

Na kolejny dzień nasz plan był prosty: kupiliśmy wycieczkę po zatoce po to, aby zobaczyć jedno z miejsc, które zostało wpisane na światową listę dziedzictwa UNESCO. Ponadto, miejsce to owiane jest legendą… W dawnych czasach, gdy Wietnamczycy zmuszeni byli walczyć z najeźdźcami w ich obronie stanęli bogowie. Bogowie zesłali smoki na ziemię po to, aby broniły państwa, a te mityczne stworzenia wypluwały z siebie w gniewie mnóstwo pereł. Gdy tylko perła zetknęła się z powierzchnią wody, przemieniała się w skałę i w ten oto sposób powstał jeden z piękniejszych zakątków na ziemi, którego ukształtowanie było pomocne przy obronie tych terenów. I jest to główna atrakcja północnej części tego zróżnicowanego kraju. Po drodze opływaliśmy najważniejsze punkty wycieczki, czyli skały, które kształtami przypominają coś szczególnego, jak walczące ze sobą koguty, choć przewodnik uznał, że dla niego to są piękne, całujące się ptaki… Każdy widzi, co chce, ale faktycznie, można odnaleźć formy, które mogą nawiązywać do znanych nam postaci, zwierząt, roślin czy też sytuacji. Jedną z atrakcji była Jaskinia Niebiańskiego Pałacu, której przejście zajmuje ok. 30 minut. Cała trasa jest wybetonowana, a wokół piętrzą się schody i można chwycić się barierki. Mimo tych udogodnień w jaskini pozostało wiele naturalności i oryginalność, a także została ona umiejętnie podświetlona. Jej opływowe kształty były piękne i nie do odtworzenia, ale taka jest właśnie cecha tych skał. Są one wapienne, miękkie, więc woda podmywa je bezproblemowo żłobiąc jaskinie, tajne przejścia, jeziorka i tworząc cuda natury. Kolejnym punktem było jedzenie, które nam zaserwowano. Było pysznie, świeżo, lokalnie i naprawdę najedliśmy się do syta, ale z ciekawostek to do naszego stolika dosiadł się pan w wieku ok. 50 lat. Widać było, że jest on zaawansowanym wyjadaczem budżetowego podróżowania, nie krępował się z niczym i po prostu cieszył się z mijającego dnia. I taka chciałabym być na starość – wyluzowana, spokojna i nadal zaciekawiona światem. Miał na sobie zwykłą koszulkę, szorty i sportowe buty. Gdy dotarliśmy do ostatniego punktu wycieczki, jakim była rajska plaża i wspięcie się na skałę ten człowiek nie miał problemy, żeby wspomniane szorty zdjąć i kąpać się w samych majtkach. Nie miał stroju kąpielowego, ale totalnie mu to nie przeszkadzało. W ogóle nic się nie zmieniło w jego zachowaniu. Pomachał nam, uśmiechnął się i po prostu poszedł popływać. W sumie nie tylko sobie życzę takiego podejścia do życia, ale każdemu. Obym kiedyś, mając 55 lat, gdy spotkam plażę i woda mnie zauroczy, nie miała wstydu wyskoczyć w bieliźnie do wody po to, aby cieszyć się tymi chwilami.

I choć ta zatoka jest cudna to nie zrobiła ona na mnie tak wielkiego wrażenia, jak rajskie zakątki na Filipinach. Przypuszczam, że to dlatego, iż nie po raz pierwszy widziałam takie tereny, lecz będę je każdemu polecać.

Mimo tego, że wycieczka przebiegła bezproblemowo to momentami staliśmy „w korkach”. I nie chcę wiedzieć, co dzieje się w trakcie sezonu urlopowego, ale myślę, że nie sprostałabym wtedy panującej tam atmosferze. I tak, jak wspominałam we wcześniejszym wpisie: Wietnam plastikiem płynie, a plastik plastik pogania. Widać to również w zatoce, gdzie foliówki, strzępy większych reklamówek, opakowań pływają i niesione są z prądem wodnym. Jeśli w trakcie podziwiania tych wszystkich skał wapiennych po drodze napotykam plastikowe śmieci to jest mi smutno, bo musi być ich dużo, skoro je zauważam mimo podziwiania otaczającego mnie krajobrazu.

Mieliśmy dwie wycieczki do wyboru: półdniową i całodniową. Za wycieczkę całodniową, tj. 12 h zapłaciliśmy 800.000 VND od osoby. Wycieczka półdniowa (ok. 5-6 h) kosztowała 500.000 VND. Odebrano nas bezpośrednio spod hotelu o umówionej godzinie. Tak, targowałam się o cenę wycieczki. Nie, tym razie nie udało mi się zbić ceny, ale będę próbować kolejnym razem. Naszą wycieczkę kupiliśmy przez przypadek, ponieważ chłopak, który pożyczył nam skuter był właścicielem hostelu, w którym takowe wycieczki sprzedawano.