Ha Giang – Extreme North Loop!

Cóż to było za przeżycie! Pierwszy raz w azjatyckich górach, pierwszy raz na tititku dla mnie, pola ryżowe, haszyszu i lokalny folklor. Zapraszam na wpis!

Droga do Ha Giang prowadziła wąską dróżką wzdłuż rzeki, na której czasami nie było asfaltu, a czasami była ona przepastna i szeroka, zupełnie jakby się nie było w Wietnamie. Aby objechać Extreme North Loop potrzebne Wam będą skuterki i zróbcie to najwcześniej, jak się da. Sa-Pa była strasznie turystycznym miejscem, a Ha Giang jeszcze się broni i za wielu białych tam jeszcze nie dotarło.

My wypożyczyliśmy nasze motorki w opcji półautomatycznej w Ha Giang motorbike rental (Dung Vu) (o tutaj: https://www.google.pl/maps/place/Ha+Giang+motorbike+rental+(+Dung+Vu+)/@22.8005249,104.9829188,17z/data=!4m5!3m4!1s0x36cc79028bfeee85:0x900cfd7a904b62ca!8m2!3d22.7992866!4d104.9845067) i tutaj bardzo, ale bardzo ważna uwaga! Jeśli wypożyczacie jakikolwiek sprzęt, zostawiajcie swój dowód osobisty, a nie paszport! Łukasz, jako poręczenie zostawił swoje dokumenty i na szczęście nie był to paszport, ponieważ zagubiono jego dowód osobisty (o tym dowiedzieliśmy się podczas oddawania wypożyczonych skuterów). Gdyby jakimś cudem zniknął paszport to podróżowanie po Wietnamie skończyłoby się dla nas w tej właśnie chwili i zaczęłaby się rozmowa z najbliższą ambasadą. Na późniejszych etapach to ja świeciłam oczami i oddawałam na przechowanie dowód osobisty. Sytuacja skończyła się przeprosinami, zapewnieniami o wstydzie i wręcz niemym błaganiem byśmy tylko nie zawiadomili służb mundurowych. Wietnam to kraj komunistyczny, pamiętajmy o tym.

Przechodząc do samej Extreme North Loop. Na skuterku nigdy nie jeździłam. Zdarzyło mi się zasiąść, jako pasażerka na motorze i to było tyle do tamtego momentu. Zadowolony właściciel wypożyczalni wystawił dla nas sprzęt, poprosił abyśmy wybrali sobie kaski i mogliśmy jechać. Cała ta przyjemność z ubezpieczeniem dwóch motorków na trzy dni kosztowała nas 50 dolarów i dowód osobisty Łukasza. Pan się bardzo cieszył, że zarobił, mówił, że będziemy się świetnie bawić, ale zdziwił się, gdy zapytałam go o mini-szkolenie z jeżdżenia tym ustrojstwem. Ustrojstwo było ładne, nie miało łysych opon i widać było, że przystosowano je do jazdy po górach, by biały za szybko się nie zabił, obtłukł, a najlepiej żeby nie doszło do żadnej z tych sytuacji. Po zdziwieniu Pana moje szkolenie wyglądało tak: usiadłam za Panem jako pasażerka, Pan wszystko pokazał, trwało to 2 minuty, przejechaliśmy 100 metrów, wróciliśmy i voila! Nikt również nie chciał od nas prawa jazdy, wystarczyło tylko: „A na motorze jeździłaś? Nie. A samochód umiesz prowadzić? Tak. To będzie podobne.” Mogłam jechać, choć przyznam, że gdy po przejechaniu może 1 km wyskoczyła na mnie z zakrętu załadowana ciężarówka to zwątpiłam, przymrużyłam oczy i dałam gazu do dechy. Udało się! I sam styl jazdy w Wietnamie na czymkolwiek to dla mnie mrowisko z delikatną różnicą… Mrowisko jest uporządkowane i mrówki mają konkretne, wyznaczone zadania. Wyobraźmy sobie, że na każdym mrówkowym odwłoku umieścimy coś tak nęcącego do zjedzenia, że mimo dyscypliny inne mrówki, będą chciały się na nią rzucić, a właściwie na jej odwłok. Chaos, mętlik i kociokwik! Nie ma zasad, nie ma reguł, każda mrówka wchodzi sobie na głowę, czasami się obijają o siebie, nie patrzą przed siebie, za siebie ani po bokach – cel jest ważny! I podobnie jest na wietnamskich drogach. Polecam używać klaksonu, nie wiem czy działa, ale mnie dał sporo komfortu psychicznego i satysfakcji, bo w Polsce do tej pory nie miałam za wiele pola do popisu. Nie ma przepisów drogowych, które stosuje się w praktyce, więc wszyscy trąbią i w tym kociokwiku po dobie, dwóch ich trąbienie nabiera głębszego sensu. Ma to jakieś podwaliny do tego, aby uznać, że ludzie nie chcą się pozabijać. Bardzo miłe było to, że gdy widzieli białych na skuterach i orientowali się, z czym mają do czynienia, oddalali się od nas na kilka metrów. Dla ich i naszego komfortu. I dodam jeszcze, że czasami popularne są filmiki, na których dowcipna blondynka na rondzie zaczyna jechać pod prąd, gdy słyszy prośbę: proszę skręcić w lewo. W Wietnamie nie ma dowcipnych blondynek ani nauki jazdy, a na rondzie jeździ się w prawo, w lewo, a nawet środkiem przez rondo i tę ostatnią metodę często uskuteczniałam. Działała.

W Ha Giang pełno jest wypożyczalni takowego sprzętu, ale że zapuściliśmy się w te rejony nieco bez planu to podam inne rozwiązanie wypożyczenia jednośladu niż zwykłe przyjście do tegoż punktu. Idąc wzdłuż głównej ulicy, byliśmy zmęczeni i przetrawieni przez życie, ale zdecydowani na wypożyczenie skuterów. Uznałam, że nie mam nic do stracenia i wymyśliłam strategię. Gdy tylko zobaczę białego na motorku to zawołam do niego, przywitam się i otrzymam informację, bo przecież w trakcie podróży należy sobie pomagać. I przejeżdżali tacy, więc jak ryknęłam: „Helooooooooo!” to kierowca odkrzyknął, pomachał i pojechał dalej! Zaczęłam go śledzić wzrokiem i okazało się, że zatrzymał się 100 metrów dalej na stacji benzynowej. Dzida do niego! Z plecakiem i butelką z wodą dobiegłam i grzecznie zapytałam skąd byli. Okazało się, że z Francji, i że właśnie swoje motorki będą oddawać. A gdzie właściciel? Właśnie do nas jedzie. Bingo! Nie dość, że właściciel nas zgarnął niczym bagaż do swojej wypożyczalni to dostaliśmy komplet informacji od Francuzów. I tak rozpoczęliśmy naszą przygodę.

Sam wyjazd z Ha Giang to była przeprawa przez ciężarówki, milion skuterów, ogólny harmider i m.in. rondo, lecz później już było bajkowo. Droga, która prowadzi i nazywana jest Extreme North Loop wije się wokół rzeki Sông Lô, a pobocze jest gliniaste, więc należy minimalizować ryzyko wywrotki. Łukaszowi takowa się wydarzyła, ale na szczęście nic się nie stało, a kierowca jadący za nim zatrzymał auto, wysiadł i kilka razy upewnił się, że na pewno wszystko było w porządku. Wracając do drogi: początek jest malowniczy i miałabym ochotę jeździć tylko tą trasą. Rzeka wije się wokół, jest zielono, robi się nieco chłodniej, bo powoli zaczęliśmy się wspinać ku górze. Po drodze można napotkać pasterzy, osoby handlujące wszystkim, sprzedające jedzenie, a co najważniejsze: sprzedające paliwo. Są stacje rozmieszczone po drodze, ale biorąc pod uwagę strome podjazdy to raz zdarzyło nam się zainwestować w 2 litry benzyny, aby bez stresu zjechać z gór, które miejscami mają ponad 2000 metrów. Trasa jest wymagająca, czasami sypią się kamienie pod koła, czasami jest to spływające błoto z gór, ale całość jest przejezdna. Trwa ona ok. 3-4 dni, my przejechaliśmy ją w trakcie 3 dni.

Jeśli mowa o warunkach na drogach to bywają różne. Asfalt z reguły tam jest (czasami jest droga szutrowa), ale wybraliśmy się tam w porze deszczowej, więc droga była często podmywana. Czasami jest pobocze, lecz niekiedy jest to po prostu przepaść na kilkadziesiąt, a nawet i kilkaset metrów z barierkami. W warunkach, w których panuje widoczność na ok. 10 metrów należy zachować szczególną ostrożność. Kierowcy czy to aut wszelakiego rodzaju czy motorków titają przy każdym zakręcie, by ostrzec się nawzajem o spotkaniu, co pozwala na zachowanie pozornych warunków bezpieczeństwa. Jeśli będziesz zmęczony lub zmęczona to w takich warunkach nie polecam się wybierać w taką trasę. Droga prowadzi stromo w górę, a zjazdy też bywają bardzo niebezpieczne, wokół błoto, chmury, które przesłaniają widoczność, więc trzeba być siebie pewnym i nie szarżować.

Wszystkie niedogodności podróży, które można potraktować jak wyzwanie, zostaną wynagrodzone poprzez piękne widoki oraz ludzi mieszkających w górach. Przestrzenie, które można wychwycić są niesamowite. Zbocza gór są porośnięte przez kukurydzę, tarasy ryżowe, poprzecinane wodospadami, a jeśli by się dobrze przyjrzeć to pojawią się w oddali „poukrywane” jasne i zielone plamy. Tymi miejscami są uprawy marihuany i wydaje mi się, że lokalna ludność w ten sposób dorabia do swojego dochodu. Na pierwszy rzut oka ich nie widać, później wydaje się, że tam rosną gorzej jakieś rośliny, ale w gruncie rzeczy są to zupełnie inne krzaki. Ponadto, można napotkać wiele drzew, pasące się wokół krowy, pasterzy, maleńkie chatki zatopione gdzieś pośród kukurydzy i innych zwiedzających, którzy co chwilę zatrzymują się i robią zdjęcia. Jest malowniczo.

To, co jest jednym z najciekawszych aspektów to to, że ta część Wietnamu sąsiaduje z Chinami. Od Chińskiej Republiki Ludowej dzieliło nas kilka, czasami kilkanaście kilometrów i było widać i czuć tam te wpływy Państwa Środka. Nie dość, że co jakiś czas pojawiały się schowane kapliczki z kwiatami to w dodatku można było spodziewać się nowych smaków. A to trafiła się zupa chińska, a czasami jakieś kluski, również po chińsku. Ludzie są bardzo uprzejmi, pomocni, często zdarzało się, że gdy wyprzedzaliśmy na tych wąziutkich, krętych drogach jakąś większą ciężarówkę to pan kierowca zatrąbił za nami, pomachał i się uśmiechnął. Było to ludzie i zwyczajnie sympatycznie, a także dodawało otuchy.

I teraz tak: trasa jest zaplanowana w sposób bardzo przemyślany. Jeden odcinek trasy do wyjazd z jednej wioski, wspięcie się i zjechanie z gór z noclegiem w kolejnej wiosce. Po drodze napotkacie pojedyncze chatki, czasami nawet skupiska domków, ale całość jest świetnie przygotowana. Średnio, dziennie pokonuje się ok. 100-120 km, ale my pierwszego dnia przejechaliśmy zaledwie 50-60 km, ponieważ nasze pojazdy wypożyczyliśmy myślę, że między 14, a 15 popołudniu. Z noclegami i jedzeniem nie ma najmniejszego problemu. Jeśli mowa o noclegach to każdy znaleźliśmy z marszu, każdy oferował dostęp do internetu i podstawowych, niezbędnych rzeczy. I tak, to prawda – nie byliśmy tam w szczycie sezonu i sytuacja podczas największego oblężenia może wyglądać zupełnie inaczej. Głodni również nie chodziliśmy, bo w ramach przerwy zajeżdżaliśmy na kawę po wietnamsku z mleczkiem skondensowanym, które dawało kopa i pobudzenie, a także nas rozbudzało od środka, co przy takich warunkach jazdy było pomocne. Jedzenie znajdywaliśmy bezproblemowo, bo w każdej wiosce i mniejszej, i większej przy drodze stały budy, budki, małe restauracyjki, które miały w ofercie wszystko to, co lokalne i regionalne. Było w czym wybierać.

Podsumowując: w północnym Wietnamie to Ha Giang jest miejscem, które szczególnie będę wszystkim polecać. Góry to mieszanka ponad dwudziestu różnych mniejszości etnicznych, a lokalni mieszkańcy są uśmiechnięci i mimo panujących warunków do życia, zadowoleni. Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że mają w sobie luz, którego nam brakuje. Drogi są urokliwe, wiją się niczym serpentyny i nigdy nie wiadomo, co będzie za zakrętem: może ktoś inny na motorku, jakiś backpacker albo ciężarówka załadowana kurczakami. Nigdy nie wiadomo! Samą przyjemnością nazwałabym przemierzanie tych terenów tititkiem, uczenie się tam nauki jazdy od nowa. Samo zaglądanie w życie zwykłych ludzi, którzy uprawiają kukurydzę i ryż jest niezwykle pasjonujące, uczy pokory, ale i zaciekawienie rośnie z każdą minutą. I nie jest to proste i lekkie życie. Wymaga ono wiele pracy, poświęcenia po to, aby każdy dzień rozpoczął się spokojnie. To tam, na górskich wioskach można poczuć Wietnam od podszewki.

Ha Giang i Extreme North Loop to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałam i w jakim kiedykolwiek byłam!