Raj na Ziemi! Wyspa Koh Phi Phi!

Tajlandia sama w sobie nie ujmuje niczym specjalnym. Ludzie nie mają wiele dobytku życiowego, a dzieci biegają po okolicznych ulicach jakby reszta świata miała nie istnieć. Nikomu nie przeszkadzają rozpadające się, gumowe buty. Więc pojawia się pytanie: gdzie można znaleźć Tajlandię, którą każdy kiedyś widział na folderach reklamowych wycieczek za 5000 złotych z cztero, może pięciogwiazdkowymi hotelami? Gdzie jest raj, za którym większość z nas tęskni i marzy przez cały rok by spędzić w nim choć tydzień? Czy istnieje? I czy jest prawdziwy?

Nie miało nas być w tym miejscu. Nie wiedzieliśmy nawet, że znajdziemy się na wyspie Koh Phi Phi. Absolutnie nie mieliśmy pojęcia, że jedna z najpiękniejszych wysp świata jest na wyciągnięcie ręki. Przez przypadek popłynęliśmy na Phi Phi, bo nam się zwyczajnie, po ludzku nudziło. Autostopem dotarliśmy na Krabi na Ao Nang Beach. Znaleźliśmy hostel na trzy noclegi oddalony o minutę spaceru od samej plaży, ale po dwóch dniach mieliśmy dosyć. Chcąc, nie chcąc wykupiliśmy wycieczkę w nadbrzeżnym sklepu, tj. przepływ promem na Koh Phi Phi oraz powrót. Wycieczka nie była droga, kosztowała nas ok. 700 baht za osobę (w sezonie cena może podskoczyć nawet do 3000 baht). Mieliśmy wypłynąć przed 8 rano, a wrócić o 15:30. Wszystko poszło z planem i w końcu kraj Tajów stał się dla nas łaskawy. Stał się rajski.

Sama wycieczka należała do jednych z najprzyjemniejszych, jakie kiedykolwiek mnie do tamtego czasu spotkały (teraz wygrywa w moim rankingu snorkowanie na Filipinach). Wiatr we włosach, prom, który powolutku kulał się do brzegu wyspy oraz ta bezgraniczna beztroskość. Jedna z niewielu rzeczy, która zdarza nam się w podróży. Po rejsie, który zajął nam około 40 minut wysiedliśmy na niewielkim molo. Problem pojawił się wtedy, gdy kazano nam zapłacić dodatkowe 20 baht os osoby za to, że mamy ochotę zatrzymać się na wyspie. Jest to opłata pobierana za sprzątanie i dbanie o ogólny ład i porządek na tym małym skrawku lądu. Nie miałabym żadnych zastrzeżeń, gdyby ktokolwiek poinformował mnie o tym wcześniej albo ta kwota zostałaby wliczona w cenę rejsu. Nie lubię takich niespodzianek i tyle. Nie mniej, po zejściu z promu naszym oczom ukazały się delikatnie huśtające się na wietrze liście palm, krystalicznie czysta woda oraz żar lejący się z nieba. Nieopodal typowe, tajskie łodzie z kolorowymi chorągwiami kołysały się na wodzie, wzburzane przez fale pochodzące z morza.

Tak. To był raj na ziemi. Pierwszy raz w życiu widziałam rajską wyspę, na której znajdowało się mnóstwo maleńkich domków, wiele luksusowych hoteli (do niektórych można się dostać tylko i wyłącznie drogą morską) oraz tak wielu białych ludzi po prawie dwóch tygodniach autostopowania. To mogło oznaczać tylko jedno – faktycznie dotarliśmy do miejsca z folderów reklamowych. Żeby informacji stało się zadość to dodam, że wszędzie na plażach królował język niemiecki, a po sprawdzeniu informacji o tym, gdzie nasi sąsiedzi z zachodu wybierają się na wakacje wyskakuje Krabi. Niezrażeni opłatą za wejście na wyspę, udaliśmy się aby pospacerować. Przy samym zejściu z przystani znajduje się mapa wyspy z zaznaczonymi głównymi atrakcjami takimi, jak małpia plaża albo ścieżki trekkingowe. Po szybkim śniadaniu zdecydowaliśmy się na mały trekking, bo chcieliśmy uciec od gwaru. Okazało się to niemożliwe, bo takie ścieżki fizycznie nie istnieją i nie ma możliwości przedostania się drogą lądową na okoliczne plaże. Można wypożyczyć kajak, wykupić wycieczkę, ale to niestety nie to samo, co spacer po dżungli. Na poszukiwania właściwej drogi straciliśmy sporo czasu, więc jedyne, co nam pozostało to w końcu zasłużony relaks na jednej z najpopularniejszych na świecie plaży – Maya Bay.

 

To tutaj w 2000 roku sam Leonardo DiCaprio wystąpił w filmie pod jakże wymownym tytułem „The Beach”. Nie mniej, z tym filmem powiązana jest dosyć nieprzemyślane działanie, bo przecież dla dużych pieniędzy za duże pieniądze można zrobić wszystko, prawda? Otóż plaża Maya Bay specjalnie została przygotowana pod przygotowaną w scenariuszu historię. Usunięto drzewa kokosowe oraz wydmy, a całość plaży wyczyszczono oraz nasadzono wiele palm. Po zakończeniu ujęć lokalni mieszkańcy starali się przywrócić ich najpiękniejszą plażę do dawnej świetności, ale natura ich wyręczyła z tej pracy. W roku 2004 tsunami, które przeszło przez Koh Phi Phi poprzez swoją destruktywną siłę wszystko na nowo poukładało, co możemy obserwować do dzisiaj. Jednak film „Niebiańska plaża” z Leonardo przyniósł ogromną sławę temu miejscu, bo niemal każdy kto zobaczył ten film zastanawiał się, gdzie znajduje się tak piękne miejsce na ziemi?

I teraz tak. Wyobraź sobie super, ekstra, cudownie krystaliczną wodę. Przejrzystą do bólu. Tak bardzo, że po wejściu do niej i zanurzeniu się do ramion nadal widzisz swoje stopy. Co prawda, nieco falują i wydają nam się jakieś takie dziwne, ale bezproblemowo można policzyć swoje palce. Co więcej, bez najmniejszych nawet kłopotów wyraźnie widzisz, jak sunąc wzburzasz piasek, który znajduje się pod Twoimi stopami. Woda z daleka ma odcień turkusowy, który przypomina najwspanialsze na świecie odcienie kamieni szlachetnych. Żar leje się z nieba wprost na Twoje spocone czoło, a ramiona mimo kremu z filtrem 50 powoli się palą, by po powrocie innych wprawiać w zazdrość. Patrzysz na plażę. Palmy delikatnie falują w rytm fal, a tuż obok nich ktoś roznosi świeże kokosy, które na Twoich oczach rozłupuje. Wsadza w nie plastikową rurkę na Twoje życzenie, a Ty już po chwili smakujesz tej prawdziwej, jedynej i świeżej wody kokosowej, która orzeźwia i pozwala Ci walczyć z upałem. Rozglądasz się dalej. Twoja druga połówka właśnie przewraca się z boku na bok, a po chwili idzie w Twoją stronę, bo przecież samemu kąpać się w rajskiej wodzie to nie przyjemność. Woda ma ok. 26-28 st. C i nawet nie przeszkadza Ci, że jest tak bardzo słona. Tak słona, że przy przypadkowym połknięciu kilku łyków musisz szukać wody mineralnej, która leży i czeka na Ciebie pod ręcznikiem zostawionym na plaży. W końcu nudzi Ci się pływanie do góry brzuchem. Idziesz na samo nadbrzeże, siadasz tyłem do nadchodzących, delikatnych fal i pozwalasz sobie na naturalny, morski masaż. W między czasie próbujesz coś ulepić z piasku, ale co chwilę woda zabiera Ci Twój pomysł, lecz Ty nadal jak dziecko próbujesz zostawić po sobie ślad na plaży, na której nigdy nic nie zostaje. Czy tak wygląda raj? Tak. Moim zdaniem jest to jedna z wizualizacji boskiego miejsca. Rajska jest dla mnie Norwegia i cała atmosfera, którą można poczuć na fiordach, gdy pot leje się z Ciebie jak podczas największej ulewy, a Ty idziesz zobaczyć kamień zawieszony 1000 metrów nad wodą. Rajska jest dla mnie wyspa Sao Miguel w archipelagu Azorów, na której cały czas padało, wiało, były burze, ale nigdy nie zapomnę tajemnic, które w sobie skrywała. Rajskie są dla mnie majestatyczne Tatry, malutkie, włoskie miasteczka, w których produkowane są wyjątkowe butelki wina i pachnie parmezanem, a nawet momenty, w których mogę zwyczajnie usiąść i nacieszyć się otaczającą mnie naturą. Wyspa Koh Phi Phi jest zdecydowanie rajska i zdecydowanie warta odwiedzenia, ale…

Nie dowiesz się na niej, jak żyją zwykli Tajowie. Tam każdy będzie dla Ciebie miły i potraktuje Cię jak turystę. Będzie chciał Ci wepchnąć każdą możliwą rzecz w kieszeń, bo na tym polega ten biznes. Na Koh Phi Phi uszczkniesz dla siebie nieco pachnącej i nęcącej ambrozji, ale pamiętaj, że to nie jest całościowy obraz Tajlandii.

 

PRZYDATNE INFORMACJE

* Opłata po przypłynięciu na wyspę wynosi 20 baht (około 2.2zł) za 1 osobę.
* Bezproblemowo można zakupić wycieczkę z plaży Ao Nang Beach na Koh Phi Phi – przewoźnik odbiera nas z hostelu/hotelu, transportuje do przystani. Odchodzą dodatkowe koszty transportu. Możliwe jest wykupienie wycieczki tylko w jedną stronę i osobne dokupienie powrotu z wyspy. Ceny wahają się od 700 do nawet 3500 baht (w sezonie) za wycieczkę w dwie strony.