Bangkok – brzmi dumnie!

Nasz wjazd do Bangkoku nie należał do najłatwiejszych. Bezproblemowo złapaliśmy ciężarówkę, która pędziła – jak się później okazało, pod obszar Bangkoku. Komunikacja z kierowcą była utrudniona, ale „dobrze mu z oczu patrzyło”. Po kilku minutach stania po nocy  przy autostradzie zatrzymali się dla nas kolejni, pozytywnie nastawieni do świata ludzie. Okazało się, że brat odwoził siostrę do pracy. Siostra pracowała w królewskich liniach lotniczych Thai Airlines. Była stewardessą, która zapytała nas o to, czy jedliśmy obiad, a następnie dała nam paczkę ciastek, które zamierzała ze sobą zabrać w rejs do Pekinu. Ich zdziwienie nie miało końca, gdy zaczęliśmy tłumaczyć, że mamy taki plan na tę podróż, że stopujemy z Kambodży, przez Tajlandię aż do Malezji. Na sam koniec podróży, który miał miejsce na lotnisku w Bangkoku zrobiliśmy sobie wszyscy selfie, bo selfie tutaj króluje. Nawet nie próbuj się od nich wymigać. Dla nas było ogromną przyjemnością stać się taką atrakcją, która zasłużyła na wspólne zdjęcie! I tak – lotnisko w Bangkoku stało się naszym noclegiem. Jedynym minusem była klimatyzacja, która dała nam nieźle w kość, ale… Jak się zabiera ze sobą w podróż do krajów tropikalnych śpiwory do -4°C to okazuje się, że choć raz mogą one być przydatne. Kolejny dzień rozpoczynamy od wjechania do Bangkoku kolejką z lotniska oraz od znalezienia noclegu. I tu zaczynamy naszą opowieść.

Bangkok to dobre miejsce na jeden dzień, ale jeśli znajdą się fanatycy hałasu, szmerów i cudacznych zakamarków to mogą tu spędzić nawet i tydzień. My decydujemy się na jeden dzień, bo musimy ruszać w dalszą drogę. Zaczynamy od rejsu po rzece Menam. Poszukiwania stacji rzecznych nie są łatwe. Co chwilę trafiamy nie w to miejsce mimo mapy, którą posiadamy. Oczywiście w takich sytuacjach pytamy o drogę tubylców - a Tajowie, jak to mają w zwyczaju, chcą pomóc i pokazują właściwy kierunek. Tylko, że każdy Taj pokazuje w inną stronę... Kierujemy się cały czas w stronę rzeki,  tyle całość jest zaskakująca, że co jakiś czas trafiamy do stacji prywatnych łodzi, gdzie dostajemy informację, że normalny transport „nie działa” i za jedyne 1000 BHT możemy wynająć rejs po rzece „private boat”. Oczywiście, wszystkie te informacje to kłamstwo (na zdjęciu widać kolejne przystanki wodnych „taksówek”), ale to nie pierwszy raz, gdy spotkaliśmy się z sytuacją, iż biały człowiek to chodzący bankomat. Po godzinie odnajdujemy docelowe miejsce. Pani, która sprzedaje nam bilety nie kryje rozczarowania, ponieważ wybieramy najtańszy, lokalny sposób transportu, a nie wycieczkę, którą można kupić drożej i jest przygotowana, teoretycznie dla takich ludzi, jak my. Warto podkreślić, że na statku towarzystwo jest mieszane, połowę stanowią Azjaci, połowę turyści, a sam rejs to przyjemność. Z łodzi widoki na świątynie Wat Arun, Pałac Królewski czy też Wat Pho dają małą namiastkę tego, co zobaczymy niedługo. Wysiadamy na stacji przy Grand Palace, ale tym razem odpuszczamy to miejsce i idziemy od razu do świątyni Wat Pho.

W Wat Pho można złapać chwilę oddechu i odciąć się od zgiełku miasta. Bilet wstępu kosztuje 100 BHT, więc około 11 PLN i w cenie jest butelka wody. Za tak niewiele można zobaczyć i zachłysnąć się religią buddyjską na długo. Wat Pho najbardziej znana jest z ogromnego posągu Buddy, który leży. Budda według mnie to w ogóle ma dosyć zrównoważoną i opanowaną postawę. Z każdego miejsca patrzył na mnie powłóczyście i nijak nie wyobrażam sobie, aby miał być postacią bardziej ekspresyjną. Ta świątynia jest postawiona ku czci Leżącego/Odpoczywającego Buddy. Liczby określające ten posąg są zdumiewające: 15 metrów wysokości, 46 metrów długości. Aby bardziej sobie wyobrazić wielkość to dodam, że stopy Buddy są ogromne – ich długość to 5 metrów. Postać podpiera się leniwie na prawej ręce, a cała pokryta jest złotem. Tuż za nią znajduje się 108 mis, do których można wrzucać monety. . Dlaczego akurat 108? Bo 108 to liczba kroków, jakie doprowadziły Buddę do perfekcji, do osiągnięcia nirvany. Każdy przy wejściu do świątyni może zakupić worek ze 108 monetami za 20BHT, a następnie jak typowy turysta wrzucać po kolei monety do mis, jednocześnie nagrywając to na swojego super smartphone. Każdy z nas może się wsłuchać w dźwięk upadających monet i pomyśleć życzenia. Nawet jeśli one się nie spełnią to dźwięk, który się rozlega wokół jest tego wart. Jest to jakaś namiastka, która pozwala dążyć do zrealizowania swoich celów.

Wat Pho to nie tylko Posąg Leżącego Buddy. Wędrówka po całym kompleksie jest niezwykle relaksująca pod warunkiem, że zwiedzanie rozpocznie się od rana. Znajduje się tutaj mnóstwo posągów Buddy: od leżących po siedzących, patrzących w prawo i w lewo, pozdrawiających ręką albo z obiema złożonymi na nogach w pozie lotosu. Znajdują się tutaj niezliczone ilości buddyjskich świątyń, a w każdej z nich można odpłynąć do innego świata. Na ścianach znajdują się bardzo wyrafinowane malowidła, które pokazują jak wielką pracę włożono w ten kompleks. Ponadto, na terenie Wat Pho znajduje się mnóstwo ozdobnych stup (z zewnątrz wyglądają jak dzwony) wyłożonych misternie małymi kafelkami. Na terenie kompleksu porozstawiane są ławeczki, na których można usiąść i odpocząć. Znajduje się tutaj również najbardziej znana tajska szkoła masażu, ale my akurat nie skorzystaliśmy.

Kolejne swoje kroki skierowaliśmy w stronę mostu Phira Pok Klao. To tam znaleźliśmy targi owoców, warzyw i kwiatów. I kompletnie nie wygląda to jak nasze małe targowiska. Całość była zadaszona. Wokół roztaczały się wszelakie zapachy, ale nie nazwę ich aromatami. Był to swego rodzaju swojski zapaszek, który był połączeniem z daleka dobiegającej woni ryb i owoców morza, poprzekrawanych i słodkich w zapachu owoców oraz kwiatów. Różnorodność i mnogość wszystkich rzeczy, które się tam znajdowały była przytłaczająca. Rozpoczynając od papaji, pitahaji, rambutanów, a kończąc na owocach egzotycznych takich, jak gruszki czy jabłka, przechodząc przez zioła, które widziałam pierwszy raz w życiu. Nie mniej, niczego nie można odjąć zapachowi kwiatów, z których kobiety plotą ozdobne sznurki, które następnie zawieszane są podczas modlitwy na rękach Buddy. Zapach tych kwiatów jest oszałamiający, intensywny, bardzo słodki i przy dłuższym zapoznawaniu się z nim – mdły. Wszystko było poumieszczane w workach, foliach i garnkach. Były tam ogromne ilości kwiatów orchidei w kolorach, których nigdy bym sobie nie wymarzyła. Powiem więcej. Jedna z Pań, które zajmowała się pleceniem wianków z uśmiechem na twarzy podarowała mi garść tych intensywnie pachnących pąków. Za tę nić nieporozumienia byłam jej wdzięczna, bo przez kilkanaście minut mogłam wędrować i napawać się tym zapachem. Atmosfery tajemnicy dodawały nie wszystkie działające żarówki i mimo tego, iż było tam brudno to całość tego miejsca prezentowała się niezwykle interesująco.

Po przejściu przez most Phira Pok Klao skierowaliśmy się w stronę Wat Arun, czyli drugiej najpopularniejszej świątyni w Bangkoku. Bilet wstępu to jedyne 50 BHT, ale… W tym czasie (czerwiec 2016) świątynia była w trakcie remontu, więc cała jej okazałość była zasłonięta przez rusztowanie. Jednakże obok są położone piękne ogrody z małą świątynią chińską, a także rozpościera się tam widok na Wat Pho oraz Pałac. Ogrody obsadzone są kwiatami, ale… Przed wizytą w Wat Arun przeszliśmy przez przypadek, ale też trochę wiedzeni ciekawością przez miejsce, w którym żyją mnisi. Absolutnie nie był to obrazek wyjęty z marzeń. Mali chłopcy byli „poutykani” w niewielkich pokojach, a ich piętrowe łóżka to był zlepek przeróżnych materiałów. W jednej ze świątyń, która znajdowała się na tym terenie znaleźliśmy dary, które mieszkańcy im ofiarowali. Na podwórku bezszelestnie powiewały ich pomarańczowe ubrania i bielizna, a wokół były porozrzucane stare, rozpadające się klapki. Życie mnicha to nie pasmo przyjemności i nieszczęść, a na pewno nie zawsze jest to ich własny wybór. Mnichem buddyjskim może zostać każdy mężczyzna, co więcej może nim zostać na dłuższą bądź krótszą chwilę. Opuszczenie klasztoru do 3 razy nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami, a sam król Tajlandii, Bhumibol Adulyadej był mnichem przez 15 dni (22.X.1956-5.XI.1956). Mnisi wyrzekają się wszelkich dóbr materialnych i jako jedyną własność posiadają miseczkę do zbierania żywności. Mają za to bardzo duże społeczne poparcie i pozycje, którą wykorzystali wszystko co mają 30 lat temu w sąsiedniej Birmie:

"Od stuleci, każdego dnia, w pierwszym świetle brzasku, dziesiątki tysięcy mnichów, bosych, owiniętych w pomarańczowe tuniki, wychodzą z klasztorów i gęsiego, z pustymi miseczkami, krążą po ulicach miast i wsi. Ich przybycie jest często obwieszczane przez dźwięk gongu, w który uderza młodziutki bonza wyprzedzający zbierających datki. Ludzie czekają na progach domówi proponują przechodzącym mnichom ryż, owoce i kwiaty, dając dyskretnie dowód swojej pobożności. Nie jest to tylko rytuał, który wyznacza rytm każdego dnia, lecz przede wszystkim okazja, by buddysta swoimi ofiarami mógł się zasłużyć na poczet przyszłego życia.

Fakt, że nagle mnisi z Mandalaju, a potem z całej Birmy odmówili przyjmowania ofiar od rodzin żołnierzy, że przestali przychodzić na uroczystości wojskowe i celebrować śluby oraz pogrzeby mundurowych, był bardzo dotkliwym ciosem.

 - o wiele mocniejszym niż sto bomb - mówi pewien dyplomata.

Dla prostych żołnierzy bojkot był jak ekskomunika i niesłychanie podkopał ich morale.  Bonzowie, ze swoim autorytetem i ruchliwością, stali się spoiwem narodowej opozycji wobec reżimu."

Tiziano Terzani, W Azji

Niestety ta historia ma dalszy ciąg i nie skończyła się happy endem. Spotykając mnicha warto mieć jeszcze jedną rzecz na uwadze. Wybór życia w spartańskich warunkach budując swoją duchową postawę może być kuszący, nie dla każdego jest to wolny wybór. Często spotykane są historie, gdzie matka, nie mając możliwości wyżywić syna i zapewnić mu jakiejkolwiek przyszłości porzuca dziecko pod bramą klasztoru. Oczywiście dotyczy to tylko chłopców, a dla dziewczynek nie ma takiej alternatywy... Cóż, to nie pierwsza religia, która dyskryminuje połowę ludzkości.

Następnie udaliśmy się podziwiać tajlandzkie „jeże”, bo słyszeliśmy, że takowe pełzają niczym panowie świata po Parku Lumphini. Po samym przekroczeniu bramy do parku zaskoczyła nas ilość biegaczy. Biegali równo i gładko, niektórzy szybciej, inni wolniej, ale każdy z nich w tym samym kierunku i z identycznym zwrotem. Wydawać by się mogło, że to nic nadzwyczajnego, ale jeśli biegaczy są setki to sytuacja zmienia się diametralnie. Wśród stłumionych odgłosów odbijania się butów od ścieżki w oddali przebijała się zwariowana muzyka z lat siedemdziesiątych, może osiemdziesiątych. W jej rytm kilkadziesiąt młodszych dziewczyn, jak i pań z przyprószonym włosem machało skocznie nogami i rękoma by jak najlepiej wyglądać w nowo zakupionej sukience. Całość odbywała się nad malowniczym jeziorkiem, a jazgot muzyki, śmiech i pot roznosiły się bezwietrznie. Nie mniej, cel wizyty był inny i nie było trudno go znaleźć. Tuż przy brzegu jeziora w niewielkich krzakach wylegują się wielkie jaszczurki. Upasione i zrelaksowane leniwie machają ogonami. Czasami spacerują po ścieżkach w parku, ale nikt nie zwraca na nie swojej uwagi. Są jak jeże. Jeż u nas też nie jest niezwykły. Każdy się na takiego jeża obejrzy i… I już. Jeż. Po prostu jeż. I tutaj jest ta sama sytuacja. Jaszczury sobie pełzają, wylegują się na plaży, kopulują. Wszyscy wiedzą, że one tam są, ale… Jaszczury. Mimo tego, że mają ponad półtora metra długości i na pewno nie należą do najszczuplejszych to nikogo nie szokują. To raczej my byliśmy zadziwiający dla chociażby biegaczy, gdy próbowaliśmy zrobić jeżom zdjęcie. Kompletnie nie rozumieli fenomenu jaszczurek, które dla nas miały wymiar tropikalnej atrakcji.

Bangkok to miasto, które jest zlepkiem wszystkiego. Wydaje się niepoukładane, chaotyczne, pogmatwane, ale w gruncie rzeczy jest takie, jak każde inne. Ma parki, główne atrakcje, Chinatown, w którym z pewnością się zgubisz czy tego chcesz czy nie, jedzenie uliczne i jeże. To Ty wybierasz na jak długo się tam wybierzesz.

* Podczas zwiedzania świątyń buddyjskich wymagane jest odpowiednie okrycie ciała, tj. zakrycie nóg za kolana oraz brak odkrytych ramion. Gdyby była taka potrzeba to oczywiście na miejscu można wypożyczyć chustę, która okryje ciało. Do świątyń wchodzi się na boso.