Cameron Highlands – herbaciany raj

Byliśmy już zmęczeni, bo ambitnie sobie założyliśmy, że na sam koniec wyprawy uda nam się wjechać do Cameron Highlands. Są to malowniczo położone wzgórza, na których swoje połacie rozpościerają tropikalne lasy, herbaciane i truskawkowe krzaki. Tych ostatnich się tam nie spodziewaliśmy, ale to one dla miejscowej ludności były największą atrakcją.

Sam wjazd z wyspy Penang do krainy herbaty odbył się bez większych problemów. Pierwszy odcinek pokonaliśmy z ojcem i synem, a następnie z młodym małżeństwem wspięliśmy się wspólnie ich samochodem z cudowną klimatyzacją na wysokość ok. 1500 m. n.p.m. Droga była bardzo kręta, a w między czasie mijaliśmy mnóstwo punktów widokowych na jeden z najbardziej znanych krzaków. Bezproblemowo w Brinchang znaleźliśmy nocleg, a jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na krótką eksplorację. Zrobiliśmy krótki spacer po okolicy, a następnie złapaliśmy stopa do pobliskiej plantacji herbaty. Łukasz był sceptycznie nastawiony, bo dla niego herbata to woda zabarwiona jakimś kolorkiem i nic poza tym. Jeśliby zabić jeszcze smak herbaty cukrem to wtedy osiąga pełnie szczęścia. Jakie było jego zdziwienie, a tym bardziej moje, gdy podczas wspinaczki na pobliskie góry i plantacje jesteśmy coraz bardziej zadowoleni. Żar już nie lał się z nieba, a temperatura spadła do 20 kilku stopni, co było dla nas możliwością wzięcia pełnego oddechu, który orzeźwiał. Podmuchy wiatru pozwoliły nam wypocząć po długiej trasie przez Kambodżę, Tajlandię i kawałek Malezji. Słońce jakby mniej raziło, a szeleszczące liście zaczęły przypominać te, które mamy w Polsce.

Herbata to nie jest tylko herbata, którą najczęściej kupuje się w sklepie pod postacią torebki, w której nie wiadomo, co się znajduje. Herbata to coś więcej. W Japonii to napój długowieczności, a w Chinach wiele gestów jest powiązanych z herbatą. To nie jest zwykły napój, skoro krążą o nim legendy. Starsza z nich opisuje Shennonga – Boskiego Rolnika, który uznawany jest za patrona rolnictwa i medycyny. Istnieje Księga Ziół Shennonga, w której przeczytać możemy: „Kiedy Shennong próbował stu ziół, pewnego dnia napotkał siedemdziesiąt dwie trucizny. Gdy zdobył herbatę, zneutralizował ich działanie”. I to jest początek tej legendy…

„Shennong podróżował po kraju w poszukiwaniu roślin jadalnych, leczniczych, wspomagających zdrowie, dzięki którym mógłby pomagać innym ludziom, a także szerzyć wiedzę na temat ziołolecznictwa. Pewnego dnia ponownie przerwał swoją wędrówkę, przycupnął, rozpalił ogień i zaczął gotować wodę. Shennong krzątał się wokół swojego obozowiska i przypadkowo, niesiony przez wiatr liść herbaty wpadł do gotującej się wody. Orzeźwiająca woń i nowy zapach zainteresowały Shennonga. Skosztował on naparu, który prócz tego, że był orzeźwiający i dał mu nowe siły do dalszej wędrówki, to dodatkowo miał właściwości lecznice, a także wyjątkowy smak i aromat.”

Późniejsze wersje tej legendy mówią, że Shennong badał właściwości ziół jedząc je i uważnie patrząc, w jaki sposób są one trawione w jego przewodzie pokarmowym, a było to możliwe ze względu na to, że jego brzuch i wnętrzności były kryształowe. Smakując liści herbaty zdziwił się bardzo, gdy liście te przechodzą przez przewód pokarmowy po drodze dokonując jego naprawy. Ten „przegląd” wnętrzności Shennona to znana niektórym miłośnikom herbaty „cha”. I właśnie w Cameron Highlands możesz znaleźć mnóstwo krzaków herbacianych – camelia sinesis, a być może jeden z nich to ten, z którego liść trafił do kociołka Shennonga.

Samo zwiedzanie plantacji to czysta przyjemność. Spacerowanie pośród przyciętych krzaczków o intensywnie zielonych liściach to czysta przyjemność. Można się również wspinać na sąsiednie wzgórza. W każdym punkcie widokowym można napić się naparu herbacianego, zjeść coś słodkiego, gdzie dodano odrobinę herbaty, a nawet ją zakupić do późniejszego zaparzania w domowym zaciszu. Przyznam szczerze, że herbata Malezyjska to jest nie mała gratka i ciekawostka, ale nie należy ona do najlepszych herbat na świecie. Mam wrażenie, że podobnie z nią jest jak z herbatą na Azorach. Jedna i druga jest warta spróbowania, bo każda z nich smakuje i pachnie inaczej, ale myślę, że nie mogą konkurować z klasykami z Japonii czy Chin. Plantacje, które można zwiedzać znajdują się w Brinchang, Tanah Rata czy Kuala Teria.

Jednak nie herbata jest największym cudem tego miejsca. Największą atrakcją są sprzedawane po 20 zł/kg truskawki. Takie zwykłe truskawki, które my mamy na ogródkach tam są uznawane za owoce egzotyczne. Można wybrać się osobiście z koszyczkiem na plantację, nazbierać dla siebie owoców, a następnie odpowiednio za nie zapłacić. Co ważniejsze, można spróbować zostać plantatorem truskawek poprzez zakup sadzonki w jednym z renomowanych punktów. Handlarze, widząc nas, odludków, usilnie chcieli nam wcisnąć swoje truskawki za duże pieniądze. Gdy odpowiadaliśmy, że takie to u nas normalnie, bezproblemowo rosną na ogródkach, balkonach i w sumie to w ogóle nie są egzotycznymi owocami to patrzyli z niedowierzaniem i wtedy z żywym zainteresowaniem zastanawiali się, gdzie leży ten kraj, ta Polska truskawkami płynąca. Dla nas żadna atrakcja. Dla Malezyjczyków powód do spędzenia weekendu z całą rodziną, specjalna wycieczka na święto truskawek i mnóstwo zdjęć na portale społecznościowe.

W Cameron Higlands znajdują się również plantacje roślin egzotycznych, ogromne hale z nietypowymi orchideami, plantacje motyli. W sumie – nic ciekawego. Z jednym małym wyjątkiem: ścieżkami, które prowadzą przez dżunglę. Można się wybrać we własnym zakresie na trekking po dżungli. Wszystkie ścieżki są zaznaczone na mapach, a o ich stan najlepiej pytać miejscowych, bo oni wiedzą najlepiej czy gdzieś się ziemia nie osunęła, gdzieś nie stoi bajoro wody i w końcu – która z nich jest najciekawsza pod względem roślinności czy zwierząt. Podpytując chłopaka w recepcji wybraliśmy się na taką małą wycieczkę (którą później powtórzyliśmy na Filipinach!). Droga była podchwytliwa, śliska i oblepiona lianami. Dzikość natury dosłownie rzucała się do naszych stóp powodując, co chwilę potknięcia i obsunięcia. I niczym przyjemnym jest zjechanie na własnych czterech literach po śliskich kamieniach, ale jest to jedna z atrakcji takiego trekkingu. To, co jest najbardziej niesamowite to obcowanie z naturą. Widoczność mieliśmy ograniczoną do kilku metrów, a w oddali słyszeliśmy małpy (choć pewna nie jestem?), mnóstwo ptaków, które najprawdopodobniej się ostrzegały wzajemnie przed intruzami, a także ogromnego pasikonika (przynajmniej wyglądał jak pasikonik), który nic sobie nie zrobił z naszej obecności. Gdyby miał uszy to pewnie z lenistwa i tak by nimi nie zastrzygł, więc dobrze, że ich nie miał. Sama trasa była nieprzewidywalna, nieco nieprzygotowana, a schodziliśmy z niej w ostatnich promieniach słońca, bo za nic w świecie nie chcieliśmy tam zastać nocy. Tak późne przemierzanie dżungli wynikało z naszego błędnego wyobrażenia dżungli. Jeżeli w normalnych warunkach człowiek porusza się z prędkością 5-6 km/h to my schodząc z góry, przygotowanym szlakiem, szliśmy z prędkością 1 km/h. To zdecydowanie odbiegało on naszych wcześniejszych wyobrażeń i od tego momentu przedefiniowaliśmy w naszym słowniku słowo "dżungla". I prócz krzaków herbacianych to była to jedna z lepszych atrakcji w tym miejscu, bo truskawki nas nie chwyciły za serca. Jednakże dolina Cameron Highlands to jedno z miejsc, które jest perełką Malezji.

Na koniec wspomnimy jeszcze o autostopie. Nasz gospodarz polecał nam na trekking ścieżkę numer 1. Szybko ułożyliśmy plan, że najpierw odwiedzimy pola herbaciane BOH Tea, a później spacer przez dżunglę. Tak jak jest zaznaczone na mapie, na szczyt prowadzi droga, która w rzeczywistości była wąską, poszarpaną drogą leśną, o stromym nachyleniu prowadzącą do nikąd. Ale i tutaj jechał jeden samochód i kierowca chętnie nas zabrał na sam szczyt. Po ponad 2 tygodniach autostopu we wschodniej Azji nawet taka sytuacja nas już nie zdziwiła, choć wydaje się nieprawdopodobna.