Spacer po George Town na wyspie Penang

Przypadkiem wpadliśmy w to miejsce, jak śliwki w kompot. Wyspa była polecana nam przez kilku Malezyjczyków. I wierzcie mi, że w George Town nic nie ma. Oprócz jednej rzeczy: pomysłu na świetną promocję miasta!

Josephine wraz ze swoim mężem Fatsem oraz ich synkiem porzucili nas na stacji benzynowej. Oczywiście, selfie musiało być, bo bez selfie i zdjęcia po Azji się nie podróżuje i podróż się nie liczy. Nie zdążyli odjechać ze stacji, gdy ściągnęła nas do auta zakręcona Pani pediatra, która prowadziła, jak szalona, a jej monologów nie było końca. Jechała na spotkanie ze znajomymi w George Town, ale przecież nie mogła nas nie zabrać na jedzenie. I tym sposobem wylądowaliśmy na wielkim markecie ulicznym, gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Prócz tego, że próbowaliśmy jakiś dziwnych rzeczy jedna wyjątkowo mi zapadła w pamięć, bo była wyjątkowo ohydna. Były to owoce tropikalne, które zresztą uwielbiam, polane sosem ze skorupiaków z sosem sojowym i czymś jeszcze. Było to tak dziwne połączenie, że ciężko się wybierało kawałki papai bez tej paskudnej omasty, ale dzielnie kiwałam głową, że smak jest nietypowy. I typowo malezyjski. Był tam jeszcze napój koloru przybrudzonej zieleni. Tak paskudny, że aż mi zęby wykręcało na drugą stronę. Jest to połączenie jakiejś odmiany świeżych śliwek z limonkami i calamansi, czyli owocem pochodzącym z Filipin. Kwaśne, gorzkie, może słodkie i słone zarazem? Sama nie jestem pewna, ale omijać to będę jak ognia. Nie mniej, nasza Pani lekarz bardzo poczuwała się do opieki nad nami i była tak zakręcona, że postanowiła nam znaleźć nocleg. Generalnie z działającą nawigacją zgubiliśmy się w tym miejscu, objeżdżając okoliczne uliczki po kilka, a może i kilkanaście razy.

Mimo tego, że dzień był intensywny, wybraliśmy się na wieczorne zwiedzanie. I to był strzał w 10! W naszym guesthousie dostaliśmy mapę, na której nawet jakieś zabytki były zaznaczone, ale nie one były najważniejsze. Najistotniejszą częścią wycieczki było szukanie murali. Owszem, może nie były niekiedy tak piękne, kolorowe i zadbane, jak ten na poznańskiej Śródce, ale z niczego powstało coś! Pełno ludzi biegało po ciemnym mieście świecąc latarkami ze smartfonów po ulicach i szukając namalowanych na ścianach obrazków. Rewelacją było to, że część z nich w pewnym sensie była bardziej namacalna, bo gdy namalowany chłopiec wspinał się do okna to to okno było prawdziwe wykonane z szyby i ramy. Chłopiec siedzący na motorze jest namalowany, ale motor sam w sobie jest realny. Namacalny. Taka forma sztuki jest w pewien sposób inspirująca. Niewiele ścian było tam odremontowanych, a mimo tego miasto przykuwało swoją uwagę. Czasami był to niby niewdzięcznie pogięty drut, który po odpowiednim podświetleniu oddawał swój czar i magię, a nagle na ścianie wyskakiwały litery, które łączyły się w słowa, a sam tekst był fragmentem wiersza. Przesłaniem. Migotliwe lampy ledwo, co rozświetlały wąskie i zabrudzone uliczki, ale najważniejszym dla nas wszystkich było znalezienie jak największej ilości murali.

George Town to nie tylko obrazki malowane na ścianach. W Azji występuje coś takiego, jak kult jedzenia. Jest to forma zwyczaju, a nawet kultury, że o jedzeniu się rozmawia, marzy, śni, umawia się na nie i je omawia, debatuje się nad nim i rozpowiada. Niczym dziwnym nie jest, że Malezyjczycy potrafią umówić się na lunch albo po pracy na wyjście 30 km od swojego miejsca zamieszkania, bo muszą sprawdzić jakąś konkretną miejscówkę. I Penang właśnie z tego słynie. Ze street food’u, na który każdy przyjeżdża. Jest to pewna forma osobliwości, która wspaniale współgra z podróżnikami i turystami z całego świata, którzy biegają za muralami. I tak, gdy zacznie zbliżać się wieczór to z pewnością znajdziecie zielony kwaśno-gorzki napój ze śliwkami, wcześniej wspomniane owoce tropikalne, ale też laksę, która jest niezwykle intensywna i wyrazista (kokos, kurkuma, imbir, trawa cytrynowa, chili, nudle z krewetkami, jajka), będąca malezyjskim daniem w pełnej krasie. Mee goreng, który był mieszaniną wszystkiego, czyli makaronu z sosem sojowym, chili, szalotkami, kiełkami, warzywami albo kurczakiem/krewetkami, a ponadto wyczuwalny jest intensywny, dymny aromat. Jest też nasi goreng, który w zasadzie różni się tym, że zamiast makaronu jest dodawany ryż i za tymi potrawami jakoś nie tęsknię, ale… Było coś, co skradło moje kubki smakowe, a mianowicie idealne won tony zanurzone w delikatnym bulionie, podawane z makaronem ryżowym smażonym w sosie sojowym z kurczakiem, szalotką i pak choy. I to jest smak, który mi odpowiadał. I brzmi to wszystko, jakby było pomieszane i poplątane, ale tak w zasadzie jest. Malezja to mieszanka wszystkich kultur, więc trudno nie obserwować tutaj wpływów chińskich, tajskich, smaków Singapuru albo Filipin. Taka to jest uroda Malezji na talerzu.

Miejscami wartymi odwiedzenia są również dom klanowy Khoo Kongsi pochodzącej z południowych Chin rodziny. Dzielnica Little India, w której panuje gwar, hałas, głośną muzykę słychać na każdym kroku, często widać kobiety w sari, pachnie świeżo przygotowywanymi samosami i na każdym kroku ktoś czymś handluje. Klanowe domy na wodzie, czyli Clan Jetties położone nieco na uboczu od najstarszej części miasta. To tam spotkaliśmy uczniów szkoły fotograficznej, i tak – mamy z nimi zdjęcie, do którego każdy chętnie pozował. Same domy na palach były nostalgiczne, bo to tutaj wszystko cichło i można było spokojnie popatrzeć na Morze Andamańskie. Można znaleźć jeszcze Meczet Kapitana Kelinga, ulica Armenian z poutykanymi bardzo ładnymi domkami czy też Cheong Fatt Tze Mansion będący budynkiem postawionym zgodnie z zasadami feng shui.

George Town to przede wszystkim street art i azjatycka stolica street food’u. Reszta to tylko subtelne dodatki w tle.