Bijące serce Kambodży – kompleks świątyń Angkor

Kambodża to był dla nas przypadek, a na pewno nie nasze marzenie. Nieplanowany, bo wstępnie nasz punkt docelowy miał mieć miejsce w Kuala Lumpur, ale… Wylądowalibyśmy tam na dwa tygodnie, a w 14 dni da się zwariować. Plan był szalony i nieprzemyślany. Mimo wymaganej wizy do Kambodży, która kosztuje 40$ zdecydowaliśmy się polecieć z Kuala Lumpur do Siem Reap za 100 zł za jeden bilet. Przewidywania zakładały, że autostopem wrócimy z Kambodży przez Tajlandię aż po Malezję w dwa tygodnie. W Królestwie Kambodży spędziliśmy ok. 2 dni, ale czy było warto?

Prowincja Siem Reap. Nazwa nikomu nieznana. Ruch uliczny jest leniwy i co jakiś czas poprzecinany tuk tukami, które gnają szybciej niż prędkość światła. Tak naprawdę tak nie jest. Cały krajobraz jest ospały, leniwy i niewyobrażalnie gorący. Wilgotność na poziomie 90% to tutaj norma. Ciało poci się mimo ruchu, śmierdzi, a ubrania kleją się do skóry. Porządek dzienny dopełnia pełne słońce i skwar, co jakiś czas poprzeszywany ostrymi strugami deszczu. Nic specjalnego. Ot, Kambodża. Oprócz typowego obrazka z miasta Siem Reap opodal zaczyna się dżungla, a dżungla to zupełnie inny świat. Fenomenalny świat historii kryje się za lianami, za nierówną drogą, tropikalnym deszczem i dziećmi żebrzącymi o jednego dolara.

Śpimy u Filipińczyka, z którym udało nam się porozumieć poprzez Couchsurfing. Z lotniska odbiera nas jego kolega Tuk Tukiem, a przyjemność ta kosztuje nas 5$. Na miejscu dowiadujemy się, że nasz nowo poznany kolega wynajmuje swoje pokoje przez AirBnb, ale ze starych czasów pozostał mu zwyczaj bycia couchsurferem. Często i nagminnie rozmawia z nami na temat pieniędzy, ale umowa była inna. Kolejnego dnia rano jego kolega za 3$ wywozi nas do samiuteńkiego centrum miasta abyśmy mogli wypożyczyć rowery. Wierzyć nam się nie chce, że nigdzie wcześniej nie ma żadnej wypożyczalni, ale… Biznes tak tutaj działa, a wszystko najlepiej jest załatwiać po znajomości. Wypożyczamy dwa rowery–staruszki, które mkną po drodze niczym żylety. Dojeżdżamy do punktu z biletami. Biletów nam nikt nie sprzeda, bo nikogo tam nie ma. Jeden z przewodników informuje nas, że biuro zostało przeniesione 3 km dalej „gdzieś tam”, a najlepiej dostać się tam płatnym tuk tukiem - tak się składa, że akurat ma jeden wolny. Rezygnujemy. Jedziemy do nowego miejsca z chęcią kupna biletów. Nikt ich nam nie sprzeda, bo mamy stare dolary. Oba bankomaty na miejscu są nieczynne. Wracamy do miasta. Jest niedziela, a bank jest zamknięty. Dajemy się okraść przewalutowaniu i prowizji w znalezionym po drodze bankomacie. Wracamy po bilety. W końcu je kupujemy, dojeżdżamy do wjazdu na teren kompleksu świątyń Angkor. Za nami kilkanaście kilometrów w nogach, ale… Całe szczęście determinacja była większa niż niewiedza i wjeżdżamy z zapasem wody i środkami na komary do wymyślonego naprędce miejsca. Od razu powiem – tak, było warto, a dlaczego to już poniżej.

Droga wiedzie wśród dżungli, która wydaje bardzo osobliwe odgłosy. Dżungla jest koloru soczystej zieleni, ale kryje się w niej niebezpieczeństwo. Po kilku minutach pojawia się mała buda zawieszona kolorowymi bibelotami chińskiej produkcji. Przejeżdżamy obok, przypinamy rowery do siebie. Mijamy strażnika, który jest wyjątkowo znudzonym człowiekiem, ale na nasz widok ślamazarnie podnosi się z krzesła, spogląda na bilety i macha ręką. Siada na to samo miejsce w tej samej pozycji. Nam ukazuje się niewielka świątynia Kravan. Niewielka, ale bogato zdobiona w środku. Prezentuje się majestatycznie i jest to jedno z tych miejsc, w których można się odprężyć i zrelaksować. W środku znajduje się mnóstwo kwiatów oraz świeczek ku czci bogom. W oddali biegają dwie dziewczynki. Śmieją się, a ich niewinność to rzecz święta. Zbierają małe kwiaty by upleść wianki na głowy albo bransoletki na ręce turystów. Koszt to 2$ i 1$ odpowiednio. Dla nas to niewielka kwota, która tutaj potrafi zdziałać cuda. Słowa „one dolar madam” podczas tej wycieczki będą za nami chodzić bardzo często.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Jedziemy dalej przemierzając jeden z największych cudów świata. Pośród historii, która została zatrzymana w czasie przewijają się tuk tuki i stacje paliw. Te drugie są oryginalne w swojej prostocie, a nawet mylące. Kambodża nie jest krajem wysokorozwiniętym, kwitnie tutaj handel małymi dziewczynkami, więc paliwem też. Po drodze stoją budy z papierosami, butelkami wody, a nawet butelkami whisky. Jonny Walker to to nie jest tylko benzyna nalana do ekskluzywnych butelek. Płatne w dolarach. I wszystko to się dzieje w miejscu, które rozpropagował w świecie Francuz Henri Mouhot. Odkrycie świątyń Angkor będących spuścizną po Khmerach było wydarzeniem epoki. Do tej pory prowadzone są prace odkrywcze (z wyjątkiem czasów panowania Czerwonych Khmerów) mające na celu chociażby numerację bloków skalnych i umieszczenie ich w odpowiedniej kolejności.

Każda z świątyń ma na swoich ścianach znaki czasu. Gdzieniegdzie ukruszony lub odłamany jest kawałek bloku kamiennego. Czasami w sposób bestialski wylany jest beton, po którym wszyscy turyści ochoczo depczą. Bardzo często drzewa oplatają swoimi korzeniami budowle w kompleksie Angkor. I to jest piękne. Do środka budynku wiedzie małe okienko i wydeptana, wąska ścieżka. Po drodze trzeba przejść obok takiego drzewa, które wygląda niczym korona założona na głowę króla, która pozostanie tam na zawsze. Krajobraz jest zielono-szary, porośnięty mchem i piaskowymi drzewami. Do środka każdej z świątyń delikatnie zaglądają promienie słońca. Oświetlają wybrane punkty, a ich ścieżki tworzą atmosferę magicznego miejsca. Jeśli dodamy do tego muzykę taką, jak ta: https://www.youtube.com/watch?v=3hJwXoXxkB0 to przeniesiemy się do innego wymiaru. Na ścianach możemy zobaczyć dzieje świetności i potęgi Khmerów. Przedstawione są często sceny bitewne. W zakamarkach świątyń posągi Buddy obłożone kwiatami oraz Wisznu. Postać będącą symbolem idealnej kobiecości i piękna, Asparę.

Odwiedzamy świątynie Ta Prohm, Chau Say Tevoda, Angkor Thom, Bayon, bramę od wejścia południowego czy w końcu najbardziej znaną Angkor Wat. Bramy wejściowe do Angkor Thom są imponujące. Po bokach ustawione są małe figurki Buddy. Na samym końcu czeka brama ze szczytu, której spogląda na zwiedzających twarz. Całość skąpana w deszczu robi piorunujące wrażenie. Swoisty klimat to połączenie majestatu tej budowli, gorącego klimatu oraz spokojnej, brudnej rzeki, która okrąża cały kompleks. Gnają tylko turyści. Reszta zdaje się być zawieszona w powietrzu.

            Angkor Wat – główna atrakcja będąca mekką wielu z całego świata. Najlepiej zachowana świątynia z całego kompleksu, której trudy czasu doszczętnie nie zniszczyły. Pomnik pozostały po wielkości i potędze człowieka oraz panujących Khmerach od IX do XV wieku. Podchodząc do rzeki czuje się, że to, na co patrzymy jest wyjątkowe. Żadna pomniejsza świątynia nie dorównuje majestatowi Angkor Wat. Położona nad wodą, nawet w pochmurny dzień wspaniale przegląda się w lustrze wody. Jej odbicie delikatnie faluje, aby po chwili znów być idealnie gładkim, nietkniętym przez zmarszczki czasu. Jest pora deszczowa, dzień powoli nam się kończy, ale ludzi nadal jest wielu. Wejście do świątyni prowadzi mostem zawieszonym nad burą wodą. Ataki komarów stają się spotęgowane i nachalne. Po wejściu do środka dostrzegamy mnichów w charakterystycznych, pomarańczowych szatach. Szturchają się miedzy sobą, a żaden z nich z zapałem nie medytuje. Pokazują swoje brudne zęby w zachwycającym uśmiechu dziecka. Ich ubrania delikatnie falują, gdy przechodzą z jednego pomieszczenia w drugie, co przypomina latające duchy. Po wyjściu na środkowy plac możliwe jest wejście na samą górę. Wchodzimy, jako ostatni, więc nie ma już ogromnych tłumów. To, co widzimy jest niewyobrażalne. Wiemy już, że władca Khmerów, który spoglądał na swoje 1 milionowe miasto mógł czuć dumę, a przede wszystkim władzę. W oddali majaczy dżungla, a ponad nią wystają, co wyższe wieże świątynne. Widać wszystkich ludzi spacerujących po świątyni, a ich postaci są niewielkie. Mogłoby się wydawać, że można je zrzucić do wody niewielkim podmuchem powietrza. Jesteśmy w miejscu wyjątkowym, jedynym na świecie, a jedyną bolączką jest zachodzące słońce, które pięknie oświetla ruiny Angkor Wat oraz obowiązek powrotu do naszego lokum.

Informacje praktyczne:

        Wiza do Kambodży jest obowiązkowa dla obywateli Polski i kosztuje 37$ uprawnia do jednorazowego przekroczenia granicy. Można kupić przez internet tutaj - długość oczekiwania do 3 dni, ale nie wszystkie przejścia graniczne obsługują e-wizę. Lista przejść tutaj. E-wizę należy wydrukować w dwóch egzemplarz, ponieważ zabierana jest na wjeździe i wyjeździe z Kambodży.

        Wstęp do kompleksu świątyń na 1 dzień to koszt 20$, 3 dni to wydatek 40$, a bilet tygodniowy kupisz za cenę 60$. Bilet do świątyń kupisz w miejscu zaznaczonym na mapce, obok Angkor Panorama Museum. Świątynie Angkor można zwiedzać poprzez wynajęcie tuk tuka, ale my polecamy Ci wypożyczenie roweru za 2$ za 1 dzień. Świątynie dla odwiedzających są otwarte od 5 do 18. Pilnuj swojego biletu – za każdym razem strażnik rzuca okiem na jego ważność.

            Angkor Wat to najsłynniejsza ze świątyń, ale to w tych mniejszych zobaczysz powykuwane w blokach skalnych obrazki. Do każdej ze świątyń warto wejść, a jeśli to możliwe to koniecznie trzeba się wdrapać na górę!

            Dolary to rzecz święta w Kambodży, a jednocześnie jedna z największych obaw. Należy mieć przy sobie „świeże” pieniądze, czyli maksymalnie 20-letnie. Jeśli masz starsze banknoty to możesz je wymienić w pierwszym napotkanym banku (my nie sprawdzaliśmy), ale są one nieczynne w niedzielę.