W okolicach Kutaisi warto wejść pod ziemię czy na wzgórze?

Prometeusz był tytanem niezwykłym. To on ulepił nas, ludzi z gliny, a duszę, którą nam podarował wyrwał rydwanowi słońca. To on wykradł bogom Olimpu ogień i podarował nam go w celu łatwiejszego życia, nauczył nas wielu rzemiosł, postanowił pokazać, że docenianie sztuki jest wartościowe. Wszyscy ludzie go kochali i szanowali, bo był on ich posłańcem. Niestety – Zeus nie podzielał tego zdania i postanowił Prometeusza ukarać… Była to krnąbrna i dobrze ukartowana kara. Olimpijscy bogowie stworzyli Pandorę, niezwykle powabną i piękną, która miała uwieść Prometeusza. Jednakże ten nie przyjął jej zalotów, był zbyt podejrzliwy i nie ufał ni bogom, ni tytanom. Tak czy inaczej, Epitemeusz poślubił Pandorę, a ta krótko po uroczystości namówiła go, by otworzył podarunek, który otrzymała z samego Olimpu. I w ten oto sposób na świat wylały się wszystkie nieszczęścia, choroby, łzy i cierpienia, a także skowyt bólu oraz nienawiść. Radosne, ludzkie życie przestało być pełne lekkości i swobody, pojawiła się ciemna strona medalu. Za tę zagrywkę na ludziach Prometeusz postanowił się zemścić. Złożył wizytę samemu Zeusowi uprzednio zabijając woła. Podzielił go na dwie równe części, żadna nie była ni mniejsza, ni większa. Wyszedł z propozycją, aby to Zeus właśnie zadecydował jako Pan Olimpu, co ma się należeć bogom jako danina od ludzi. Chciwy Zeus wybrał część tłustą i grubą, taką, która na pierwszy rzut oka przykuła jego uwagę. Niestety, prócz tłuszczu znalazł same kości, a ludziom ostało się smaczne i soczyste mięso. Prometeusz poprzez swe oddanie człowiekowi został pokarany przez samego Zeusa. Przykuty do skał cierpiał i znosił męki, gdyż codziennie przylatywał sęp, który wydziobywał jego wątrobę, a ta codziennie odrastała, ponieważ był to jeden z tytanów. Cierpienie za ludzkość miało trwać tysiąclecia i to Gruzini właśnie opowiadają, że Prometeusza przykuto do Kaukazu, gdzie jego cierpienia były łagodzone przez widok pracujących w oddali ludzi oraz same pasmo kaukaskie.

I dokładnie w jaskini, którą mieliśmy okazję odwiedzić miał być przykuty Prometeusz. Jest jednym z najwspanialszych cudów natury znajdujących się na terenie Gruzji. Nie licząc hektolitrów wylanego betonu, aby zwiedzającym było łatwiej… Zwiedzanie trwa około 1. godziny i należy się nastawić na niższą temperaturę, która tam panuje: 12 – 16 stopni Celsjusza. Z Kutaisi można dostać się do Tskaltubo marszrutką nr 30 z dworca „marszrutkowego” (1 – 2 lari), a następnie przejść przez targ, na którym zakupisz wszystko, co potrzebujesz i czego nie chcesz na marszrutkę nr 42 (2 – 3 lari). Marszrutka nr 42 odjeżdża o godzinach: 7, 11, 14 oraz 15:30 – taką informację uzyskaliśmy od jednego z Gruzinów. Jeśli trafisz na moment, gdy nie złapiesz transportu spróbuj się dogadać z kierowcą taksówki od razu ustalając koszt przejazdu. Koszt całego transportu „marszrutkowego” zmieści się w kwocie 8 – 10 lari, o ile dobrze pamiętam. Tak czy inaczej, nie jest to kwota zapierająca, a to, co tam ujrzysz…

Wejście do Jaskini Prometeusza wygląda niczym mała pieczara. Na początku trzeba pokonać kilka stopni w dół. Po zejściu widzi się czarny otwór w ziemi i otaczającą go zieleń. Po wejściu w ten otwór, jakby to nie brzmiało, zaczyna się inny świat. Ciemny, więc na początku oczy muszą się przyzwyczaić do panującego mroku. Niesamowity, gdy dostrzegamy stalaktyty, stalagmity i stalagnaty, a nawet rzeki czy skamieniałe wodospady oraz kolumny naciekowe. Ścieżka, którą się podąża ma ponad 1000 metrów i zdumiewa na każdym kroku. Rzadko słychać pluski kropel wody, a to za sprawą snującej się w tle delikatnej, subtelnej muzyki. Dodatkowym atutem jest oświetlenie. To ono tutaj odgrywa najistotniejszą rolę. To dzięki niemu na swojej drodze spotkaliśmy skamieniałe kwiaty, balkony i wszelakie stwory. To te błyski światła pozwoliły na podziwianie własnego odbicia w Krainie Czarów, w którą niegdyś Alicja pozwoliła nam zajrzeć. Tutaj zobaczycie w odbiciu tafli wody nawet Sagradę Familię, a niejednokrotnie staniecie z zachwytem przy kolejnym zakręcie prowadzącym do następnej komnaty. Jaskinia Prometeusza wywarła na nas ogromne wrażenie od razu po przekroczeniu jej progu. Od pierwszych kilku sekund wiedzieliśmy, że warto było się pojawić w tym miejscu. Bije z niej feeria barw i przyjemny chłód. Jedynym mankamentem jest udogodnienie dla nas – tony, hektolitry wylanego betonu! Mnóstwo stalowych barierek i podpórek, a to wszystko dla nas. Myślę, że poradzilibyśmy sobie bez tych „cudów” wlanych w cud natury tak, jak ma to miejsce np. w Słowacji. Nie mniej, jednak warto wybrać się pod ziemię, bo to pozwoli nam przenieść się do krainy czarów, która jest chłodna i wilgotna, ale zachwycająca. To jest taki typ krainy, który dla każdego będzie zupełnie innym miejscem. Wszystko zależy tylko i wyłącznie od naszej wyobraźni. Kolejny raz to oświetlenie w barwach różowych, czerwonych, niebieskich, zielonych pozwala, by zamarłe skamieliny ożyły. Kawałki stalaktytów i stalagmitów zaczynają tańczyć namiętne tango, by złączyć się w jedność i stworzyć nierozłączną parę. To tutaj krople wody spadające na tafle jeziora wzniecają ogień i burzę, które rozbijają się o brzeg. W tym miejscu wyobrazicie sobie wygląd porannych Tatr oraz wnętrze najwspanialszej bazyliki na świecie, która jeszcze nie istnieje. I pamiętać trzeba, że to tutaj Prometeusz cierpiał męki za swe czyny.

Po przejściu tego małego skrawka podziemi na końcu można się pokusić o kolejną atrakcję, którą jest króciutki rejs łódką po jeziorze. Stamtąd wydostać można się poza mury jaskini, po czym organizatorzy zabiorą nas do punktu początkowego zwiedzania. I tutaj zabawna informacja o Polakach na wakacjach, urlopach, w trakcie podróżowania. Otóż z możliwości przepłynięcia łódką skorzystali wszyscy (Gruzini, Armeńczycy, itd.) prócz nas – Polaków. Ot – taki przypadek, a zarazem ciekawostka. I nie jedyni byliśmy, znaleźli się wśród naszego grona ludzie z Łodzi, którzy tak, jak i my postanowili, że gdyby to była jaskinia w Meksyku to chętnie byśmy się wybrali, a tak… A tak to nie popłynęliśmy tylko spędziliśmy nasz wspólny czas na pogawędkach, żartowaniu z nas, z Polaków. W między czasie lepiej się poznaliśmy, co nam pozwoliło na zdobycie adresu pokoi gościnnych w Kutaisi, w których później spaliśmy i przeżyliśmy kolejną, wspaniałą suprę.

Pomijając nasze zachwyty Jaskinią Prometeusza udaliśmy się do Kutaisi. Byłoby niegrzecznym i nieodpowiednim nie pokusić się o podejście pod katedrę Bagrati, i nie pokłonienie się jej. Wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO jeszcze kilka lat temu straszyła i nie pozwalała na zbytnie poznanie siebie. Od niedługiego czasu zachwyca i stała się symbolem Kutaisi. Z wielu punktów jest widoczna i zachęca do odwiedzenia swoich murów. Dodano jej nieco nowoczesnych elementów, ale uważam, że wpasowały się w nią idealnie. Znajduje się na wzgórzu Ukimerioni, a tuż obok znajdują się zabytkowe ruiny pałacu z VI wieku. Podczas wizyty u jej stóp było dane nam obserwowanie Kutaisi z góry oraz ślubu, który w tym momencie się tam odbywał. Nazywany „koronacją”, a jego głównym przesłaniem jest dążenie do rzeczy ostatecznych i niemożliwych poprzez wejście w związek małżeński kobiety i mężczyzny. Najistotniejsze dla tego obrządku jest stworzenie wiecznego połączenia duchowego, gdyż w prawosławiu małżeństwo „nie ginie” nawet po śmierci współmałżonka.

 

Panna młoda ubrana była cudownie w suknię z niezliczoną ilością drobnych i subtelnych koronek. Pan młody miał na sobie prosty, szykowny garnitur. Oboje byli przejęci i zdenerwowani, a nasza obecność raczej ich zdziwiła, na pewno nie zezłościła. Wszyscy goście z uśmiechami na twarzy nas przywitali i pozwolili patrzeć na widowisko. Zaręczyny mają miejsce tuż przed samym wejściem do świątyni, podczas których nawołuje się prośby do boga o życie młodych w pokoju, zgodzie, miłości i zdrowiu. Ślub jest drugim etapem, gdy państwo młodzi wkraczają do cerkwi i stają przed stołem nazywanym anajołem, na którym znajdują się: krzyż, wieńce ślubne czy też korony, ewangelia oraz wino. Następnie młodzi pytani są o to, czy aby na pewno z własnej, nieprzymuszonej woli chcą wejść w związek małżeński. Jeśli potwierdzą te słowa w litanii to kapłan nakłada korony na ich głowy. Obecnie świadkowie trzymają korony nad głowami głównych zainteresowanych, co i my mieliśmy okazję zobaczyć. Korony są również symbolem czystości przedmałżeńskiej i pobożności. Następnie kapłan wygłasza błogosławieństwo, po czym podaje młodym wino na znak radości, jak i smutku, które od tej pory będą razem dzielić ze sobą. Kolejnym etapem jest złączenie rąk młodych przez kapłana, przykrycie ich epitrachylionej i… Niecodzienny spacer wokół anajoła, gdzie okrążenia wokół stołu wykonywane są w liczbie trzech przy akompaniamencie pieśni religijnych. Dosyć ciekawie to wygląda, gdy wyobrazisz sobie kapłana na przedzie, młodych kulających się za nim, a na końcu świadków, którzy próbują w miarę równo nad głowami przyszłego małżeństwa utrzymać korony. Wymaga to nieco gimnastyki, ale jest efektowne. Następnie znad głów panny młodej i pana młodego znikają korony, duchowny oficjalnie błogosławi ich na nowej drodze życia i zaczyna się zabawa! I być może się to komuś wydać śmieszne, ale niektóre zwyczaje chrześcijańskie są równie ciekawe, zadziwiające, jak i niedorzeczne, a na obyczaje religijne pozostaje nam tylko przyjąć.

Przedostatnim punktem naszej wizyty w Kutaisi był targ ze wszystkim i z niczym. To tam kupiliśmy przyprawę do chinkali, której składu nikomu nie podam. I nie dlatego, że nie chcę. Po prostu nie wiem! Podeszliśmy do jednego ze stoisk z przyprawami i poprosiliśmy o przyprawę do magicznych, gruzińskich pierożków. Pan zapytał czy chcemy za 2 lari? Tak, za 2 lari zechcieliśmy, więc zaczął wyczyniać cuda. Z kilku worów zaczął wsypywać różnie pachnące, zmielone przyprawy do jednego, finalnego woreczka. Chrumkał przy tym, wzdychał, potrząsał i mieszał, a następnie wąchał. Nie minęły trzy minuty przyprawa w ilości zawrotnej za 2 lari była gotowa. Nie mam zielonego pojęcia, co się z niej znajduje, ale resztkę mam jeszcze do dzisiaj i chyba starczy mi na ostatni raz. Później będę kombinować, jak by ją dostać, ale od czego jest poczta? Myślę, że mi się uda, bo smak chinkali jest obłędny! Zakupiliśmy również papierosy, które przemyciliśmy do kraju, o czym również wspomnieliśmy wcześniej. I dla nałogowego palacza stały się zbyt intensywne, co było widoczne po zaczerwienionych oczach i łzach w kącikach oczu. W sumie to nie dla jednego palacza, bo w gronie naszych znajomych stały się ciekawostką, a część obiecała, że jeśli kiedykolwiek jeszcze zapali takiego papierosa to pożegna się z nałogiem. Ot, czcze pogróżki…

Koniec naszej gruzińskiej przygody to nauka fizyki w języku gruzińskim, co nas zdziwiło ogromnie, supra w Kutaisi, obżarstwo w restauracji, a także spotkanie Alisi wraz z jej rodziną, o czym już pisaliśmy w specjalnym wątku poświęconym Gruzinom.

Gruzini to pomocny i otwarty naród, nieco ogorzały i butny, a zawsze nieobliczalny, lecz warty poznania.