O Batumi i o tym, jak podróżuje się koleją w Gruzji.

Na „do widzenia” prócz przepysznej i aromatycznej kawy otrzymaliśmy tradycyjne rogi, w których pija się wino oraz siatkę soczystych jabłek. Dato odprowadził nas na miejsce łapania autostopu. Pożegnaliśmy się tuląc się jak misie i postanowiliśmy szukać swojego szczęścia dalej. Szukanie nie zajęło nam wiele więcej niż 10 minut. Po chwili zatrzymał się mężczyzna w średnim wieku, zapakowaliśmy swoje tobołki do bmw i pojechaliśmy. Tak, do bmw, które na pierwszy rzut oka nie wyglądało strasznie, ale wręcz zachęcająco. Na moje niewprawne oko było w miarę młode i liczyć mogło sobie 4 lata. W środku też było sympatycznie, lecz wyraźnie dało się zauważyć poskładane, czasami źle poutykane elementy. Wskaźnik paliwa nic nie wskazywał, prędkości podczas jazdy również nie znaliśmy, ale nikomu to nie przeszkadzało. Po drodze nasz kierowca postanowił zatankować i zalał paliwa za całe 20 złotych… I w Gruzji, jak również u nas w Polsce jest takie porzekadło, które nie mija się z prawdą: „zastaw się, a postaw się”. Tak, tak, my też tacy jesteśmy i to jest kolejna cecha, która łączy nas z Gruzinami. Absolutnie nie uważam, że pochlebna, ale na pewno prawdziwa. Tacy po prostu jesteśmy… Po dwóch godzinach pożegnaliśmy się na przedmieściach Kutaisi i w tym właśnie momencie zdaliśmy sobie sprawę, że to miasto jest okropnie brzydkie i okropnie wielkie. Drogi były dziurawe, jak po przeoraniu ich pługiem bez zaznaczonych pasów. Przystanki obsmarowane substancją niewiadomego pochodzenia, potłuczone i zardzewiałe. Takie są uroki Gruzji… Stanęliśmy na przystanku, na którym oczywiście nie znaleźliśmy rozkładu jazdy. Jednakże każda osoba, która czekała na nas wiedziała, co, gdzie i jak jedzie. Dogadaliśmy się i udało nam się w ten sposób dostać do centrum. Należy pamiętać, że busiki, które jeżdżą po Kutaisi czy Tbilisi to osobny organizm. Pojawiają się i znikają niczym czerwone krwinki. Transportują nas – ludzi niczym tlen, czasami wyrzucając nas w dziwnych miejscach. Poruszają się chaotycznie, bez zegarka w ręku niekiedy zmieniając swoje trasy w zależności od tego, jaki tlen transportują. Istne szaleństwo! Trąbią, wjeżdżają na siebie i lepiej im w oczy nie patrzeć! Także dostaliśmy się do centrum i postanowiliśmy przedostać się do Batumi.

Dlaczego Batumi? Ano, dlatego, że w Polsce słynie ze swych plaż w opowiadaniach naszych rodziców, że to tam były najlepsze wczasy, a miejscowość jest typowym kurortem turystycznym. Sam Dato polecał nam to miejsce, jako piękne, zadbane i światowe, więc jeśli sam Gruzin nam je rekomendował to musieliśmy się tam znaleźć. Innym postanowieniem była chęć zamoczenia stóp i nie tylko stóp w Morzu Czarnym. Idea była zacna! Pojedziemy do Batumi pociągiem, żeby nie było, że tylko autostopem bądź marszrutkami podróżujemy! Chcieliśmy spróbować czegoś nowego, więc na dworcu podjęliśmy rozmowę.

Dzień dobry, szukamy pociągu do Batumi.
Dzisiaj już odjechał.
Kiedy będzie kolejny? O której godzinie?
Mówię, że dzisiaj już odjechał… (Pani w okienku zaczyna się denerwować…)
Dzisiaj odjechał, a jutro?
O 5. rano.
Za wcześnie. A kolejny?
Za dwa dni o 5. rano.

Byliśmy w szoku. Dlaczego? Dworzec był praktycznie pusty, a panie sprzątaczki zamiatały i sprzątały puste hale. Na miejscu siedziało kilka osób mniej lub bardziej zainteresowanych sobą. Co ciekawe, było to miejsce odremontowane i prezentowało się nieźle, ale jeden pociąg na dobę… Nie! Dwa pociągi! Właściwie to na trasie Batumi – Kutaisi – Tbilisi jeżdżą dwa pociągi. Jeden z rezerwacją miejsc w stylu naszych pociągów osobowych, a drugi… O drugim porozmawiamy za chwilę. Tak czy inaczej pomysł przejażdżki pociągiem upadł, więc postanowiliśmy udać się w stronę dworca z marszrutkami, o którym nic nie wiedzieliśmy, a jego lokalizacja była dla nas zagadką. Wychodząc z dworca postanowiliśmy rozbić piknik na schodach mając przed sobą panoramę Kutaisi. Po krótkim śniadaniu ruszyliśmy na miasto pytając po drodze, gdzie znajdziemy skupisko marszrutek. Co chwilę nabieraliśmy pewności, ze obrany kierunek był poprawny, ale na naszą niekorzyść mieliśmy daleką drogę do pokonania. Na naszej drodze spotkaliśmy młodego Gruzina, mniej więcej w naszym wieku, ale o posturze niedźwiedzia. Dwa metry wysokości, potężny i wysportowany o wadze, która z pewnością przekraczała 100 kilogramów. Postanowił nam pomóc, ponieważ uznał, że dworzec jest za daleko dla osób, które chcą się do niego dostać z dużymi plecakami. Złapał taksówkę, wpakował nas w nią i pojechaliśmy. Po drodze na chwilkę wyskoczył, kupił sobie coś do jedzenia i nawet nam chciał coś postawić, ale podziękowaliśmy. Jakoś to przetrawił i przejechaliśmy z nim całe Kutaisi. Gdy dowiedział się, że jesteśmy Polakami to miałam wrażenie, że za moment wyciągnie menażkę z czaczą. Wysiedliśmy przy punkcie z marszrutkami, znalazł nam odpowiedni autobusik, ani jednego grosza od nas nie chciał, na koniec nas wytulił swoimi wielkimi ramionami i życzył wszystkiego, co najlepsze. Po prostu był kochanym Gruzinem i co tu dużo mówić – był przystojny jak 150! Podróż do Batumi zleciała nam leniwe, a dla mnie była o tyle atrakcyjniejsza, że na moim ramieniu przysypiał jakiś starszy Gruzin, co chwilę chrząkając i chrapiąc na zmianę. Ku naszemu zdziwieniu widoki zaczęły się przy końcu jazdy zmieniać i naszym oczom ukazało się przepiękne wybrzeże, które prowadziło nas niedziurawą drogą do samego centrum Batumi.

Wysiedliśmy przy samym wjeździe do Batumi i nie mogliśmy się nadziwić. Kontrast był niesamowity! Skończyły się dziurawe drogi i podniszczone domy, a w zamian za to dostaliśmy nowocześnie zabudowane wybrzeże wraz z skwerkami i na około panującym gwarem. Po dotarciu do informacji miejskiej postanowiliśmy wybrać się do ogrodu botanicznego znajdującego się na obrzeżach miasta, gdyż mieliśmy znaleźć tam pole namiotowe. Pogoda sprzyjała, więc podmiejskim autobusikiem nr 31 dojechaliśmy do celu. Nasz cel wstępnie wyglądał na tajemniczy i urokliwy, ale sytuacja zaczęła się komplikować. Pole namiotowe znajduje się na terenie ogrodu botanicznego i bez zapłaty za wejście (6 lari) nie chciano nas tam wpuścić. Dodatkowo musielibyśmy dopłacić cenę za postawienie naszego domku, której się spodziewaliśmy. W tym samym momencie pani w okienku z błyskiem w oku i nieskrywaną radością poinformowała nas, że pole namiotowe w tym okresie nie jest czynne i w sumie kobieta nie wiedziała o co nam chodzi, i czego szukamy? Szczęśliwa była przeokrutnie, a nam pozostało szukać nowego lokum. Wróciliśmy więc do Batumi, aby poszukać miejsca do spania. Z cen nie byliśmy zadowoleni, ponieważ słyszeliśmy, że wynoszą one 25 bądź 30 lari. Dowiedzieliśmy się, że pod ogrodem botanicznym, nomen omen, przy którym byliśmy chwilę wcześniej są rezydencje, które będą tańsze. Tak, wzięliśmy manatki i się tam udaliśmy. „Rezydencje” znaleźliśmy, owszem, za jakimiś krzakami i chaszczami, które widziały ostatnich gości 20 lat temu. Wszystko było pozarastane, rozpadające się i z odpadającą farbą, z wszędobylską rdzą i zapachem pleśni. Zmierzchało, więc lepsza była ta opcja niż kolejny nawrót do Batumi. Cena, bagatela 25 lari! Nie, nie było opcji, abyśmy zapłacili za tę ruinę 25 lari. Koniec końców stanęło na 15 lari od osoby, ale do tej pory uważam, że była to cena dziesięć razy za duża. Wszystko pachniało pleśnią i pleśń była na około. Łazienka była swego rodzaju wychodkiem, który odstraszał na metry, ale lepiej wybrać takie warunki niż „żadne”. Co ciekawe, o czym chyba jeszcze nie wspomniałam do tej pory, Gruzini mają bardzo osobliwy pomysł na projektowanie łazienek. Niby jest to zwykła łazienka, która ma toaletę, umywalkę i kawałek prysznica, ale samo skorzystanie z niej jest intrygujące. Wyobraź sobie, że chcesz wziąć prysznic. Wchodzisz pod sitko prysznicowe, zażywasz orzeźwienia jednocześnie mając od siebie zaledwie metr do toalety. Nie istnieje takie pojęcie jak kabina prysznicowa czy zasłona, więc wszystko, co z siebie zmywasz ląduje na toalecie, podłodze wokół, umywalce, a jeśli dobrze potrząśniesz czupryną to na ścianach. Myślę, że nie są to warunki komfortowe i mam tu na uwadze komfort psychiczny. Zapewne w hotelach z pewną, wyrobioną renomą są to „standardowe” łazienki, ale w Gruzji z takim schematem spotykaliśmy się na każdym kroku. Oczywiście wybieraliśmy tanie hostele, domy prywatne, a nie hotele pięciogwiazdkowe, lecz do tej pory, gdy sobie o tym pomyślę jest to dla mnie zjawisko intrygujące i nieco odpychające. Ot, taka mała uwaga. Wieczorem udaliśmy się na krótki spacer brzegiem morza, ale nasi kolejni znajomi w postaci psów wlekących za nami łapy skutecznie nas do tego zniechęcili, więc pozostał nam powrót i odpoczynek.

Od razu po przebudzeniu postanowiliśmy w popłochu uciekać przed tym miejscem, będąc kuszonymi przez właściciela zielonymi mandarynkami. Batumi ponownie było gwarnym miastem, a na obrzeżach znaleźliśmy hostelik za 25 lari za osobę, gdzie było czysto, tanio i wygodnie, czyli dla nas w sam raz i cena nam już odpowiadała. Zwiedzanie tego najbardziej popularnego kurortu za czasów Związku Radzieckiego rozpoczęliśmy od atrakcji przy wybrzeżu. I faktycznie, część z deptakiem, z kołem młyńskim, nowoczesnymi budynkami jest imponująca! Rzeczywiście, atmosfera jest światowa, a podczas przechadzki można natrafić na place zabaw dla dzieci, woliery z ptakami czy też pomniki bądź sztuką nowoczesną. Skuszeni tym, że ceny gruzińskie są przystępne wsiedliśmy do koła młyńskiego by podziwiać okoliczny krajobraz (bilet kosztuje 3 lari). Z maksymalnej wysokości 55. metrów można podziwiać Morze Czarne, które w zasadzie jest mnóstwem rozlanej wody po okolicy, kamienne plaże oraz panoramę Batumi. I w tym momencie widzieliśmy, że promenada jest na pokaz, a w oddali widać takie budynki, jak te, które są na zdjęciach. Można znaleźć i zapatrzeć się na młyńskie koło umocowane na 2/3 wysokości 200. metrowego hotelu (widok jedyny w swym rodzaju) czy też na wieżę widokową alfabetu gruzińskiego (podczas naszej wizyty była zamknięta). Co chwilę w przybrzeżnej części miasta będziecie napotykać rozpoczęte budowy, zobaczycie latarnię morską oraz park z fontannami. Z drugiej strony oddalonej zaledwie 20 minut drogi od plaży napotkacie zardzewiałe auta, rozpadające się bloki oraz wszechobecny, gruziński nieład. To tutaj zaczną się pokazywać krzaki, odpadające połacie farby z budynków oraz dziury w jezdni. Z jednej strony Batumi jest nowoczesnym miastem „na pokaz” z hotelem Sheraton, natomiast z drugiej zachowuje swoją oryginalność i bałagan. Ta druga część nie ma nic wspólnego z artystycznym, nadmorskim kurortem. W bardziej oddalonych rewirach znajdziecie bazary i targi, a także żebraków. Aż trudno uwierzyć, że jest to jedno i to samo miasto, że jest to kurort nadmorski, do którego mnóstwo osób bezproblemowo mogło się przedostać za czasów panowania Wielkiego Brata. Batumi to miasto ogromnych kontrastów i zaskoczeń.

Gdy Batumi było nam już za dużo podjęliśmy próbę wejścia do pociągu. Tak, chcieliśmy pojechać pociągiem, ponieważ po pierwsze bilet z Batumi do Kutaisi kosztował 2 lari, tak, zapłaciliśmy 2 lari za około 150 kilometrów podróży, czyli tyle, co nic. Naszym celem było podziwianie przyrody i krajobrazów, które (teoretycznie) mogliśmy napotkać zza szyb pociągu.

Stało się jednak inaczej, ale tak czasami po prostu bywa i albo się ten fakt zaakceptuje, albo jedzie się z naburmuszoną miną. Ludzi na peronie było multum! Cały peron był zapchany, ciężko było stać, a co dopiero się przeciskać w dalsze bądź bliższe rewiry. Każdy rozmawiał, większość paliła papierosy, część osób coś jadła. Akcja wyglądała następująco: podjechał pierwszy pociąg. Powiem Wam, że na pierwszy rzut oka niezły, bo wyglądał jak nasze pospieszne. Wszyscy mieli bilety z rezerwacją, ale już w tym momencie wiedzieliśmy, że będzie ciekawie. Nagle, jeden za drugim jak jeden mąż ludzie zaczęli na siebie wchodzić i się przepychać. Kojarzycie może zdjęcia pokazujące sposób wsiadania do pociągu w Indiach? Tak, to właśnie widzieliśmy i nie wiem do tej pory czy mieliśmy przyjemność, ale w tym uczestniczyliśmy. Krzyki, piski i podawanie sobie toreb nad głowami innych współtowarzyszy podróży stało się normą. Konduktor sprawdzał przy samym wejściu bilety, ale nas nie wpuścił. To nie był nasz pociąg. Nasz naprawdę był jeszcze „lepszy”. Pierwszy pociąg odjechał, po 5. minutach podstawiony na peron został kolejny. To był dopiero sajgon! Tutaj w drzwiach żadnego konduktora nie było, więc zaczęło działać prawo dżungli – kto pierwszy, kto silniejszy ten lepszy! Ten wejdzie jako pierwszy i się wygodnie rozsiądzie. Dzieci były podawane z rąk do rąk, bagaże zaczęły wędrować przez okna do pociągu, a krzyki i pohukiwanie stało się wyjątkowo głośne. Zostaliśmy kilka razy stratowani, ale udało nam się wejść. Przyznam, że atmosfera oraz wygląd tego pociągu były niesamowite. W sumie nie wiem czy jestem w stanie to wyrazić słowami, ale to był hardcore. Pociąg był zardzewiały, obdarty z odpadającymi częściami w środku. Znacznie szerszy od pociągów jeżdżących po Polsce, ale standardu nie wolno nam porównywać. Absolutnie. W środku panował zaduch, a okna były tak brudne, że nic nie było przez nie widać. Nie daliśmy rady ich otworzyć, a naszym miejscem stał się kawałek podłogi metr na pół za siedzeniami. Nie pozostało nam nic innego, jak rozłożenie plandeki, którą zawsze ze sobą zabieramy i rozgoszczenie się w tym samym miejscu. To, co dzieje się w pociągu to już zupełnie inny, żywy organizm. Gruzini palą wszędzie papierosy w ilościach zastraszających i otępiających, w pociągach również. Młode matki karmią swoje dzieci piersią przy wszystkich, tylko delikatnie się zakrywając. Nikomu to nie przeszkadza. Po pociągu chodzą kobiety, które sprzedają przekąski w postaci placków lub orzeszków. Biznes kwitnie i było widać, że jest dochodowy! Każdy wiezie ze sobą wielką torbę w kratę, w której ma połowę dobytku swojego życia. Każdy ma jedzenie, napoje i nikt nie przejmuje się tym, że bałagani. Ludzie nawiązują znajomości, wymieniają poglądy nierzadko przy bardziej wyskokowych trunkach. Maksimum, które nas dosięgnęło było niewyobrażalne. Na którejś ze stacji do naszego pojazdu wsiadła babcia z kilkoma wiadrami. Postawiła je koło nas, odkryła szmatkę i naszym oczom ukazały się pęki ryb. Zawieszone były za dzioby na malutkich haczykach, które przywiązane były do sznurka. Po wyciągnięciu ruszyła sprzedaż w pociągu. Docelowo babcia miała je dowieść na targ do Kutaisi, ale biznes można rozkręcić wszędzie i zarobić trochę grosza. Okazja była przednia, gdyż były one złapane tego samego dnia, a śmierdziały niesamowicie. Uznaliśmy w tym momencie, że nic już nie zaskoczy i mieliśmy w nosie wytykanie palcami.

Widać nas było z daleka. Po dwóch godzinach, podczas których nie widzieliśmy absolutnie nic, ponieważ trasa pociągu prowadziła przez chaszcze i szuwary nadarzyła się okazja na zajęcie miejsc. Zadowoleni, szybciutko wzięliśmy nasze plecaki i plandekę, podbiegliśmy do tych miejsc i trafił nam się kolejny niesmak. Nie, nie było one brudne. Były tak śmierdzące i lepiące się wszystkim, przypuszczam, że nawet rybami, paluszkami i ciastkami, że zwątpiliśmy. Poważnie. My, kobiety, mamy czasami genialne pomysły. Moim było rozłożenie plandeki, na której wcześniej siedzieliśmy i dopiero zajęcie miejsc na naszych tronach. Podczas moszczenia sobie wygodnego posiedziska Gruzini początkowo byli w szoku, ale szok przeszedł w delikatne oburzenie. Jak to tak?! Taki ładny pociąg, a my go nie potrafimy docenić?! Hm… Pozostało nam jedynie siedzenie na plandece i czekanie na koniec podróży. Należy też pamiętać, że 2 lari za 150 km w ciągu 4. godzin to naprawdę niezła cena. Dodatkowo, szczerze polecam ten sposób podróżowania po Gruzji, bo rzeczywiście można się wiele nauczyć podczas takiej przejażdżki i zdobyć ogromną ilość informacji. Nie mniej jednak należy mieć na uwadze brud, bałagan i chaos, który tam panuje i jakoś sobie z tym poradzić, ponieważ można spotkać wiele interesujących, autentycznych postaci. I tak nam minęła podróż do Kutaisi po tym, jak Batumi chciało nam pokazać swoją światową twarz, ale w moim rankingu absolutnie nie ma szansy konkurować z Rzymem, Mediolanem, Krakowem czy Barceloną bądź (nawet!) z Paryżem. Nie dam się namówić do zmiany zdania, bo sporo po nim spacerowałam i obserwowałam przeróżne sytuacje. Dodatkowo, pociąg w Gruzji jest przeżyciem niezwykłym i wartym poświęcenia mu kilkugodzinnej uwagi.