"Bliscy sąsiedzi są więcej warci niż dalecy krewni” – przysłowie gruzińskie.

Gruzja to kraj wielu kontrastów, potrafi rozczarować by po pięciu minutach zachwycić i pozwolić na ponowne zachłyśnięcie się sobą. Stolica Gruzinów to namiętna Kochanka, którą tworzą oni sami – ludzie z ogorzałymi twarzami, hardymi spojrzeniami i ciepłymi sercami.

Udało nam się wydostać autostopem z Vardzi aż do Chaszuri – miasteczka położonego nad rzeką Kurą u podnóża Gór Lichskich. Miejsce nie wyglądało zachęcająco tym bardziej, że dwóch „zachodnich” ludzi wyraźnie przykuwało uwagę tubylców, którzy śledzili i świdrowali nas wzrokiem. Dotarliśmy do Chaszuri dobrze po godzinie 18 – zmierzchało, zaczynał wiać chłodny wiatr. Napotykaliśmy mnóstwo psów, które powłócząc nogami szły za nami i powoli odprowadzały nas do nieznanego. Należy pamiętać, że Gruzja to nie tylko cudowne widoki gór, niebotycznie smaczne jedzenie i otumaniająca czacza. Gruzja to przede wszystkim krajobraz wszechobecnej biedy i pozostałości po Wielkim Bracie, który do czasów dzisiejszych łypie na nią spode łba.

Postanowiliśmy zatrzymać się w bliżej nieokreślonym miejscu w Chaszuri. Pierwszym planem było rozbicie namiotu poza granicami miasta na polu, może pod lasem, ale szybko zrezygnowaliśmy z tego planu. Pogoda nie była dla nas wyzwaniem tylko dzikie psy, z którymi już styczność mieliśmy (np. w Vardzi). Wpadliśmy na pomysł, aby popytać Gruzinów na obrzeżach miasta o miejsce na podwórku na rozbicie namiotu. Podobno tonący brzytwy się trzyma, a w tym momencie my też brzytwy szukaliśmy. Zaczęliśmy wychodzić spoza centrum, czyli przecinających się dwóch dróg, wokół których napotkaliśmy kilka sklepów. Zaniosło nas na obrzeża usiane polami, zarośniętymi rowami i domkami jednorodzinnymi bądź bliźniakami. Pisząc to mam świadomość, że ciężko sobie wyobrazić własną reakcję na osoby, które pukają do mego domu i proszą o schronienie. Strach o uczciwość, brak jakichkolwiek informacji o tych ludziach i ich zamiarach są przerażające. Sama przed tym zdarzeniem miałabym problem, aby obcą duszę wprowadzić do swojego domu – do swojej osady. Bałabyś się ją ugościć, nakarmić, a tym bardziej przy niej zasnąć. Tym bardziej, gdyby była z zupełnie innego świata. Byłaby obcym, który, mimo iż wygląda jak ja jest zupełnie inny. Zaczęliśmy pukać do bram lub drzwi – do wszystkiego, co było możliwe. Sytuacja była podbramkowa, coraz mocniej zmierzchało, a żadne z nas nie miało ochoty czuwać nas swoim dobytkiem w plecaku przez całą noc. Chodziliśmy od domu do domu, czasami pogonił nas jakiś pies, a niekiedy nie wiedzieliśmy czy w ogóle pukać do mijanego domu. Napotkaliśmy spacerującą parę zupełnie przypadkiem. Mężczyzna na pierwszy rzut oka po 40., ubrany szykownie w czarną, skórzaną kurtkę oraz czarne spodnie z zarzuconym na ramionach szalem. Kobieta o niezwykle nieprzenikliwej twarzy, ale z błyskiem w oku, młodsza o kilka lat, ubrana w czarną marynarkę oraz ciemną, długą po kostki spódnicę. Umalowana i uczesana prowadzona była przez swojego partnera z ogromną gracją. Wyglądali na parę oddanych sobie ludzi, którzy relaksują się po całym dniu. I do nich postanowiliśmy podejść.

Pokazała się kolejny raz bariera językowa, ale ku naszemu szczęściu na widoku pokazała się dziewczynka – na oko 15., która po angielsku mówiła nie płynnie, lecz komunikatywnie. Rozpoczęliśmy rozmowę z dwójką napotkanych ludzi, którzy zaczęli nam szukać lokum, acz z powściągliwością. Po 5. minutach czuliśmy po kościach, że szukanie miejsca do spania dla nas jest tylko wymówką i nie zdziwiliśmy się później. Później nastąpił etap szoku, gdy zaprowadzili nas do swojego domu i dali wyjście: albo śpicie u nas, pod dachem albo Was nie gościmy, bo namiotu na naszym trawniku rozbijać nie będziecie! Tłumaczenia, w których wyraźnie mówiliśmy, że to dla nas i tak bardzo wiele nie pomogły. Skończyło się na tym, że wyjść z domu nie moglibyśmy i staliśmy się pełnoprawnymi gośćmi. Nie z przymusu tylko z dobrego serca i świadomości, że pomagać sobie trzeba w każdym miejscu na świecie.

Początki bywają trudne i strasznie krępujące były dla nas. Weszliśmy do domu, w który przyjęła nas ciepło i z uśmiechem na twarzy Irma. W tej izbie miejsce dał nam Paata, Pan domu, mąż i ojciec z surowym obliczem, acz po kilku chwilach łagodnym i rozpromienionym. Naszym łącznikiem do gruzińskiego świata stał się Dato – najstarszy syn studiujący na uniwersytecie w Gori. Pełnił zakłopotanego, ale szczęśliwego tłumacza między nami, a gruzińską rodziną. I tak – kilka razy byliśmy pytani czy aby na pewno Dato poprawnie i płynnie włada językiem angielskim. Za każdym razem bijąc się w piersi mówiliśmy, że owszem, że Paata może być dumny z syna i jego nauka nie poszła na marne. Przejdźmy do sedna…

Pozwolono nam się rozgościć i rzucić w kąt bambetle. Usiedliśmy przy stole, przy którym od razu Irma zaczęła się krzątać, a Paata zagajać rozmowę. W międzyczasie poznaliśmy dwójkę rodzeństwa Dato, dużo młodszych i nieśmiałych, seniorów rodu, czyli babcię i dziadka, a także psa. Od tego momentu inaczej spojrzałam na pit bulle. Poznaliśmy szczeniaka, który łasił się, próbował nas podgryzać po palcach, a ze szczęścia siusiał na podłogę. Niespodziewanie, jak z czarodziejskiego kapelusza na stole zaczęły pojawiać się gruzińskie specjały, których autorką była Irma. Chinkali, czyli pierogi, które są na pierwszym miejscu z pierogami mojej mamy, liobo, czyli potrawa z fasoli z obłędną ilością kolendry i innych, aromatycznych przypraw, gruzińska i jedyna, prawdziwa oranżada, kawa o smaku smoły i słodyczy, której tylko w Gruzji można spróbować. Oczywiście opowiedzieliśmy o sobie, czym się zajmujemy i jak wygląda nasze życie. I to właśnie tutaj pojawiło się pierwsze zderzenie. Podczas wymiany zdań Dato zachowywał się jak współczesny mężczyzna – nie dzielił nas ze względu na płeć, lecz jego ojciec wyraźnie omijał mnie w konwersacji. Okazuje się, że w kraju kaukaskim kobieta nadal jest tą „drugą” i tylko status „gościa” pozwolił mi na siedzenie przy stole, podczas, gdy Irma ciągle donosiła nowe porcje, pytała nas czy wszystko smakuje i czy aby na pewno nie mało nam na talerzach. Paata siedział na czubku stołu jak prawdziwy pan domu i przewodził rozmowom i tematom podczas kolacji, a tylko kilka razy pozdrowił mnie i zapytał o rodzinę. To Łukasz był przez niego traktowany z szacunkiem i powagą, ja miałam gorszy status. Zdziwiony był niemiłosiernie, że nadal się uczę, że studiuję i chrząkał ogromnie, gdy jego syn mu przekazywał te informacje, ale można powiedzieć, że jakoś to zniósł. Jednakże Dato już nie respektował gruzińskiego savoir vivre i rozmowa między nami toczyła się lekko, bez skrępowania.

Kolejnym ciekawym etapem tego wydarzenia była rozgrywka mitycznych bogów, która tyczyła się partii szachów. Okazało się, że panowie między sobą się dogadali i tym sposobem Łukasz oraz Paata rozstawili piony na szachownicy. Paata jest znany w swojej okolicy, jako umysł skoncentrowany, taktyczny i uznał, że gościa sprawdzi. Łukasz też jest nie lichym przeciwnikiem, więc partia szachów mijała w napięciu, cmokaniu, uśmiechach, czasami lekkim podenerwowaniu bądź ciszy… Trwała ona kilkadziesiąt minut, jeden i drugi wojownik był spocony, a wynik? Postanowili, że wynik pozostanie nierozstrzygnięty, gdyż oboje są na tym samym poziomie i kwestią sporną nie okazała się wygrana, lecz jakość gry. Całe szczęście na końcu podali sobie ręce, złożyli piony bez rzucania i ponownie usiedli do stołu. Nikt z nimi nie rozmawiał, jeden po polsku mówił, że ten drugi „jest dobry”. Ten drugi po gruzińsku pod nosem wspomniał kilka razy, że orzech ma ciężki do zgryzienia, o czym Dato nas po cichu poinformował. Zasiedliśmy ponownie do stołu.

Zadaj sobie pytanie: czy przygarnąłbym dwóch obcych ludzi, o których nic nie wiem do mojego domu, w którym mieszka moja rodzina? Czy byłbym na tyle szalony, aby ich wprowadzić do mieszkania, nakarmić, dać miejsce do spania? Jaki musiałby być powód tej decyzji?

Przyznam, że nam się udało. Po prostu, bez bicia nam się udało, a to za sprawą mojej urody i bynajmniej nie sądzę, że nadaję się na okładkę Vogue. Mówię o czymś innym. Podczas kolacji, po dwóch, może trzech godzinach przysiadła się (w końcu!) Irma do stołu. Nałożyła sobie ciut na talerz i zaczęliśmy rozmowę przez Dato. Powodem przygarnięcia nas pod swój dach była burzliwa rozmowa, którą odbyła ona z Paatą, gdy nas spotkali. Okazało się, że babcia Irmy była Polką. Była to osoba, która w wojennych czasach uciekła z Polski do Gruzji w poszukiwaniu szczęścia, jako młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta. Nie czuła żadnych zobowiązań i postanowiła wykorzystać swoją szansę. Zawitała do Gruzji, mieszkała i spotkała na swej drodze życia Gruzina z krwi i kości, w którym się zakochała bez pamięci, z którym wzięła ślub, i dla którego powiła dzieci. Jej wnuczką jest właśnie Irma, która pokazała nam jej czarno-białe zdjęcie z lekko podniszczonego, tkniętego historią albumu rodzinnego. Wierz mi, że poczułam się dziwnie. Miałam wrażenie, że przeglądam się w lustrze z jedną różnicą – twarz w nim była nieruchoma i miało ono kilkadziesiąt lat. Niezwykle podobne oblicza o niebieskich oczach, ciemnych, długich włosach i bladej cerze. Rysy twarzy łudząco podobne. I to był powód, dla którego nas przygarnęli. Przypominałam z wyglądu babcię Irmy, w dodatku jestem Polką. Po tym, jak usłyszeliśmy tę historię padłyśmy sobie z Irmą w ramiona i jedyne, co nam zostało to popłakanie się ze szczęścia. W końcu jesteśmy tylko ludźmi i aż ludźmi, a historia była wzruszająca i Irma na zawsze zostanie dla mnie jedną z bardziej wyjątkowych postaci. Gruzinka o polskich korzeniach, uwiedziona przez Gruzina w wieku 17. lat założyła z nim rodzinę i mieszka do dzisiaj. Paata przy nas (o dziwo!) powiedział, że jego żona to najcenniejszy skarb, jaki spotkał go w życiu.

I wszystkie te zdarzenia działy się podczas supry. I czym jest supra? Supra jest biesiadą, jest ucztą z suto zastawionym stole. Rozmowy podczas supry dotyczą tematów wszelakich: rodziny, boga, polityki, życia na tym świecie, a nawet w zaświatach, literatury. To nie wszystko. Jedna rzecz odróżnia biesiadę od supry, a jest to aspekt bardzo ważny.

Nie ma supry bez toastów.

Nie ma toastów bez tamady.

Tamadą był Paata. Tamada to wodzirej całego zamieszania, jakim jest supra. Dba o porządek, to on wznosi toasty i w dodatku w odpowiedniej kolejności. Takiego przewodnika najczęściej wybiera się w szerszym gronie poprzez zgodę współbiesiadników i jest to mężczyzna, który cieszy się poważaniem oraz szacunkiem. U nas tego kłopotu nie było, gdyż Paata był nim od samego początku bez głosowania. Tamada wygłasza wszystkie toasty, określa chwilę, w której można chwycić za kieliszek, wypić jego zawartość i gawędzić dalej. Tak naprawdę więcej się podczas supry leje słów i opowieści niż wódki. My swoje toasty wznosiliśmy zieloną oranżadą gruzińską i być może jest to bluźnierstwo, ale Paata nam na to zezwolił. Sam w kieliszku miał czaczę… Kieliszka po toaście nie trzeba wypijać całego, lecz za każdym razem należy go uzupełnić do pełna. Każdy toast zmusza do refleksji i rozmowa, śpiew, a nawet wygłaszanie wierszy Rustawelego po ujęciu z kielicha łyku trunku prowadzi pogawędkę na dalsze tory. I toasty nie są nieprzypadkowe, zanim do nich przeszliśmy zostaliśmy poinstruowani o tym, co ma się wydarzyć. Każdy toast ma swoją kolej. Przy każdym toaście należy się skupić, nie przerywać tamadzie, a pomiędzy toastami raczyć się suto zastawionym stołem. Tamada udzielał nam głosu i w przez siebie wyznaczonych momentach wspominał oraz opowiadał różne historie.

Poprosiłam Dato o przesłanie formy toastów i od razu zaznaczył, że jego kraj jest pierwszym, który nazywany jest krajem płynącego wina i toasty mają swoją historię. Wznoszenie toastów nazwał swego rodzaju „obowiązkiem” w Gruzji, a liczba maksymalna toastów nikomu nie jest znana. Myślę, że silnie zależy ona od zdrowia i chęci gości. Za każdym razem są to te same toasty (bądź bardzo zbliżone), przy których wspomina się konkretne osoby bądź zdarzenia z życia. Kolejność toastów wygląda następująco poczynając od pierwszego do dziesiątego, ponieważ przynajmniej dziesięć toastów się wznosi w domu rodzinnym Dato.

- za boga lub siłę wyższą, które są nad nami i nad nami czuwają,
- za zgodę i pokój, aby wojen i nieporozumień nie było,
- za powód, dla którego się tutaj spotkaliśmy,
- za nasze rodziny, aby żyły w zdrowiu i szczęściu,
- za zmarłych, abyśmy zawsze o nich pamiętali, aby nas chronili (w tym momencie należy powstać od stołu – zawsze!)
- za Gruzję i za kraj, z którego goście pochodzą,
- za gospodarzy i za gości, aby wiodło im się jak najlepiej,
- za miłość, przyjaźń i wzajemny szacunek,
- za kobiety, dzieci i za gospodarza,
- za to, aby każdy mógł studiować świętą księgę.

Kolejne toasty przychodzą wraz z kierunkiem, który nada tamada bądź, gdy do głosu zostanie dopuszczony gość, który poproszony zostanie o wygłoszenie swojej przemowy. Dla Gruzinów takie spotkanie przy stole jest też momentem do zażegnania sporów, porozumienia się i wymienienia poglądów. To tutaj można poznać reguły, które panują w Gruzji z bezpośrednich opowieści, a także poznać Gruzinów bliżej, od prywatnej strony. Tam, gdzie trafiliśmy otrzymaliśmy dużo ciepła, oddano nam swoje serca i poopowiadano o sytuacji w kraju. Mimo tego, iż sami mówili, że niewiele mają i nie są zamożni to podzielili się z nami tym, co mieli, a przede wszystkim sobą. Izba nie była taka, jak sobie wyobrażacie… Było w niej sporo pęknięć na ścianach, stare wersalki, kilka krzeseł, stół, kawałek dalej zlew i kuchnia umiejscowiona w schowku. W pokoju na górze, w którym nas ugościli wisiały stare firanki, a okna były poutykane watą. Tak czy inaczej nie skromność tego domu zapamiętamy na długo, lecz jego ciepło, otwarte serce, przyjazną atmosferę, łzy, śmiech, zdziwienie i szok kulturowy. Mimo tak wielu różnic, które nas dzieliły rozmawialiśmy o wszystkim, czasami zdarzały się nieporozumienia, ale szybko były łagodzone przez któregoś z domowników. I była to najbardziej osobliwa i uczuciowa supra, w której mieliśmy okazję brać udział. Na pożegnanie otrzymaliśmy bardzo urokliwą pamiątkę – rogi, w których w sposób tradycyjny pija się wino.

Okudżawa Bułat
„Gruzińska ballada”

Winogradu ziarnko do ciepłej mej ziemi posadzę
Pielęgnować je będę najczulej, co tak musi być,
Mych przyjaciół zawołam, z gronem serce położę na tacę
Bo inaczej to po co na ziemi odwiecznej mi żyć?

Moi mili siadajcie, tym co chcecie się ze mną częstujcie
Mówcie w oczy, zwyczajnie i nie chciejcie z tą prawdą się kryć
Car niebieski przebaczył mi grzechy, wy też mi darujcie,
Bo inaczej to po co na ziemi odwiecznej mi żyć?

Moja Daria w kostiumie odświętnym zaśpiewa nam tęsknie.
Zawsze płacze, więc potem w podzięce obetrę jej łzy,
Może umrę z miłości i żalu, choć to nie po męsku,
Bo inaczej to po co na ziemi odwiecznej mi żyć?

Wtedy znów zawirują po kątach jak w starej legendzie
Czarny kruk, siny orzeł i sowa, skąpane os mgły,
Może znowu i znowu na jawie przepłyną w swym pędzie,
Bo inaczej to po co na ziemi odwiecznej mi żyć...

Kolejny cud trafił nam się w Vardzi, gdy chcieliśmy rozbić namiot pod restauracją niedaleko skalnych – nie do końca – ruin. Przygarnął nas do swojej budki Gruzin po pięćdziesiątce, który widział, że psy nas gonią. W sumie to nie bardzo chciały nas wpuścić do naszego lokum… Zaprowadził nas do swojej kanciapy, porozmawiał z nami, ucieszył się z krówek i mlaskał z zadowoleniem. Włączył grzejnik, przygotował dla nas miejsce na podłodze pod oknem i właśnie tam rozłożyliśmy swoje materace plażowe oraz śpiwory, o czym pisaliśmy chwilkę wcześniej.

W przeddzień wylotu zatrzymaliśmy się u starszych ludzi w Kutaisi w prywatnym domu. W miejscu tym nocleg znaleźli również Koreańczycy. Dzieliliśmy z nimi pokój, byli dla nas bardzo mili, wypytali nas o Polskę i jej realia. Odbiliśmy pytanie, które brzmiało: a co Wy tutaj robicie?! Pytanie zasadne, gdyż Korei do Gruzji jest bardzo daleko. Okazało się, że wcześniej podróżowali po Iranie, po Chinach i po krajach europejskich, a skąd Gruzja? Przez tanie bilety! Innego powodu nie mieli i przysłał ich do Gruzji czysty przypadek. Wspomnieli, że w ogóle Gruzinów, zwyczajów i zasad nie rozumieją, a na ulicach są ciekawostką i wydarzeniem. Nie przeszkadzało im to w zwiedzaniu, gubieniu się w gwarnym tłumie czy mlaskaniu podczas obiadu. Koreańczycy swój zachwyt dla kucharza wyrażają poprzez siorbanie, mlaskanie i ciumcianie, za które my dostalibyśmy ścierką po rękach i głowie. Taki też zamiar miała gruzińska babcia, która ich karmiła, ale z uśmiechem na ustach i mordem w oczach kulturalnie milczała podczas tego okazywania szacunku. Wieczorem, gdy wszyscy spotkaliśmy się przy stole właściciel postawił przed nami butelki z winem z własnego wyrobu, czaczę też pochodzącą z jego domu i dobry humor. Pani domu tym razem siedziała przy stole razem z nami z dezaprobatą słuchając odgłosu ucztujących i to właśnie ona przekazała mi przepis na chinkali. Podczas spisywania składników głos zaczął zabierać Czech, którego też mieliśmy okazję poznać. Okazało się, że przyjechał do Gruzji, ponieważ z wykształcenia jest archeologiem i za wszelką cenę chciał zobaczyć na własne oczy jaskinię Prometeusza. Przyleciał do Kutaisi samolotem z Katowic, ale niestety sam. Jego żona i dziecko nie wyrazili zgody na wycieczkę, ponieważ uznali Gruzję za kraj niebezpieczny, w którym na każdym kroku czyha zło. Chcieli go odciągnąć od tego pomysłu, ale nasz nowy znajomy uznał, że wszędzie są ludzie, a jak są ludzie to same zło go nie spotka. Tym oto sposobem mimo 20. stażu ślubnego raz w roku wyjeżdża samotnie do krajów, których nie chce odwiedzić jego żona, spędza tam kilkanaście dni i wraca do domu naładowany energią, która pozwala mu usiedzieć w jednym miejscu. Jego żona preferuje hotele iluś-gwiazdkowe, natomiast on sam nocleg za 15 zł, w namiocie albo u kogoś poznanego przez przypadek. Tak czy inaczej ponoć po dziś dzień tworzą udany związek.

Supra w tym miejscu miała nieco inny charakter. Nie obyło się bez piosenek gruzińskich, koreańskich, czeskich i polskich. Do tego kotła dodaliśmy naukę języków chińskiego, japońskiego i koreańskiego bacznie ucząc się różnic w zapisywaniu znaczków. Dodatkowo przyszło nam rozmawiać o kulturze i historii naszych krajów. Słyszeliśmy również opowieści, że Koreańczycy boją się swoich sąsiadów z północy, ale jednocześnie modlą się za nich, ponieważ nie potrafią zrozumieć cierpienia i krzywdy, która ma tam miejsce od wielu lat. Opowiadali również, że „lżej” odczuwali pobyt w Iranie niźli w Gruzji, że to miejsce jest magiczne, ale i straszne dla nich. I wszystkie te opowieści snuli patrząc praktycznie non stop w swoje „macane” telefony, nie czując skrępowania. Nasi gruzińscy gospodarze próbowali ich odciągnąć od kolorowych wyświetlaczy, ale mimo wszelkich kulinarnych, tanecznych czy alkoholowych prób starania spełzały na niczym. Tak czy inaczej goście ze wschodu długo nie wytrzymali naporu ucztowania po gruzińsku, popadali jak muchy i zaczęliśmy suprę z toastami. Trwała ona długo, była radosna i nawet nieco roztrzepana, ale jeśli my czegoś „nie złapaliśmy” to Czech nas uzupełniał i zeszło nam tak do późnych godzin nocnych.

Kolejnego dnia postanowiliśmy udać się najpierw na przechadzkę po mieście (już z plecakami) i trafiliśmy do malutkiej restauracji, w której siedziało kilku Gruzinów. Sygnał był zachęcający, bo nie było widać „naszych”, czyli turystów, podróżników, a szansa na zjedzenie czegoś gruzińskiego i nieoszukanego wzrosła do 100%. Rozsiedliśmy się i zaczęliśmy szaleć… 10 sztuk chinkali z białym serem (były olbrzymie!), sałatka z pomidorów, ogórków i cebuli podana z sosem orzechowym, pieczona wieprzowina na ostro z ziemniakami, piwo, do pogryzienia placek, bo chcieliśmy wydać ostatnie pieniądze. Będąc w połowie już mieliśmy dosyć, a za to wszystko zapłaciliśmy zaledwie 40 złotych. Po uczcie, która trwała ponad godzinę postanowiliśmy się turlać dalej, bo fachowo inaczej naszego sposobu przemieszczania się nie można nazwać. Kulaliśmy się w stronę centrum w zawrotnym, żółwim tempie i będąc w samym środku Kutaisi zobaczyliśmy znak: „Airport 5 km”. Nie… Nie było opcji, aby 5 km iść na lotnisko. Generalnie, standardowo taka odległość dla nas nie jest straszna, ale tym razem była niemożliwa do wykonania. Pierwszy pomysł, który wpadł nam z czystego lenistwa do głowy to marszrutka. Niestety, objedliśmy się jak bąki i nie mieliśmy więcej pieniędzy, aby zapłacić kierowcy za przejazd, a wymiana kolejnych euro nie wchodziła w grę. Pomysł upadł. Będąc w centrum miasta na jednym, z głównych skrzyżowań postanowiliśmy stopować. Auta jeździły „po gruzińsku”, czyli jak chciały, a my skromnie wystawiliśmy kciuki, choć pewnie najpierw było widać nasze brzuchy. Nawet kartki nam się nie chciało pisać, bo do odlotu mieliśmy ok. 6 godzin, więc lenistwo się wzmogło. W rękach mieliśmy flagę Polski i to tylko, dlatego, że była na wierzchu plecaka… Nie minęło 5 minut zatrzymuje się samochód! Zdurnieliśmy! W pełnym szoku podchodzimy do auta, które jest pełniusieńkie i zaczynamy rozmowę. Okazuje się, że w aucie jechali: Alisia (jedyna w towarzystwie Ukrainka) wraz z mężem, dwójką dzieci, koleżanką i znajomym męża. Wesołe auto, w którym czacza lała się litrami, ponieważ mąż Alisi trzeci dzień obchodził urodziny, lecz tego dnia nie pił. Postanowili nas zabrać, a kontakt był ułatwiony, bo język ukraiński jest dla nas, Polaków zrozumiały. Wsiedliśmy do auta, w którym ze wszystkimi się wycałowaliśmy, plecaki nie zmieściły się do bagażnika, więc upchnęliśmy je na nasze kolana i ruszyliśmy w drogę. W między czasie dowiedzieliśmy się o urodzinach męża Alisi, złożyliśmy mu życzenia i go uściskaliśmy. Kolejne zdziwienie na nas natarło, gdy stanęliśmy pod blokiem z ich mieszkaniem. Zostaliśmy zaproszeni do domu, ugoszczeni, po kilku sekundach na blacie kuchennego stołu stanęły: bukłak 5. litrów wina domowej roboty, wódka, chachapuri (na które dostałam przepis od Alisi), marynowana papryka i ogórki, placek serowy, faszerowana papryka i mnóstwo innych cudów. Wszystko było przepyszne! Nie mając miejsca w brzuchach jedliśmy dalej, bo znowu trafiliśmy na obłędnie dobre gruzińskie jedzenie.

I tak… Alisia jest Ukrainką, która kilka lat temu przybyła do Gruzji w poszukiwaniu ciekawszego, innego życia. Tak jak babcia Irmy, zakochała się w Gruzinie, który uwiódł ją i obiecał jej miłość do końca życia (Gruzińscy mężczyźni faktycznie coś w sobie mają…). Alisia na pytanie, dlaczego postanowiła zostać w Gruzji odpowiedziała: „Gruzja jest piękniejsza od Ukrainy, a przede wszystkim zakochałam się w Gruzinie”. Mieszkają w Kutaisi, lecz Alisi zdarza się wyjeżdżać do pracy w Turcji. W momencie, gdy ich poznaliśmy okazało się, że trwa trzeci dzień świętowania urodzin jej męża. Jak wyglądają urodziny w Gruzji? Ano w pierwszym dniu wyprawia się huczną imprezę ze wszystkim, co w Gruzji najlepsze. Zaprasza się swoich przyjaciół na to spotkanie, a kolejnego dnia zostają Ci najwytrwalsi. Drugiego dnia należy poprawić to, co wydarzyło się dnia wcześniejszego, aby jubilatowi na pewno dobrze się wiodło. Trzeciego dnia z rodziną zostaje przyjaciel, który nadal świętuje za zdrowie jubilata. Przynajmniej tak było w tym przypadku, a jak jest w innych? Nie wiem, ale z pewnością jest brawurowo!

Stół już był pełny, dostaliśmy zapewnienie, że po tym spotkaniu zostaniemy odwiezieni na lotnisko, zaczęliśmy się poznawać. Cała rodzina i ich znajomi znowu okazali się cudownymi ludźmi. Zostaliśmy wytuleni, wypytani o to, co planujemy, a Łukasz przez zamroczonego znajomego rodziny Alisi wycałowany po rękach aż po łokcie. I nie był to zwykły znajomy, nie, nie, nie… Poznaliśmy mężczyznę w wieku ok. 50. lat, który jako pierwszy w Kutaisi naprawiał przed dwudziestoma laty sprzęt elektroniczny. Spotkaliśmy „szychę”, która do tej pory każdego w Kutaisi zna, wie co, gdzie i jak załatwić, żeby było dobrze, co później nam udowodnił, ale o tym za chwilę. Nie wiem, kiedy czas nam minął, ale płynął zbyt szybko. Zdecydowanie za szybko. Alisia okazała się niezwykle elegancką oraz nowoczesną kobietą, a czasami przychodzi jej za to zapłacić małego pstryczka w nos. Ubiera się ona na styl „europejski”, czyli jak widać na zdjęciu w sposób wizytowy bądź, jeśli ma ochotę w mniej formalny, acz uwodzicielski. Mam na myśli dekolt, sukienkę/spódniczkę przed kolana. Maluje się, bo chce wyglądać bardziej atrakcyjnie i wprost przyznała, że robi to wszystko dla swojego męża. Mąż chodzi zadowolony, bo jego żona dba o siebie dla niego, ale… W miejscu, w którym mieszkają średnia wieku nie jest najniższa i gdy Alisia wychodzi z mieszkania, w którym wcześniej zastanawiała się, jak się dzisiaj ubrać, na ławeczkach siedzą starsze babcie. Mamroczą pod nosami, „dzień dobry” odpowiedzą i odprowadzają ją wzrokiem. Mąż Alisi za to słyszał kilka razy, że jego żona na „niepewną” opinię i powinien „coś” z nią zrobić, bo przecież w ten sposób ubierać się nie wypada! I podobno takie sytuacje mają jeszcze miejsce w całej Gruzji, gdy młoda kobieta chciałaby zaczerpnąć europejskiego stylu. Całe szczęście mąż Alisi na te opinie furka i idzie dalej, bo wie, że ona stroi się dla niego. Niby nic, ale dla naszej gospodyni i jej znajomych był/jest to temat bulwersujący.

Gdy musieliśmy się już niestety zbierać, bo czas nas gonił dostaliśmy na odchodne butelkę 1.5 litrową domowej roboty wina. Mimo tłumaczeń, że mamy bagaż podręczny, że nam wszystko z plecaków wyrzucą, a wino to już na pewno. „Nie martwcie się, ja Wam wszystko załatwię” powiedział ich znajomy. Z dziećmi i koleżanką Alisi wyściskaliśmy się na pożegnanie, po czym wyruszyliśmy na lotnisko. Tak – jazda była iście gruzińska, bez hamulców i bez patrzenia na drogę. Wysiedliśmy z auta. Wszyscy na nas patrzeli, bo my nadal imprezowaliśmy za zdrowie męża Alisi. Cyrk się zaczął, gdy ich znajomy podszedł do policjantów i zaczął się w nimi witać, jak ze swoimi znajomymi, a także pokazywać na nas paluchami. Przywitaliśmy się z policjantem/ochroniarzem będącym synem jego bardzo dobrego znajomego. Alisia tylko dodała, że „all will be ok”, a następnie ustawili nas w jednym, konkretnym miejscu na lotnisku. Mieliśmy się stamtąd nie ruszać aż do momentu odlotu. W plecakach spakowane były: ser, butelka wina, rogi, w których można pić wino i mnóstwo innych rzeczy. Ponownie się pożegnaliśmy raz jeszcze i zaczęliśmy czekać. Obok nas czekały również osoby na lot powrotny do Moskwy oraz – tak jak my – do Warszawy. 

Minęło kilka chwil, zaczęły się tworzyć długie kolejki do odprawy, my się w nich nie ustawiliśmy tylko czekaliśmy, jak nam nakazano na swoim miejscu. W pewnej chwili podchodzi do nas policjant, bierze nas na bok, podchodzimy poza kolejką do odprawy i pada pytanie, czy mamy w swoich plecakach jakieś ostre narzędzia, płyny i tym podobne? Oczywiście, że nie mieliśmy, bo głupio byłoby zaprzeczyć, prawda? Następnie ten sam człowiek postawił nas przy miejscu odprawy na samym początku. Oczy, które na nas patrzyły były w szoku, ale ciskały w naszą stronę również gromy. Jak to tak? Pani leci z walizką super marki do Moskwy, chce się odprawić, a tutaj dwóch, byle jak ubranych ludzi jest wciśniętych przed nią? Czekaliśmy dalej. Nie minęło 10 minut zostaliśmy wpuszczeni na odprawę, a reszta czekała za barierkami. Poproszono nas o zdjęcie plecaków i kurtek, a ochroniarze, którzy nas „obsługiwali” śmiali się w głos. Przez kontrolę nasze plecaki przeszły bez zająknięcia ani krzty wątpliwości. Żaden z plecaków nie został otwarty, nie poproszono nas o ich wypakowanie, namiot absolutnie nie był problemem ani żadna inna zawartość. Dano nam czas na ubranie swoich rzeczy, zabranie plecaków i odejście. I dopiero w tym momencie wpuszczono na odprawę resztę osób, które patrzyły na nas z niedowierzaniem i chyba nawet oburzeniem, a my za to usłyszeliśmy na odchodne: „Miłego powrotu do Polski, wpadnijcie jeszcze do Gruzji!”.

Wnioski? Poznaliśmy ludzi, którzy mają cudowne serca i są bardzo pomocni, i gościnni. Dopadła nas refleksja. Jeśli Gruzini biorą w ciemno dwójkę ludzi „z ulicy”, upajają świetnym winem, a następnie wsadzają do samolotu gwałcąc wszystkie normy bezpieczeństwa to, co oni sami wywijają?!

Gruzja to przede wszystkim ludzie, a reszta przychodzi w swoim czasie…