„Aby poznać człowieka trzeba zostać jego towarzyszem podróży.”

Z takiego założenia wychodzimy zawsze i za każdym razem mamy okazję do poznania siebie nawzajem w – czasami – ekstremalnych warunkach. Jeśli chcecie się przetestować, sprawdzić czy za każdym razem dojdziecie wspólnie do konsensusu bądź dowiedzieć się, które z Was ma mniejszą cierpliwość to jeźdźcie do Gruzji. Ot co.

Po Tbilisi naszym kolejnym punktem wycieczki była Vardzia. Dotarliśmy do Achalcyche marszrutką z Kutaisi w tempie iście zwariowanym. Nie straszne już były nam wojaże Gruzinów i z tego względu na wszelki wypadek nic na czas drogi nie zjedliśmy. Mawia się, że przezorny zawsze ubezpieczony i w tym przypadku to powiedzonko zadziałało, ponieważ nic nam się w żołądkach nie poprzewracało. W Achalcyche przesiedliśmy się do kolejnej marszrutki, czy też raczej wraku „autobusiku” klejonego na wszystkie sposoby. Obity, wyklepany w kilkudziesięciu miejscach jechał, że aż miło! Telepało nami na lewo i prawo, pojazd kilka razy prawie silnika nie zgubił, ale tak w Gruzji ma być!

Owszem, znajdziecie marszrutki, które wyglądem przypominają nasze autobusy, ale nie zawsze… Czasami brakuje błotników, niekiedy nie ma szyby (klimatyzacja), a na zdjęciu poniżej możecie „zobaczyć”, że pachniało zgnilizną i brudem. W zasadzie nie to powinno nas dziwić, bo jak wiemy – Gruzja bogatym krajem nie jest i każdy radzi sobie, jak może. Jedzie? Jedzie, więc po co drążyć temat? A… Pojedzie, jak się zapełni, a nie za 30 minut – pamiętajcie o tym. Nawet jeśli kierowca lub jego naganiacz zaczną Wam obiecywać, że ruszycie za pół godziny pod żadnym pozorem im nie wierzcie. 

Ruszycie się z miejsca w momencie, gdy pojazd będzie po sufit zapakowany ludźmi i ich tobołkami, a czekać możecie nawet dwie godziny na odjazd. Jednakże oczekiwanie na wyruszenie w drogę nie jest straszne – zawsze można się wyspać, najeść i napić, porozmawiać z miejscowymi albo wybrać się na spacer, bo bez Was raczej nikt nie powinien odjechać. Naszymi towarzyszami podróży stali się Gruzini i Ormianie, którzy sukcesywnie wysiadali w wioskach, które mijaliśmy po drodze. Trasa była niezwykle malownicza i spokojna. Przyzwoity kawałek drogi asfaltowej prowadził nas przez wąwozy, w których pasły się krowy i owce. Czasami na drodze spotykaliśmy kury i Gruzinów z butelką czaczy w ręku. Krajobraz stał się iście bajkowy. Wjazd do skalnego miasta to wijąca się serpentyna wzdłuż rzeki Mtkvari. Wokół piętrzą się wzniesienia, co jakiś czas usiane są małe domki wokół których krzątają się mieszkańcy. Na południu Gruzji w regionie historycznym Meschetia króluje spokój, a wokół piętrzą się pola i ogródki.

Na miejscu, gdy minie się znak „VARDZIA” zobaczycie restaurację. Nie jest ani wielka, ani fenomenalna, ale serwuje bardzo smaczne chinkali, które mieliśmy okazję skosztować (cena jednego „pierożka” to ok. 1.50 zł). I to właśnie w tym miejscu postanowiliśmy się zatrzymać. Weszliśmy do restauracji z pytaniem o możliwość rozbicia namiotu z tyłu na zapleczu obok rzeki. Oczywiście, mogliśmy postawić nasz domek bez najmniejszego sprzeciwu. Jeśli zaczęłoby padać to mogliśmy przeprowadzić się pod zadaszenie restauracji, na której były ławki i stoły. Bezpańskich psów na horyzoncie nie było widać, więc zaczęliśmy dmuchać nasze materace plażowe, które rozkładaliśmy w przedziwnych miejscach (od tamtej pory wiemy również, że jeden ma pękniętą poduszkę, ale do tej pory nie udało nam się go jeszcze wymienić). Minęło kilkanaście minut i nasz domek dumnie stał i prezentował się na tle Vardzi. W momencie, gdy zaczęło zmierzchać, gdy zabieraliśmy się za nasze zdobyczne jedzenie i herbatę z termosu poznaliśmy nowych znajomych. Nasi nowi koledzy mieli uszy postawione na baczność, ogonami nie merdali, a nawet się jeżyli, gdy chcieliśmy dostać się do namiotu. Z czeluści gruzińskiej ziemi pojawiło się kilka psów w tym dwa stosunkowo dorodne wielkości mojej prywatnej bestii (prywatnie jestem właścicielką owczarka niemieckiego, z którym nieźle się dogaduję). Tutaj o rozmowie nie było mowy, pozostało warczenie i podchody. Pogoda nie była najlepsza, nowi znajomi nie bardzo chcieli nas dopuścić do namiotu, więc wpadł nam do głowy kolejny genialny pomysł. Toalety! Obok restauracji można znaleźć toalety, które na noc nie były zamknięte. Nie brzmi ten pomysł do tej pory dobrze i zachęcająco, ale jakoś sobie trzeba radzić skoro wyjechało się z domu spod skrzydeł mamusi z zamiarem spania pod gołym niebem. Byliśmy już blisko wyciągnięcia materacy, śpiworów i plecaków z namiotu i przetransportowania ich do łazienek, lecz po zmroku zahaczyłam przechodzącego mężczyznę. Okazało się, że był on strażnikiem wejścia na teren skalnego miasta. Wyraźnie widział, że jesteśmy w sytuacji podbramkowej. Popatrzył na nas, surowo zmierzył nas wzrokiem i zapytał:

- A Wy kto?
- Polacy!
- Paliaki? Hm…

Chrumknął, odchrząknął, podrapał się po głowie, a niewiele włosów na niej miał i uznał, że mamy za nim podążać. Zabrał nas do swojej kanciapy, w której zrobił nam miejsce w kącie. To tam rozłożyliśmy nasz dobytek dziękując mu głośno i radośnie. Następnie zaczął się etap poważnej misji, w której to niewiasta siedzi i oczekuje wybawców, a bohaterowie odzyskują namiot. Ponoć nie było im łatwo, musieli pokazać kto rządzi na terytorium za restauracją, lecz z sukcesem wyrwali stelaż wraz z sypialnią z ziemi i schowali w przedsionku. Po całym zajściu powiedział nam tylko, że wstajemy przed 7. rano, ponieważ lepiej, aby nikt nas nie zobaczył. Ucieszył się szczerze i niczym małe dziecko, a miał na moje oko ponad 50 lat na widok cukierków. Jak wcześniej gdzieś wspominałam tak i tym razem nie mogło zabraknąć krówek. Ludzie, którzy przygarniają innych ludzi nigdy nie wezmą od Ciebie pieniędzy. Będą się wzbraniać, a jeśli będziesz na siłę wciskać w ich ręce banknot mogą się śmiertelnie obrazić. Co innego tyczy się krówek, czyli naszego polskiego przysmaku, który poza granicami naszego kraju obrósł w nie małe legendy. Nie wziąłbyś krówki w podziękowaniu? Jasne, że tak! I w ten sposób nowo poznanemu Gruzinowi podziękowaliśmy, który w mgnieniu oka je zjadł, a następnie zadowolony przymrużył oczy, kładąc się na swojej wersalce. Z natury był człowiekiem pochmurnym i nieprzenikliwym, ale po kilku minutach stał się naszym kolegą, który śmiał się do rozpuku z naszych plażowych materacy. Nie mógł uwierzyć, co właśnie widzi na swoje oczy, ale co miał zrobić? W nocy wychodził na obchód, ale ani razu nas nie zbudził. Porankiem się pożegnaliśmy, uściskaliśmy go i wyruszyliśmy do Vardzi. Ledwo wyszliśmy od niego z kanciapy to od razu rozmawiał z innymi Gruzinami i Gruzinkami, pokazując nas przy tym palcem.

Wchodząc na teren Vardzi nie warto zabierać ze sobą plecaków, ponieważ nie będzie to ani miłe, ani wygodne zwiedzanie. My nasze torby zostawiliśmy pod opiekę pań pracujących w restauracji, ale równie dobrze można je zostawić w budce przy wejściu. Bilet wstępu kosztuje 3 lari, a studencki 1 lari. Legitymacja ISIC wystarczy w zupełności przy czym my pokazaliśmy nasze polskie dokumenty, bo ISIC jeszcze do nas wtedy nie dotarła i bezproblemowo zapłaciliśmy 1 lari. Zmierzając do meritum – czym jest Vardzia? Jest to potężne skalne miasto z ogromną ilością malutkich przejść i izb wydrążonych w skale. Nazywana „plastrem miodu” ze względu na swój wygląd. Z daleka w momencie wjazdu pod teren skalnego miasta w oczy rzucają się kanciate, nierówno wybite otwory, schody oraz dzwonnica. 

O Vardzi krąży legenda…

Tamara, królowa Gruzji, najwybitniejsza i najbardziej kochana podążała w orszaku królewskim do Mescheti. Podczas tej wyprawy miała zaledwie kilkanaście lat, a jej opiekunem był wujek/ojciec (sami Gruzini podają dwie wersje), sam król Gruzji. Wkrótce zmęczenie dało się wszystkim we znaki. Orszak stanął w pobliżu skały, którą mamy szansę podziwiać. Młodziutka Tamara postanowiła się wybrać na spacer, lecz po dłuższej chwili król zaczął się niepokoić. Współbracia zaczęli szukać małej zguby, a poszukiwania nie przynosiły skutku. Wuj dziewczynki głośno ją wołał i wtem, znienacka usłyszał „var dzia”, co znaczy „jestem wujku”. Tym oto sposobem skalne miasto zyskało swoją nazwę. Vardzia powstawała przez długie lata począwszy od wieku XII i zaczęto ją budować za czasów króla Jerzego III, a skończono za panowania królowej Tamary. W czasach średniowiecznych była punktem strategicznym, a jednocześnie schronieniem przed Mongołami. W komnatach i korytarzach mogło pomieścić się nawet kilkadziesiąt tysięcy osób. Okres świetności i rozkwitu Vardzi został przerwany w roku 1283, gdy około 70% miasta zostało zniszczone podczas trzęsienia ziemi. Wtedy ukazał się przekrój, który w dzisiejszych czasach nazywany jest „plastrem miodu”. W 1551 roku skalne miasto zostało najechane przez Persów, którzy łupili wszystko, co byli w stanie ze sobą zabrać. Persowie skradli ikony, cenne przedmioty i wyroby, niszcząc przy tym cały dorobek mieszkańców. Większość zamieszkujących tamte tereny Gruzinów zabito, pozostałych wzięto w niewolę z wyjątkiem szczęściarzy, którzy zdołali zbiec przed najazdem wroga.

Niedawno, bo w latach 70. XX wieku powrócili do komnat mnisi. Od tamtego momentu prowadzone są ciągle prace renowacyjne mające na celu wspomnienie historii, która miała miejsce oraz ludzi, którzy włożyli mnóstwo pracy w budowę Vardzi. Legenda jest przekazywana każdemu z osobna, aby nikt o niej nie zapomniał. Aktualnie możliwe jest zwiedzanie kilkuset pomieszczeń i korytarzy. Zachwycający jest ogrom tego zabytku, możliwość przemykania wąskimi przesmykami oraz panorama z rzeką w tle. Zadziwiająca jest obecność mnichów, którzy podczas naszego spaceru wciągali worki z betonem na górne piętra oraz sprzątali poziomy, na których mieszkają. Do tej pory można tam znaleźć kapliczki z ikonami oraz malowidłami, które są nadal wykorzystywane podczas modlitw i chwil skupienia. Zachwycające i zadziwiające miejsce, ale nie mnie. Do mnie ani historia tego turystycznego punktu na mapie, ani atmosfera nie przemówiły. Bardziej cieszyła mnie sama wyprawa niźli zwiedzanie skalnego miasta. W swojej opinii jestem odosobniona, ponieważ Łukasz był bardzo zadowolony, lecz do mnie to miejsce „nie przemówiło”. Być może to byłą nie ta chwila, nie ta atmosfera, a może miałam gorszy humor, lecz ja z Vardzi chciałam jak najszybciej odjechać. Nie urzekła mnie i nie zatrzymała, ale każdy ma swój gust i swoje „widzimisię”.

Zakończenie pobytu w Vardzi było miłe i przyjemne, bo w końcu deszczowe chmury odpłynęły w siną dal i pokazało się piękne słońce. Długo na autostop nie czekaliśmy, a co więcej – nawet kartki nie pisaliśmy dokąd chcemy się udać, bo droga była tylko jedna, jedyna. I w czasie powrotu z południa Gruzji zatrzymaliśmy się w Achalcyche, w którym mieliśmy przyjemność relaksować się na terenie dziewięciuset letniej twierdzy Rabati. Znajduje się tam informacja turystyczna, w której bezproblemowo można zaopatrzyć się w mapę Gruzji oraz pobliskich terenów, a także zostawić plecaki na czas zwiedzania. To, co faktycznie zachwyca to meczet, wyjątkowo interesujące muzeum, w którym znajdziemy informacje na temat historii pobliskich terenów, klasztor ormiański, ruiny teologicznej szkoły muzułmańskiej, a także przepiękne i zadbane rabaty kwiatowe. Koszt wstępu to 5 lari, w cenie biletu jest wstęp do muzeum. Zamek położony jest na wzgórzu przez co widać go już z daleka. Odrestaurowany idealnie przypomina, że w zamierzchłych czasach pełnił on funkcję strategiczną. Położony był niedaleko granicy z Imperium Osmańskim, a o jego wygląd zadbał kontrowersyjny prezydent Saakashvili. To, co uderzyło nas na samym wstępie to nie ruiny, nie brama ani cena biletu, a ta była śmieszna. Napotkaliśmy na swej drodze dwie rodziny pary młodej, która celebrowała i hucznie fotografowała całe zajście. To, co nas zaskoczyło to wiek panny młodej… Nie chcę zmyślać, ale nie jestem przekonana czy miała ona 18 lat, przy czym jej wybranek miał dobre 30 lat. Ubrana była niczym bajkowa księżniczka w zwiewne, kolorowe szaty. Złoto i kamienie szlachetne migotały w blasku słońca z daleka i zapewne przepięknie wyglądały na rodzinnych zdjęciach. Zaczęliśmy spacerować po zamku, a mieliśmy to szczęście, że nie było tłoczno i gwarno. Każde miejsce zostało odbudowane z detalami, więc wydawać się może, że braknie nam autentyczności. Całe szczęście tak się nie stało. Twierdza pozwala rzucić okiem na okoliczny teren, umożliwia zachwycenie się tamtejszymi dziejami historycznymi, a także nie rozczarowuje. Z ogromną przyjemnością usiedliśmy koło zadbanych rabatek kwiatowych i fontanny. Tylko… Jedno „ale”. To miejsce nie wygląda jak „prawdziwa”, czyli chaotyczna, surowa, serdeczna, a czasami naburmuszona Gruzja. Wszystko jest nowe, świeże, nie ma bałaganu ani brudu i nijak ma się to miejsce do dziurawych dróg i rozklekotanych marszrutek. Zupełnie nie ta Gruzja, którą poznaliśmy. Po prostu nie Gruzja, a miejsce przygotowane pod turystę, który płaci i wymaga. Twierdza Rabati ma dwa oblicza: można się zachłysnąć jej bogactwem, ale, gdy wyjrzysz ponad nią zobaczysz skromną, biedną Gruzję.

Po odpoczynku w twierdzy Rabati wyruszyliśmy dalej. Łapanie autostopa w Gruzji do problematycznych nie należy. Udało nam się złapać mężczyznę, na oko czterdziestoletniego, który z nami w sumie nie porozmawiał, ale cieszył się, że wiezie atrakcję. Zmierzał do Gori, a było to miejsce nam nie po drodze, więc rozstaliśmy się w Chaszuri. Pożegnaliśmy się z uśmiechami na twarzy, on też był zadowolony, bo na gruzińskich ziemiach ciągle żywa jest idea niesienia pomocy i wsparcia. Chaszuri było dla nas niezwykłym miejscem, bo właśnie tutaj w ciepłym, rodzinnym domu z gruzińskimi zasadami poczuliśmy wsparcie i przynależność do rodziny. Była to rodzina niezwykła, ale o tym następnym razem…