Jak zachłysnąć się Tibilisi - dumą Gruzinów?

Gruzja karmi nas chachapuri, pysznym liobo, dużą dawką kolendry. Rozpija winem i czaczą, a gasi pragnienie niezbyt wyrafinowaną, acz ciekawą w smaku kawą. Gruzja pełna jest starych babuszek, które niejedno w swoim życiu widziały, młodzieńców z nieogorzałą twarzą, a także pewnych siebie, bezpośrednich mężczyzn. Kobiety są paniami domu z podkręconymi rzęsami, ale kto mieszka w Tbilisi? Będąc w Gruzji musisz znaleźć się w stolicy Gruzinów i Gruzinek. Mimo tego, iż nie zachwyca ona swoją architekturą, a jest ona wręcz uboga i biedna to wszystkie miejsca na świecie tworzą ludzie, a gruzińskie przysłowie mówi:

Gdyby człowiek wiedział, gdzie upadnie, rozesłałby na tym miejscu wojłok.

Zatem upadnijcie wraz z nami.

Gruzja to prócz dzikiej przyrody, przepięknych gór oraz krów na drogach kraj ze stolicą, która powoli odradza się i chce upodobnić się do wielkich miast zachodnioeuropejskich. Tbilisi, w języku gruzińskim zwane თბილისი położone nad rzeką kurą to miasto chaosu. Nie oczekuj pasów bądź przestrzegania prawa drogowego – o ile takie istnieje? Spodziewaj się dymu papierosowego*, gwaru i chęci niesienia pomocy i rady, nawet w najgorszej sytuacji. Po dostaniu się do Tbilisi stopem, który był bardzo małomówny (bariera językowa), ale krówki przyjął z uśmiechem, trafiliśmy na dworzec Didube. 0.5 lari kosztuje jeden przejazd metrem (metro działa rewelacyjnie, bezproblemowo, lecz można się w nim poczuć niczym w kadrze ze starego horroru), a po konsultacji z panią w okienku trafiliśmy na Station Square. Station Square to stacja centralna, ale nie część starego miasta. Liberty Square jest miejscem, do którego należy udać się od razu ze względu na to, że znajdziesz tam punkt informacyjny. Należy zakupić kartę plastikową METROMONEY za 2 lari (wydają ją na 30 dni, jednocześnie może być używana przez kilka osób, zwrot na podstawie paragonu w dowolnym punkcie kasowym), a następnie doładować sobie ją za odpowiednią kwotę. Od razu dodam, że możliwy jest zwrot tej karty, ale… Dokumenty do zwrotu METROMONEY wypełniamy po angielsku, lecz rubryki „imię i nazwisko”, „adres” i inne są w języku gruzińskim… Czyli nie wiemy, co wypełniamy i robimy to „na czuja”, pani w okienku wszystko nam podbije i narysuje strzałeczkami, gdzie co miało być wypełnione, a następnie odda pieniądze.

Wracając do Station Square… W okolicach tego miejsca znajduje się dworzec autobusowy, na którym znaleźć można marszrutki (i nie szukaj rozkładu jazdy – pytaj po kolei każdego napotkanego mężczyznę o swoją destynację) oraz autobusy liniowe. Należy je rozróżnić, ale zapewne będziesz naganiany do marszrutek, które z dworca odjeżdżają do każdego zakątku w kraju. Nie mieliśmy noclegu, więc Łukasz jako prawdziwy mężczyzna i wojownik zostawił swą towarzyszkę – Natalię na zapyziałym targu i poszedł szukać noclegu, a więc intencje miał złote. Mam na myśli walające się śmieci, smrodek i ogólnie nieciekawą okolicę. Pora była wieczorowa, ok. 21:00. Ledwo zniknął z zasięgu moich oczu zostałam wyróżniona poprzez samca alfa. Samiec ten pachniał tanim bimbrem, nie był zbyt czysty, ale podobno liczy się urok osobisty! Zostałam z dwoma plecakami (śpiwory, namiot, butla z gazem, garnek, jedzenie, majtki, skarpetki i in.) ciężkimi jak 150! Pan w między czasie zaczął mnie ostrzej zaczepiać. Tłumaczyłam mu, że po gruzińsku „to ja nie gadaju”, ale on swoje. Zrobiło mi się nieswojo w momencie, gdy zaczął się do mnie zbliżać, łapać za ramię i dobierać do plecaków. Doszło do subtelnych, delikatnych rękoczynów, które przerodziły się w szarpaninę i krzyki! Ni z gruszki, ni z pietruszki pojawił się wybawca! Nie, nie Łukasz, bo się szwędał gdzieś po okolicy, lecz Shalva! Przegonił natrętnego jegomościa, dał mu papierosy, załatwił zapalniczkę i go przegonił. Okazało się, że Shalva przybył tutaj, aby odprowadzić swoją bardzo dobrą koleżankę – Ukrainkę na marszrutkę do Batumi. Zaczęliśmy rozmawiać, był ogromnie zdziwiony, ze kobieta stoi sama z takim dobytkiem w takim miejscu! Według jego słów jest to jedna z najgorszych okolic w Tbilisi. Pojawiła się jego koleżanka, która okazała się przemiłą osobą. Ona po ukraińsku, ja po polsku mówiłam, ale… Przybyła ona do Gruzji w momencie, gdy wielki brat zza wschodnich bram zajął jej miejsce w kraju, a następnie zaczął ją straszyć i wysyłać pod jej dom wojsko. Tym oto sposobem wraz ze swoją rodziną zamieszkała w Gruzji miesiąc wcześniej. Shalva był natomiast prawdziwym dżentelmenem! Zaopiekował się mną, postanowił, że znajdzie mi hostel, a w trakcie obdzwaniania swoich znajomych dowiedziałam się, że mam przepiękne, niebieskie oczy… Uśmiech za pół miliona znikł z jego twarzy, gdy nie chciałam się ruszyć z miejsca, z uwagi na to, że mojego mężczyznę jeszcze gdzieś nosiło. „What? Boyfriend? How come?” Całe szczęście Gruzini są słowni, więc pojechaliśmy „do dobrej dzielnicy”, pokazał mi, gdzie mieszka, która brama prowadzi do jego domu. Gdybym miała problem mam się do niego zgłosić, a tutaj mam jego nr telefonu (mam do dzisiaj!) gdybym czegokolwiek potrzebowała. Łukasz został pominięty w tych rozmowach, ale niebieskich oczu to on nie ma…

Tak czy inaczej trafiliśmy do jego przyjaciela, który za 15 lari/1 os. za noc udostępnił nam dwa pokoje, łazienkę (z pralką!) oraz kuchnię z wyposażeniem. Później sprzedawczyni w sklepie sprzedała nam jedno z podlejszych win w moim życiu, ale każdy chce przecież zarobić.

Kto był w Tbilisi, a nie zażywał natrysków bądź kąpieli w łaźniach siarkowych nie zna tej stolicy! Jest to punkt konieczny, niezbędny i niezwykły na mapie tego miasta. To właśnie w tym miejscu zanikają pewne granice, które albo się zaakceptuje, ale zwieje się gdzie pieprz rośnie albo wykupi prywatny „pokoik”! My w prywatnym pokoiku nie byliśmy, ale jest on pokazany na zdjęciu obok (łaźni publicznej z wiadomych względów nie fotografowaliśmy).

Moją towarzyszką podróży była wyjątkowo chuda Amerykanka, która do Gruzji przybyła na zaproszenie swoich znajomych. Generalnie dziewczyna (dałabym jej lekko 70 lat) była bardzo kontaktowa, a jej przyjaciele posłali ją do łaźni z zaleceniem, aby zapłaciła za dodatkowy masaż (30 zł), który miał ją postawić na nogi. Tak czy inaczej – zakupiłyśmy bilety (4 zł/1 os. mężczyźni, 6 zł/1 os. kobiety) i klapeczki (warto zabrać własne, bo jednorazówki kosztują 4 zł). Ukrywać nie będę, ale od samego początku pachniało zgniłym, gęsim jajem. Po dojściu do szatni przywitała nas prawdziwa Gruzinka – fest kobieta z ogromnym biustem i tuszą. Otworzyła nam szafki, pokazała, że mamy się rozebrać i wchodzić do łaźni. Żaden problem – rozebrałyśmy się do nagusieńka, ręczniczek w rączki i idziemy, ale… Pani nam dała po łapach i pupach brudną szmatą, zabrała nam ręczniczki, wrzuciła do naszych szafek, zamknęła je, a następnie wygoniła do zażywania siarki. Cóż nam było począć? Poszłyśmy. Po wejściu napotkałyśmy stare płytki, gorąc i zaduch, zardzewiałe rury, z których „siurkała” zbawienna, siarkowa woda. Na miejscu ok. 10 kobiet, większość starszych, które zrobiły nam miejsce na kamiennych siedzeniach. I co teraz? Zaczęłyśmy się pluskać, delikatnie obmywać. Okazało się, że poznałam Ann pochodzącą z Nowego Jorku, która zaczęła mnie przepraszać za swój wygląd (przeszła mastektomię), a także opowiadać o uzdolnionym synu, który ukończył na MIT informatykę. W trakcie, gdy my plotkowałyśmy (wszystkie kobiety mają „to” we krwi) Gruzinki się myły, pieniły, a nawet miały odpowiedni osprzęt do wszystkich czynności. Pożyczyły nam wiaderko – takie, z którego się stawia babki z piasku i wszystko układało się pomyślnie, a nagość przestała być tematem „tabu” po wstępnych oględzinach, które były dosyć szczegółowe i długie (mówiąc wprost to te baby się na nas szczerze i obcesowo gapiły). Wyróżniałyśmy się, bo wyjątkowo blado wypadałyśmy na tle opalonych Gruzinek. Próbowały z nami rozmawiać, ale ani po gruzińsku, ani po rosyjsku nie mówiłyśmy. Nadszedł czas wyczekiwanego masażu dla Ann. Kobieta, która dała nam cuchnącą ścierą po łapach poprosiła Ann na kamienne łóżko, które było nagrzane, ponieważ myślę, że temperatura w łaźni wynosiła ok. 50°C. Dla zabawy oblała ją lodowatą wodą, a wszystkie Gruzinki śmiały się do rozpuku. Zaczęła ją namydlać, a efektem końcowym był mydlany pudel, któremu nie było widać oczu. Mydlenie powtórzone zostało po raz drugi, następnie Ann była masowana bardzo chropowatą szczotką, a założę się, że to nie było przyjemne uczucie.

Odruchowo krzyknęłam przez te wszystkie kobiety:
- Trzymaj się! – i to był mój błąd…
- Polsza? Ruski?
- Polska, Poland! Polsza!
- A czemu Ty nie mówila? – zaczyna się dochodzenie
- E… Nie wiem?
- Jak Polsza to my Ci masaż zrobimy!
- Nie trzeba, nie jest konieczny, naprawdę.

Nie był potrzebny, ale rozmawiać już ze mną nie chciały, bo jedna chwyciła mnie za ręce, druga położyła na kamiennym siedzisku, później inna trzymała mnie za kostki, ażebym się nie wyrwała! Generalnie na żadne mydlenie nie miałam szansy, bo obezwładnimy mnie trzy tęgie kobiety, a każda z nich miała minimum po 50 lat! Zaczęło się „masowanie”, które ja odebrałam jako łamanie kości, wybijanie barku, szczypanie po pośladkach i skręcanie wszystkich stawów. Ugniatanie, bicie z pięści w plecy, uda i pośladki, skręcanie skóry i wywijanie rąk przy jednoczesnym polewaniem siarkowym wrzątkiem jest „niebywałą przyjemnością”. Czas mijał, a wszystkie kobiety w łaźni rechotały niczym stado żab na wiosnę. Chciały mnie przerzucić na plecy, próbowałam się wyrwać, ale szans nie miałam najmniejszych! Jedna za kostki, druga trzymała mnie za ręce, a trzecia – największa z nich śmiejąc się do rozpuku zaczęła mi rozrywać mięśnie ud! Nie byłam samotna – Ann miała to samo, ale jak na studentkę przystało – zakombinowałam i masaż miałam za darmo! Minęło pół godziny bólu przeplatanego z chwilami oddechu i w końcu masaże Ann oraz mój dobiegły końca. Usiadłyśmy obok siebie, pomilczałyśmy i nastąpiło z naszych ust: „Ufff...”. Wszystkie Gruzinki zaczęły się śmiać do rozpuku i pokazywać na nas palcami. Wstrętne baby, jakbym mogła to był je porozstrzelała w tym momencie, ale byłam w mniejszości! Jednak później zapałałam do nich ogromną sympatią, ponieważ nigdy nie było mi tak lekko i błogo po masażu. Po wyjściu z łaźni (mówiąc wprost) śmierdziałam starym, zgniłym jajem, ale było warto. Szczerze polecam tę formę rozrywki – skóra jest napięta, jędrna, bardzo delikatna w dotyku. Mnie masaż się trafił, ale Tobie proponuję go wykupić – naprawdę warto! Absolutnie nie wykupujcie prywatnych łaźni – idźcie do publicznych!

Jeszcze zostając w tematach „łazienkowych” to żadna z Gruzinek się nie krępowała. Kobiety myły sobie włosy szamponami, żelami i peelingami pieniły całe ciało , a nawet goliły nogi. I nie tylko nogi! Myły uszy i wklepywały w swoje ciała wszystkie możliwe upiększacze. W męskiej łaźni ponoć znajdowała się wanna 3 x 2 metry, w której delikwent mógł się gotować ile tylko miał ochotę. Wejście do niej nie było łatwe ze względu na siarkowy wrzątek, który się w niej znajdował, ale było tego warte. Jeśli będziesz w Tbilisi idź do Sulfur Baths! Inaczej nie poczujesz w pełni klimatu tego miasta i ludzi!** Dodatkowo po wyjściu z łaźni poczujesz się jak nowo narodzony noworodek ze skórą jak pupcia niemowlęcia! Nie ma to jak soczysta porcja siarki!

Tbilisi jest piękne nocą, gdy nie widać nieporządku, bałaganu i walających się śmieci. To wtedy pięknie widoczna jest Katedra Sameba będąca ozdobą tego miasta. Sobór Trójcy Świętej po gruzińsku wyraża się tak: თბილისის წმინდა სამების საკათედრო ტაძარი. Jednocześnie jest to największa budowa sakralna w Gruzji, która w swoim środku skrywa ogromne bogactwa i przepych. Znajdują się tutaj połacie złota, kamieni szlachetnych, których największe meczety nie powstydziłyby się. 11 ołtarzy, 5.000 metrów kwadratowych – pałac! To tutaj ma swe miejsce złota księga o wymiarach 3 x 2 metry, która zawstydziłaby niejednego oligarchę. Bogata, z samego złotego kruszcu z wyrytymi słowami świętych w języku gruzińskim kłuje w oczy… Za oknem świątyni nieład i często bieda, ale w środku... W środku Soboru to jest inny świat i myślę, że bardzo odległy od tego, co dzieje się w rzeczywistości. Katedra Sameba za dnia prezentuje się okazale ze względu na swe położenie na wzniesieniu, lecz w nocy zachwyca. Jedna z największych świątyń prawosławnych na świecie jest przepięknie podświetlona i tylko czeka, aby ją fotografować. Przez jednych nazywana przyjemnym miejscem dla innych staje się doskonałym, widoczna praktycznie z każdego miejsca w Tbilisi. 

Jeśli spotkacie jakąkolwiek inną świątynię na swej drodze wstąpcie do niej, być może natraficie na chrzest, który w religii prawosławnej jest nietypowy? Wszyscy wiemy, że w kościele rzymskokatolickim podczas chrztu polewa się dziecku głowę nad chrzcielnicą. W religii prawosławnej delikwenta rozbiera się do naga, a następnie odprawia modły po czym… Chlup do wody! Całe dziecko ląduje na chwilę w naczyniu z wodą, następnie jest wyciąganie, ponownie odprawiane są modły (trwa to kilkanaście minut). Później biedne dziecko wyciera się ręcznikiem i ubiera. Dlaczego biedne? Ano dlatego, że wydziera się w niebogłosy i nie ma się czemu dziwić. Co byś sobie pomyślał, gdyby obcy facet nagiego Ciebie wsadził do wody i gadał niezrozumiałe rzeczy? Tak – krzyczałbyś i płakał, więc reakcja malucha jest uzasadniona w każdym przypadku (religia rzymskokatolicka pod tym względem nie jest lepsza, lecz delikatnie subtelniejsza).

Będąc w Tbilisi powinieneś przejść się Mostem Pokoju, który przez swoją awangardowość i nowoczesność wyraźnie kontrastuje z Katedrą Samebą. Powoli staje się nowoczesnym symbolem miasta. Niekiedy nazywany podpaską ze względu na swój charakterystyczny kształt, ale jakby nie patrzeć i być obiektywnym – trochę racji w tym określeniu jest. Szczególnie, gdy popatrzymy pod odpowiednim kątem to tak. Podpaska! Z jego kładek można bezproblemowo obserwować gwar panujący w Tbilisi podczas dnia, a także podświetlone stare miasto nocą. 

Na pewno jest atrakcyjny dla osób, które chcą po prostu przekroczyć rzekę w niebywały sposób. Jeśli będziecie mieć szczęście to natraficie na tańczące fontanny niedaleko deptaka przy rzece. W Tbilisi znajduje się również kolejka linowa, która zabierze Cię na Wzgórze Sololaki. Taka opcja „na bogato” kosztuje 2 złote (trzeba mieć wcześniej wyrobioną kartę miejską), ale prawdziwy student oczywiście wejdzie na nią osobiście i obejdzie się smakiem. Wejście na kolejkę znajduje się przy Moście Pokoju czy „wiecie czym”. Pobyt na wzgórzu to okazja do „strzelania” fotografii jedna za drugą, ale również pobycie w cztery oczy Tamarą. Królowa Tamara to potężna, dwudziestometrowa kobieta, która wygląda niczym gruzińska Statua Wolności. Pomnik, który patrzy na Gruzinów i ich poczynania, a także czuwa nad nimi w każdej chwili trzymając w lewej ręce puchar z winem, a w drugiej miecz. To ona chroni Gruzinów spoglądając w stronę miasta witając wszystkich serdecznych przyjaciół gruzińskim winem, a wrogów traktując mieczem. Tamara pilnuje Tbilisi od 1958 roku, gdy wzniesiona została z okazji 1500-lecia Tbilisi. Na wprost siebie ma Plac Niepodległości, z którego wychodzi najsłynniejsza ulica Szoty Rustavelego. Warto również spędzić kilka chwil dłużej na Zamku, ponieważ z tego miejsca możliwe jest uchwycenie panoramy całego miasta z uchwyceniem wijącej się rzeki niczym wąż wśród budynków. Zamek sam w sobie się rozpada, widać dziury po cegłach, a ścieżka nie nadaje się na szpilkowe szaleństwa (choć jedna Gruzinka miała inne zdanie w tym temacie i kilka razy leżała na pupie…). Panorama Tbilisi za dnia nie jest piękna i urzekająca – widać stare, zaniedbane konstrukcje, a awangardowy Most Pokoju strasznie gryzie się z otoczeniem. Tuż pod Zamkiem znajdują się Sulfur Baths, ale o tym już było…

Władze miasta w nocy nie szczędzą na oświetlaniu. Każdy budynek, który jest zaznaczony będziecie mieć na mapce będzie bajecznie podświetlony ferią barw. Jeśli będziesz w Tbilisi nocą weź swoją ukochaną na spacer – będzie wniebowzięta! Kobieto, jak on Cię nie weźmie to wytaszcz go za chachły i przeciągnij po mieście. Jak nie będzie chciał iść to wlej w niego czaczę i jakoś Ci się uda. Wieczorem pojawia się nowe oblicze Tbilisi, ale niekoniecznie jest to bezpieczne spotkanie. Uważaj na siebie – możesz być zaczepiony, prowokowany, a wtedy pomóc może zdrowy rozsądek, który jest bezcennym narzędziem podczas podróżowania.

W stolicy Gruzji znajdziesz również Pałac Prezydencki, Operę, twierdzę Narikala, ale to znajdziesz na mapce, którą dostaniesz w informacji. Moja rada? Zgub się w tym mieście, niech Gruzini się porwą do swojego szaleńczego i obcego tańca! Złap tubylca za ramię, popatrz mu głęboko w oczy i wysłuchaj jego historii. Dlaczego? Ponieważ to oni tworzą Gruzję, to oni znają ją od podszewki i dla Ciebie kilka historii podkolorują na jaskrawo, ale to z ich ust Tbilisi czy okoliczne wioski staną się prawdziwe. Zobaczysz, że nie przeszkadzają ją im obdarte z kolorów budynki z kilkoma reprezentatywnymi wyjątkami. Pokażą Ci Tbilisi jako zachwycające, ale jeśli kiedykolwiek byłeś w malowniczej, włoskiej mieścinie to na pewno tego tak nie odbierzesz. Mimo to doceń upór przy pokonywaniu bariery językowej i chęci opowiadania o swoim jestestwie. Turystyka z wykonywaniem zdjęć niczym automat w tym miejscu nie ma sensu, lecz jeśli chcesz to coś przeżyć to bądź tam. Niech Gruzini i Gruzinki łamią sobie na Tobie języki, karmią Cię i poją. Niech zabiorą Cię do swojego ciepłego, radosnego domu. Opowiedz im o Polsce, niech oni opowiedzą Ci o sobie, ale kup jedną jedyną rzecz, a najlepiej wypij ją na rano na kaca ku uciesze Gruzinów. Napój, ale nie wino, nie wódkę, lecz kawę… Kawa to ambrozja dla Włochów, moc na przetrwanie wieczoru dla Amerykanów, a czym jest dla Gruzinów? Każda inna, każda niezwykła, ale tylko gruzińska jest wyjątkowa. Włoska to espresso, ewentualnie podwójne podawane ze szklanką wody, americano to taka dobrze „nawodniona”, ale dlaczego ja Ci o tej właśnie piszę? Dlatego, że kawa gruzińska ma smak, a jednocześnie go nie ma. Dlatego, że jest to jedyna kawa, której smaku ani ja, ani kilka innych osób nie mogło określić. Dla każdego była paskuda, a jednocześnie wyjątkowo smaczna. Jej smak, zapach, aromat zmieniał się jak kolory na tęczy. Niby czarna, wyrazista, ale z łagodnym posmakiem. Ni korzennym, ni winnym, ani też ziemistym. Ani gorzka, ani słodka, a z mlekiem po prostu dziwna. Najlepiej zaparzona przez mamę Dato podana do chinkali pieściła zmysły i uwodziła swoim wdziękiem. Słodka, wyrazista… 

Dużo oddałabym za tę kawę. Możecie również na targu zakupić kawę w ziarnach, a jeśli macie ochotę to pani ją dla Was zmieli w starym młynku żarnowym spod którego na dole wystaje silnik. Są gotowe mieszanki, ale można samemu je wymieszać, a wtedy… Eksplozja smaków! Nie jednego! Wszystko na raz! I to właśnie kawa najbardziej odzwierciedla dla mnie Gruzję – kocha się ją, by dnia następnego nienawidzić, a następnie zaczepiać ją kuksańcami i delikatnie rumienić się w jej obliczu. Uwodzi, stawia na nogi po zaprawionym w bojach wieczorze, a także wywołuje ożywione dyskuzje i niesmak u dzieci. Kawa w Gruzji miała dla mnie magię i była fenomenalna! Pijcie kawę w Gruzji (nie tylko wino i czaczę).

* Gruzińskie papierosy to nie byle co – przywiozłam pewnej osobie (która od ponad 20. lat pali najmocniejsze papierosy dostępne u nas na rynku) dwie tuby gruzińskich fajek. W życiu nie spodziewałabym się, że tej osobie po pierwszym zaciągnięciu polecą łzy…
** Przed wejściem zdejmij swoją biżuterię. Ja tego niestety nie zrobiłam i moje srebrne kolczyki zamieniły się w dwie czarne, pachnące zepsutym jajem ozdoby.